Nieuprawniona żałoba. "Śmierć swojego psa przeżywał bardziej, niż matki"

- Grób swojego kota odwiedzała w święto zmarłych. Kiedyś poszła tam z partnerem, zabrali ze sobą brandy i wodę z oliwek, bo kot bardzo lubił oliwki. Wylali ją na grób i wypili za niego - opowiada mi Małgorzata Roeske. Żałobie po śmierci zwierząt poświęciła swoją pracę doktorską.

Więcej ważnych historii znajdziesz na głównej stronie Gazeta.pl.

Zaczęło się od pytania na forum dla kociarzy. Chciałam, żeby ktoś opowiedział mi o stracie zwierzaka. Trzymałam kciuki, że napisze choć jedna osoba. Po kilku godzinach zauważyłam, że dostałam prawie sto wiadomości. - Mój lekarz mówił mi, że dużo bardziej przeżywał śmierć swojego psa, niż matki. Mam wrażenie, że strata zwierząt jest strasznie bagatelizowana – powiedziała mi Karolina. – Jakby jakaś wyższa siła zaproponowała mi jeden dzień z Korą w zamian za resztę mojego życia, bez zastanowienia bym się zgodziła – dodała Marta. 

Przez tydzień słuchałam historii o Iwie, Sidzie, Leonsjo, Szczurku, Korze, Psotce, Hermanie, Juniorze, Zenku, Leonie i Amber. 

Pensja nauczycieli niczym minimalna. 'Płyniemy na okręcie wariatów'Edukację w Polsce czeka kadrowa zapaść. "Będzie zwykłe chałturzenie"

Sid i kocia telewizja

Rodzice 11-letniej Karoliny nie chcieli kota z płaskim pyskiem. Ale dali się namówić i pojechali z córką do hodowli. Dziewczynka zobaczyła go w koszyku z innymi kotami. - Wzięłam na ręce i powiedziałam, że to ten. Rodzice chcieli obejrzeć jeszcze inne, ale uparłam się, że weźmiemy właśnie jego. Pierwsze co zrobił, jak przyszedł do domu, to poszedł za kanapę i zaczął ją drapać. Później (zaraz obok pufy), to był jego ulubiony mebel - mówi mi prawniczka i prezeska Dolnośląskiej Straży ds. Zwierząt Karolina Piech. Jej kot o wiecznie obrażonym wyrazie pyszczka dostał imię Sid.

Nie lubił, kiedy ktoś czytał książkę albo gazetę. Skakał wtedy na winowajcę i przerywał lekturę. - Jak był młodszy, bardzo lubił też ścigać się po schodach w domu. Zawsze chciał być pierwszy w drodze z parteru na piętro. I kiedy nie wygrał, był zły, łapał za nogę i gryzł - tłumaczy.

Sid uwielbiał czesanie. Zawsze, kiedy ktoś brał do ręki szczotkę, przybiegał do swojego pokoju. Bo miał swój pokój - pełen piłeczek, kocyków, kocich tipi i drapaków. - Normalnie ciągle za nami chodził, ale w ciągu dnia kładł się u siebie, żeby mu nie przeszkadzać. Lubił też oglądać ptaki na telefonie, taką kocią telewizję. I wiewiórki, i czeską bajkę "Sąsiadów". Nie wiem, dlaczego akurat ich. Pewnie dlatego, że cały czas im coś spadało i robiło raban. Miał też swoje kocie zagrywki. Rozklepywał wodę z misek. Uwielbiał wkładać tam łapę, wiosłować i robić powódź. A potem patrzeć z pogardą, jak to sprzątam. (…) Kiedyś rodzice kupili mi na urodziny bezalkoholowego szampana. Tata go otworzył, a korek wystrzelił i odbił się od balona przyczepionego do lampy pod sufitem. Później, kiedy Sid tamtędy przechodził, zawsze patrzył w górę i dół, czy nic na niego nie poleci. - opowiada Karolina. 

Wygrali też razem konkurs na najlepsze zdjęcie pt. "co robicie w czasie lockdownu". - Miałam na sobie czerwoną koszulę, a Sid czerwoną muchę. On miał całą kolekcję much  - czerwoną, niebieską, różową, białą, czarną… Była jeszcze świąteczna, w renifery. Pamiętam, że w ramach wygranej kupiłam mu poduszkę.

Na zdjęciu: Karolina i SidNa zdjęciu: Karolina i Sid fot. archiwum prywatne

Sid nie lubił, kiedy ktoś spał. Może dlatego tak podobał mu się czas studiów prawniczych Karoliny. I kiedy uczyła się całe noce. Siedział obok niej i czuwał. Na najlepszym miejscu na kanapie. 

- Dziś cały czas zastanawiam się, czy czegoś nie przegapiłam, czy nie skupiłam się za bardzo na leczeniu i nie głaskałam go za mało. Miał dwa zeszyty z wynikami badań, kolejne dwa czekały na swoją kolej. Nie zdążyliśmy ich wypełnić. (...) Poszliśmy do weterynarza na USG. Sid miał niewielką ilość płynu koło wątroby i płuc, ale lekarka powiedziała, że nie ma stanu zagrożenia życia, że musimy poczekać do poniedziałku na lekarza prowadzącego. (…) Rodzice poprosili mnie, żebym poszła się przespać, bo poprzednią noc spałam na podłodze obok niego. Obudziła mnie mama. Powiedziała, że Sid jest bezwładny. Kiedy zeszłam na dół i go głaskałam, jeszcze mruczał… Pojechaliśmy do kliniki całodobowej. Krzyczałam, żeby go ratowali. Ale nic nie dało się już zrobić. O północy Sida już nie było. (…) Później bezmyślnie podpisałam jakieś dokumenty. Jakby wcisnęli mi wtedy kredyt na milion złotych, to też bym go wtedy podpisała. Mam do siebie straszny żal, bo chodziło o kremację. Teraz wybrałabym indywidualną, ale kiedy się zorientowałam, było już za późno – opowiada Karolina. Kilka dni po śmierci Sida, mamie Karoliny udało się wyciągnąć ją na spacer. – Szłyśmy polną ścieżką i zauważyłam ziemniaki. I wtedy przyszła myśl, ze na Sida też mówiłam ziemniak. Wszystko mi dziś go przypomina – przyznaje ze łzami w oczach.

Jedna z sąsiadek zapytała Karolinę, czy będzie kolejny kot. – Chyba nigdy się już do niej nie odezwę – mówi.

Odejścia

- Najgorszy był pierwszy tydzień. I ja, i córka ciągle oglądałyśmy zdjęcia. Żeby zasnąć, córka puszczała zapętlone nagranie mruczącego Ambera. Bo spał z nią w nocy, na jej poduszce. Blisko. Więc kiedy go już nie było, płakała wieczorami i w nocy. Nie mogła spać – opowiada Ela Kalińska. Jej kot Amber zmarł z powodu problemów z nerkami.

- W dzień przed jego odejściem, wróciłam ze studiów do domu na kilka dni. Jak zwykle się przywitaliśmy, a że było późno, zabawę z nim odłożyłam na następny dzień. Ale nie mieliśmy szansy znów wspólnie pobiegać. Mama znalazła Iwo martwego w ogrodzie, leżał na trawie, jakby odpoczywał. (…) Nigdy wcześniej nie czułam takiego bólu – mówi Sylwia. Jej pies Iwo odszedł w wieku 7 lat.

- Nie mam dzieci, a czułam, jakbym jednak je miała. Z całych sił chciałam mu dać piękne życie, najzdrowsze i najpyszniejsze jedzonko i ogrom przestrzeni w domu. Pokonaliśmy wspólnie niejedną chorobę, ale tej ostatniej niestety mimo prób, się nie udało. Spędziliśmy piękne, wspólne dwa lata. Chyba już nigdy nie zapomnę jego wzroku dzień przed odejściem. Skrajne, depresyjne emocje nie opuszczały mnie przez długi czas. Teraz jest trochę lepiej, ale nadal przychodzą chwilę ogromnego smutku i łzy z powodu tęsknoty. Z tą małą kulką straciłam niezaprzeczalnie cząstkę siebie – napisała mi Olga, która straciła królika.

- Śmierć zwierzaków nie jest brana na poważnie. Po śmierci mojego kota babcia powiedziała mi, że te sierściuchy nie są mi do niczego potrzebne i powinnam je wyrzucić. I że zdechło, co poradzisz. I żebym sobie wzięła nowe, jak potrzebuję – wspomina Michalina, studentka projektowania biżuterii.

Nieuprawniona żałoba

O śmierci zwierząt towarzyszących napisała w swoim doktoracie Małgorzata Roeske. - Mamy pewne kulturowe tabu zabraniające zrównywania człowieka i zwierząt towarzyszących. W związku z tym, zwierzęta te to pewne byty pograniczne – najczęściej określane po prostu jako przyjaciele. Nie jest to już zwierzę, ale jeszcze nie jest człowiek – to istota blisko nas, ale nie mamy przyzwolenia na określenie jej osobą – przyznaje.

Podczas pracy nad doktoratem, często spotykała się ze stwierdzeniem, że ktoś przeżył odejście zwierzęcia bardziej, niż ludzkiego członka rodziny – babci, dziadka, rodziców. - To świadczy o tym, jak silne jest to uczucie. Określiłam to w swojej pracy mianem "tabu emocjonalnej analogii", za którym często szło poczucie winy. Coś na zasadzie: "myślę, że tak nie powinno być, może coś ze mną nie tak?". Jako badaczka kultury uważam, że to konsekwencja wielowiekowej kategoryzacji i granicy, jaka została postawiona między człowiekiem, a wszystkim tym, co nieludzkie, czyli np. zwierzętami. Tymczasem ze zwierzęciem spędzamy dużo więcej czasu, niż np. z dziadkami. To intensywny, codzienny kontakt przez lata. Gdyby zliczyć tę liczbę godzin, to zazwyczaj przekroczy ona czas z członkami rodziny. Te silne uczucia wydają się więc prawomocne – dodaje.

Zdaniem Roeske, przy śmierci zwierząt towarzyszących, często można natknąć się na zjawisko żałoby nieuprawnionej, czyli takiej, która nie jest akceptowana i rozumiana przez społeczeństwo.

Nie ma dla niej legitymacji, co objawia się takimi wypowiedziami, jak: "to był tylko kot, tylko pies, przesadzasz". A żałoba po śmierci zwierzęcia towarzyszącego może być bardzo ciężka i traumatyczna, wiązać się z wieloletnią depresją i leczeniem

Podczas pracy nad doktoratem, Roeske zwróciła uwagę na istotną rolę rytuałów w przeżywaniu żałoby. - W przypadku zwierząt nie mamy takich możliwości, jak u ludzi. Możliwości legalnego pochówku są ograniczone, a takie spontaniczne, nieskonwencjonalizowane rytuały, są sposobem na to, żeby sobie z tą żałobą poradzić – mówi.

Przypomnijmy, że każdy, kto zdecyduje się na samodzielny pochówek zwierzęcia np. w lesie, będzie mógł zostać ukarany. Wynika to z art. 162 §1 Kodeksu wykroczeń, który mówi: "Kto w lasach zanieczyszcza glebę lub wodę albo wyrzuca do lasu kamienie, śmieci, złom, padlinę lub inne nieczystości, albo w inny sposób zaśmieca las, podlega karze grzywny albo karze nagany". Grzywna może wynieść w tej sytuacji do 5 tys. zł, jeżeli nałoży ją sąd, bądź – jeżeli nałożona zostanie w drodze mandatu karnego – w wysokości do 500 zł. I choć przepis odnosi się do lasu, zakopanie psa lub kota (czy innego zwierzęcia) we własnym ogródku także może być źródłem odpowiedzialności.

- I choć możliwości są ograniczone, osoby, które straciły zwierzę towarzyszące, starają się znaleźć swój sposób na ich upamiętnienie. Jedną z historii, która mnie bardzo poruszyła, opowiedziała mi kobieta, której zmarł kot. Jego grób odwiedzała w święto zmarłych. Kiedyś poszła tam z partnerem, zabrali ze sobą brandy i wodę z oliwek, bo kot bardzo lubił oliwki. Wylali ją na grób i wypili za niego. (..) Była też pani, która straciła dwa ptaki. Za każdym razem, przed pochówkiem pudełka ze zwierzęciem, jej mama grała jakiś utwór na pianinie. Moja rozmówczyni tłumaczyła, że miała nadzieję, że jej ptaki gdzieś tę muzykę usłyszą – dodaje Roeske.

"Nie doceniamy roli zwierząt w naszym życiu"

O tym, jak przeżyć żałobę, opowiedziała mi psycholożka Kamila Piotrowska. – Powinniśmy z tymi emocjami zrobić to, co z każdymi innymi: przeżyć, pozwolić im być, uważnić. Kiedy mamy ochotę płakać – płakać, kiedy chcemy wspominać – wspominać, a gdy zdarzają nam się sytuacje, że wołamy z przyzwyczajenia naszego zmarłego kota czy psa – przyjmować te emocje, nie chować. Pozwolić sobie na tęsknotę – mówi.

Zdaniem psycholożki, w polskiej kulturze nie doceniamy roli, jaką zwierzęta pełnią w naszym życiu. – W powszechnej opinii, to tylko kot, tylko koń, tylko pies. A ja na sesjach u siebie mam ludzi, którzy przychodzą po śmierci zwierzęcia na terapię, bo nie umieją sobie z nią poradzić. W życiu nie powiedziałabym komuś, że zdechł tylko kot. Bo ten kot mógł być czasami ważniejszy niż rodzina. Być przy nas, kiedy potrzebowaliśmy bliskości, ukojenia nerwów, smutku, trudnych emocji. Często to zwierzę może być tym, które pomogło nam w najtrudniejszych chwilach. A o tym nikt oprócz nas może nie mieć zielonego pojęcia – dodaje.

Specjalistka przyznaje, że na każde "przesadzasz", powinniśmy reagować wyraźnie. – Nie, nie przesadzam. To moje emocje, to jest dla mnie ważne. Jeśli nie chcesz o tym słuchać, powiedz mi o tym, ale ja nie przesadzam. Każde "przesadzasz" jest umniejszeniem i unieważnieniem, niezależnie od tego, w jakiej kwestii. A w chwili śmierci zwierzęcia, może być bardzo bolesną uwagą – mówi.

"Smutek pokazuje, co było dla nas ważne"

Jak wynika z badań Thomasa A. Wrobela i Amandy L. Dye, śmierć zwierzęcia jest dla wielu z nas pierwszym odejściem, któremu musimy stawić czoła. Może tez przyczynić się do aktywizowania nieprzepracowanych wcześniej strat i sprawić, że zaczniemy myśleć o śmierci. – A my o śmierci myśleć nie lubimy. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że rolą chomików i złotych rybek w życiu dzieci jest w dużej mierze to, by poznały, czym jest śmierć i strata. By na tych zwierzętach się uczyły. Bo później, w dorosłym życiu, często pokutujemy za to, że przez lata chroniono nas przed tym tematem. Jesteśmy wychowywani w złotych klatkach, śmierć jest teoretycznie wszechobecna w filmach i kulturze, ale nas nie dotyczy. A przecież wszyscy jesteśmy śmiertelni - tłumaczy Kamila Piotrowska.

Zdaniem psycholożki, zwierzaki przypominają nam o tym, kiedy odchodzą. A my możemy z tego skorzystać. - Smutek jako emocja pokazuje nam, co było dla nas ważne. Przypomina o naszych wartościach. Celem smutku jest czasem przewartościowanie naszego życia, sprawienia, by było coraz bardziej treściwe. Po stracie zwierzaka czujemy się źle, tęsknimy. Ale też uświadamiamy sobie, jak ważna jest dla nas bliskość, czułość, miłość i posiadanie kogoś, kto będzie przy nas. 

Kolejne zwierzę pomoże nam w żałobie?

Jak mówi psycholożka, wzięcie kolejnego zwierzęcia po śmierci poprzedniego, nie zawsze jest dobrym pomysłem.

To w dużej mierze zależy od tego, jak przeżyliśmy żałobę. Jeśli jej nie przeszliśmy to może być tak, że ciągle będziemy porównywać drugiego zwierzaka do pierwszego. I ten drugi nie dostanie od nas tyle miłości i uwagi, na ile zasługuje, bo w naszym pojęciu nie będzie wystarczający, w naszym sercu nie będzie dla niego miejsca. Bo trochę chcielibyśmy tej miłości, która była. A musimy zrozumieć, że tamta miłość się skończyła razem ze śmiercią

– tłumaczy.

O przeżyciu żałoby może natomiast świadczyć prosta obserwacja. – To wtedy, gdy jesteśmy w stanie opowiadać o naszym zwierzęciu z uśmiechem i nostalgią, a nie łzami. Gdy jesteśmy w stanie przyznać, że brak zwierzaka w domu ma pewne plusy. Kiedy ja straciłam psa, po pewnym czasie zaczęło pojawiać się równolegle także uczucie ulgi - że odpoczywam od pewnej odpowiedzialności. Od konieczności myślenia, co zrobić z psem, kiedy wyjeżdżam na weekend. Pozwolenie sobie na zobaczenie tego jest pewnym wyzerowaniem, zrobieniem przestrzeni na nową miłość i nowe zwierzę - mówi.

Psycholożka dodaje, że ważne jest, by znaleźć swój sposób na pożegnanie. – W miejscu, w którym pochowałam mojego psa, posadziłam drzewo. Wiosną podlewam je, sprawdzam czy ożyło, czy rosną liście. Nazwałam je jego imieniem, a że lubił orzechy włoskie, takie drzewo też wybrałam. To ważne, by żegnać się ze zwierzęciem i przeżywać żałobę w sposób fizyczny i wizualny. Niektórzy robią wisiorek z podobizną przyjaciela, inni wieszają zdjęcie, robią tatuaż, albo codziennie zapalają świecę. Częścią żałoby jest celebrowanie tego, że zwierzę było w naszym życiu. I przedłużanie jego obecności poprzez wspomnienia.

Bo po śmierci zwierzęcia, nigdy nie będziemy tacy sami. – My się od nich bardzo dużo uczymy (o ile pozwolimy im się uczyć). Od kotów – brać życie takim, jakie jest, odmawiać, nie zgadzać się na bylejakość, stawiać granice. A od psów czegoś, co mogłoby uratować wiele małżeństw – kochać, mimo że czymś mogliśmy go wkurzyć. Mimo że zabierzemy psa na spacer w deszczu, którego nie znosi, następnego dnia i tak będzie wdzięczny, że wróciliśmy do domu po pracy. I tak będzie nas kochał. (…) To wszystko sprawia, że zwierzęta nas zmieniają. Dzięki temu ich kawałek zawsze będzie w nas żył. To piękna celebracja ich istnienia – podsumowuje.

Postscriptum

Tak naprawdę nie zaczęło się od pytania na forum, tylko tego, że nie lubiłam kotów. Wydawały mi się wredne, niezbyt inteligentne i niedostępne. Dwa lata temu zadzwoniła moja babcia z informacją, że u sąsiadki urodziły się małe koty i trzeba coś z nimi zrobić. Do domu przywiozłam trzykolorową, puchatą kulkę. Wandę.

Nie wiem, w którym momencie okazało się, że przepadłam. Może jak łapała ćmy i muchy. Albo jak kładła się na klawiaturze laptopa, kiedy na chwilę wyszłam z pokoju i wysłała całej redakcji zestaw losowych znaków. Albo jak wpadła do sedesu i wyglądała jak mokry bobek. Możliwe też, że to wtedy, kiedy budziła mnie w nocy, wskakując na głowę. Albo biegała po domu za spinką- żabką, bo niezależnie od tego, jak wyszukanych zabawek bym jej nie kupiła, i tak wolała spineczkę i kulki z folii aluminiowej. Może też wtedy, kiedy robiła rzeczy bez sensu: kładła się na mokrym ręczniku, piła łapką moją herbatę, spała na podłodze zamiast superwielkim, miękkim łóżeczku, które jej kupiłam, albo chowała się w miejscu, którego do dziś nie znalazłam.

Wanda nie lubiła ludzi, szczególnie weterynarzy. Zdarzyło jej się uciec ze strzykawką w pupie. Ale jeśli już ktoś znalazł się w gronie jej rodziny, to odwdzięczała się pokazywaniem brzucha, buczeniem jak traktor i dialogami z głosem pokemona. I zawsze była obok. Ocierała się o nogi do porannej kawy, pracowała razem ze mną, zajmowała najlepsze miejsce na łóżku.

Zachorowała nagle. I nigdy nie zapomnę jej ostatniego wzroku. I zawsze będę zła na świat, że mucha lata mi nad głową.

Żegnaj, przyjaciółko.

na zdjęciu: Wandana zdjęciu: Wanda fot. archiwum prywatne

Więcej o: