Kora - dziecko słońca. Znaliśmy ją stąd, że ją sobie wymyśliliśmy

Olga Jackowska sama o sobie mówiła: Nie jestem taka, jaką mnie opisują. Nie ma faktów, są tylko interpretacje, jak powiedział Nietzsche. Może właśnie jestem taka, jaką chcą mnie widzieć ludzie? A Janusz Noniewicz, dzień po jej śmierci napisał w "Vogue": Znaliśmy ją stąd, że ją sobie wymyśliliśmy. A właściwie to ona wymyśliła nas. Beata Biały rozmawia z jej przyjaciółmi, znajomymi z show-biznesu, dziennikarzami. Zapis tych spotkań możemy przeczytać w jej książce "Słońca bez końca. Biografia Kory". Jaka była ta charyzmatyczna, zjawiskowa posta, która wtargnęła na scenę Opolu w 1980 roku i uświadomiła całej Polsce, że oto idzie nowe - i w muzyce, i w obyczajach?

Urszula Abucewicz. Gazeta.pl: Dobrze znałaś Korę?

Beata Biały: Nie mogę powiedzieć, że się znałyśmy czy byłyśmy koleżankami. Przeprowadziłam z nią jeden wywiad.

Jakie emocje w tobie wzbudziła?

Podziw. Kora była erudytką. Rozmowa z nią to była przyjemność. Intelektualna uczta. W Korze można było zakochać się od pierwszych zdań, które wypowiadała z pasją, pewnością, a za którymi stała ogromna wiedza.

Olga w ciąży z Mateuszem, Kraków, 1971Olga w ciąży z Mateuszem, Kraków, 1971 Archiwum Mateusza Jackowskiego

Z twojej książki wyłania się portret osoby autorytarnej, nielubiącej sprzeciwu.

Ale i czułej. Zresztą jedno nie wyklucza drugiego. Kora rzeczywiście lubiła, gdy było "po mojemu", ale miała po prostu silną osobowość i komfort niedostosowywania się do innych. Żyła jak chciała i miała odwagę mówić głośno to, co czuła.

Magdalena Środa i Henryka Bochniarz podczas ponad 30-letniej przyjaźni z Korą ani razu się z nią nie pokłóciły. Zastanawiam się, jak to zrobiły. Rozmawiasz z innymi bohaterkami, które straciły do niej cierpliwość.

Monika Jaruzelska nie wytrzymała apodyktyczności Kory. Myślę, że z Magdaleną Środą i Henryką Bochniarz to był inny rodzaj znajomości. Nie wchodziły sobie w paradę. Kora chciała się czegoś dowiedzieć o polityce, one o literaturze i wielkim świecie. Tutaj wszystko się zgadzało.

Rzeczywiście obie mi mówiły, że Kora była dosyć autorytatywna, ale nie w sposób narzucający. Jej zachwyt jakimś pomysłem i zachłanność na życie były tak wielkie, że zarażała innych swoim optymizmem. Gdy wpadła na pomysł, że chce hodować alpaki i z ich wełny robić swetry, to tak długo wierciła dziewczynom dziurę w brzuchu i przekonywała je, jakie te zwierzęta są cudowne, że Magda z Niką były rzeczywiście gotowe, żeby je kupić. Na szczęście alpaki zjadły Korze warzywa w ogródku i pomysł upadł, ale ona takich pomysłów miała wiele. To był chyba ten typ, co to potrafi sprzedać piasek na pustyni. Kora miała ogromną siłę zjednywania sobie ludzi i przekonywania ich w sposób dla nich niezauważalny do swoich pomysłów.

Kora i Marek Jackowscy z synem Mateuszem, Marszałkowska Dzielnica Mieszkaniowa, Warszawa, 1974Kora i Marek Jackowscy z synem Mateuszem, Marszałkowska Dzielnica Mieszkaniowa, Warszawa, 1974 Archiwum Mateusza Jackowskiego

Nie wszystkie jej pomysły się sprawdziły.

I potrafiła się do tego przyznać, a nawet wycofać. Tak przecież było z Meksykiem. Najpierw mówiła, że tam jest prawdziwa wolność. Tam jest życie. Szybko okazało się inaczej.

Co takiego wydarzyło się w Meksyku?

Spotkały ją tam same złe przygody. Zaczęło się już od wejścia do samolotu Lufthansy. Stewardesy domagały się, by włożyła psa do kontenerka, żeby nie trzymała go na kolanach. Ale Ramonka nie mogła przecież według Kory siedzieć tyle godzin w kontenerku. Podróż Lufthansą skończyła się dziką awanturą. Wyzwała ich od faszystów. W końcu w Meksyku okazało się, że choć pies ma wszystkie dokumenty, nie ma stempla, że jest odczulony na kleszcze. Kora została zatrzymana razem z psem, a Kamil wyszedł, myśląc, że wyjdzie zaraz po nim. Tymczasem zatrzymali ją na wiele godzin. Kamil był przekonany, że Kora została porwana czy uprowadzona. A oni po prostu ściągali weterynarza, żeby zakroplił psu środek na kleszcze. Kiedy wylądowali już w Meksyku, okazało się, że w kraju panuje jakaś epidemia roznoszona przez psy i w żadnym hotelu nie wpuszczano z psem. Gdzieś się w końcu zatrzymali, ale wrócili po dwóch tygodniach. Jeszcze z lotniska z Frankfurtu zadzwoniła do Magdy Środy oburzona: Polska to jest wolny kraj, tu samo zniewolenie. Kora jak widać miała też w sobie dużo zdrowego rozsądku, żeby wycofać się z różnych planów, gdy się okazywało, że prowadzą na manowce.

Jaki jest twój ulubiony utwór Kory?

"Po prostu bądź". Szczególnie lubię słowa: Nie oceniaj mnie, ani dobrze, ani źle.

I to jest też przesłanie twojej książki.

Wybrałam ten utwór z dwóch powodów. Po pierwsze Kora była daleka od oceniania, a po drugie zgadzam się z Wisławą Szymborską, która mówiła: Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono.

Jestem przekonana, że nie należy oceniać decyzji i wyborów innych ludzi, jeśli nie przeszliśmy ich drogi. Takie też podejście towarzyszyło mi podczas pisania książki, żeby nie poddawać ocenie Kory. W dzisiejszym świecie tak łatwo oceniamy czyjeś życie, a jakie mamy do tego prawo? Przeszliśmy tę samą drogę? Potknęliśmy się o te wszystkie kamienie? Weszliśmy w czyjeś buty?

Jej przyjaciółka Henryka Bochniarz mówiła: Ludzie mają kłopot z Korą. Wielu chciałoby ją zaszufladkować i mieć spokój. A Kora zmusza nas do zastanowienia: co takiego w niej tkwi, dlaczego jest zjawiskiem.

Beata BiałyBeata Biały Wojtek Biały

Kora miała niepohamowaną chęć życia, a z drugiej strony przez długie lata borykała się z depresjami. Miała za sobą kilka prób samobójczych. W jednym w wywiadów Hanna Bakuła porównuje ją do czterech pór roku.

Pamiętam ten wywiad. Hanka Bakuła mówiła, że Kora była latem, jesienią, zimą i wiosną. Rzeczywiście była bardzo kolorowa. Bardzo różna w swoich emocjach. Pewnie astrolog by powiedział, że wynikało to ze znaku zodiaku, bo była Bliźniakiem. Psychologowie przyczyn takiego zachowania dopatrywaliby się raczej w dzieciństwie, bo było przecież bardzo trudne. I ono ją zdefiniowało jako dorosłą osobę.

Olga Jackowska była trochę niedefiniowalna, pełna sprzeczności. Stanisław Radwan powiedział mi, że złapanie koniuszków Kory jest po prostu niemożliwe.

Mnie się podoba, co powiedział filozof Tomasz W. Michałowski, że Kora jest boginią śmierci i odrodzenia.

Myślę, że Tomek ma rację. To genialny filozof, który przyjaźnił się z Korą i zbierał jej zapiski do książki "Miłość zaczyna się od miłości". Jest prawdziwym erudytą i bardzo mądrym człowiekiem obdarzonym analitycznym umysłem. Usłyszałam od niego, że Kora była "między". Starożytni Grecy nazywali to lepiej: dajmon. To były istoty znajdujące się pomiędzy światem ludzi i bogów.

Emilia i Marcin Ostrowscy, rodzice Kory, 1942Emilia i Marcin Ostrowscy, rodzice Kory, 1942 Archiwum Mateusza Jackowskiego

W dzieciństwie trafiła jednak do piekła - do domu dziecka w Jordanowie. Z ukochanej Ciuci, jak mówiła o niej matka, stała się numerem osiem. Henryka Bochniarz nie rozumiała tej decyzji. Pytała: Jak matka mogła tak zrobić.

Zawsze jestem ostrożna w takich ocenach, bo trzeba się znaleźć dokładnie w tej samej sytuacji, żeby cokolwiek zrozumieć. Nam się może wydawać niepojęte, że matka oddaje pięcioro dzieci do domu dziecka, gdy jest ojciec. A przecież on był dużo starszy, nie gwarantował dzieciom poczucia bezpieczeństwa. Matka nie miała po prostu innego wyjścia. Była chora na gruźlicę. Sama walczyła o życie, będąc a to w szpitalu, a to w sanatorium. Pan Ostrowski raz przyjechał do sierocińca i powiedział, że nie umie zająć się swoimi dziećmi. Nieporadność tego mężczyzny była tak wielka, że nie było innego wyjścia, jak tylko oddać je na jakiś czas. Pewnie pani Emilia sądziła, że to będzie na chwilę, a potem się okazało, że jej Ciucia w przytułku spędziła pięć strasznych lat.

Dzieciństwo Kory nie było bogate, było bardzo biedne. Żyła na granicy ubóstwa, bo jeśli siedmioro osób mieszka w suterenie bez wody i światła, to trudno mówić o komforcie dnia codziennego. Ale tam była przez matkę kochana. Była jej ukochaną córeczką. I nagle trafia do sierocińca i staje się numerem osiem. To odziera z tożsamości. Totalnie.

Jak w obozie koncentracyjnym.

Gdy oglądałam reportaże o siostrach prezentkach, które znęcały się nad dziećmi w DPS-ie w Jordanowie, w tym samym, w którym przebywała Kora, miałam skojarzenia z eksperymentem prowadzonym przez prof. Zimbardo. Część studentów wcieliła się w role więźniów, a część w strażników. Już po sześciu dniach naukowiec przerwał eksperyment z dwóch powodów. Po pierwsze uznano, że przemoc wśród strażników zaczęła wymykać się spod kontroli. A po drugie, że eksperyment jest niemoralny. Studenci, którzy wcielili się w role więźniów, podkreślali, że czuli się tak, jakby pozbawiono ich tożsamości. Myślę, że dokładnie to samo czuła Kora, gdy stała się numerem osiem w domu dziecka. Nie była Olgą, nie miała imienia, nie miała nic do powiedzenia. A jeśli zmoczyła się w nocy, a Korze się to zdarzało, to nie dość, że spała całą noc na mokrym prześcieradle to później musiała je uprać i suszyć z rączkami podniesionymi do góry. Zakonnice stosowały też inne tortury. Biły różańcem albo kazały klęczeć na grochu. To były upokarzające sytuacje.

Albo zakazywały korzystania z biblioteki.

Kora bardzo wcześnie nauczyła się czytać i bardzo to lubiła. Myślę, że książki były ucieczką do lepszego świata. Zapisała się nawet do biblioteki w sierocińcu. Gdy zakonnice złapały ją na czytaniu w środku nocy w świetle księżyca, zakazały jej korzystania z biblioteki.

Porzucenie przez matkę, pobyt w domu dziecka i strata matki bardzo mocno wpłynęły na dorosłą Korę. Myślę, że nigdy w życiu się z tym nie uporała. Przez całe życie szła z podniesioną gardą, bo gdy jesteś upokarzany i deptany w dzieciństwie, to musisz w sobie wytworzyć mechanizmy obronne. Jednych pociągnie to na dół, a innym doda skrzydeł.

Uwielbiam psychiatrę Viktora Frankla, byłego więźnia Auschwitz, jednego z największych autorytetów moralnych XX wieku. Jego książka "Człowiek w poszukiwaniu sensu" to dramatyczne wspomnienia próby odnalezienia sensu życia w czasach Holocaustu. Frankl pokazał, że można znaleźć dobro nawet na samym dnie koszmaru. O ile wybierze się życie zamiast ucieczki.

Myślę, że taki sam sposób terapii przyjęła Kora. Starała się znaleźć w tym koszmarze dobro w postaci Madonny, do której przybiegała, gdy było jej bardzo źle. I później przez całe życie je malowała, a przecież nie była wierząca. To był wyraz tęsknoty za matką, szukała w ten sposób utulenia. Malując Madonny czuła się zaopiekowana.

Jeden z jej przyjaciół opowiadał mi, że choć z Meksyku przywiózł jej Madonnę, to w końcu jej nie podarował, bo zbiła się w transporcie. Umieścił ją w piwnicy. Gdy Kora ją zobaczyła, natychmiast ją wzięła i zaczęła ją sklejać, tak jakby to była najcenniejsza figurka na świecie. Każdy wyrzuciłby ją do kosza, ale nie Kora. Ona wiedziała, że musi ją uratować.

Figurka Madonny stała w ogrodzie sierocińca w Jordanowie?

Tak. Gdy Korze było bardzo źle, to biegła do figurki Madonny, która stała w ogrodzie. Modliła się do niej, przytulała, rozmawiała. Myślę, że wyobrażała sobie, że to jest jej matka, która ją utula. Ta tęsknota za matką wlokła się za nią przez całe życie. Kiedyś Olga powiedziała, że matka to taka wieczna nieobecna.

Jagna Kaczanowska, w portrecie psychologicznym zauważa, że "Dzieciństwo, które powinno ją zmiażdżyć, sprawiło, że urosły jej skrzydła". Matthew Parris zauważa, że "traumatyczne dzieciństwo jest kluczem do genialnego umysłu". Nie zawsze tak jest, wiele osób mających podobne doświadczenia przegrywa ze swymi demonami.

Kora nigdy nie była uzależniona. Alkoholu praktycznie nie piła, bo jej bracia byli alkoholikami.

Marilyn Monroe, Coco Chanel czy Steve Jobs też mieli trudne dzieciństwo, a jednak udało im się osiągnąć sukces. Przez program Parrisa w BBC przewinęło się 400 wybitnych postaci, których łączy jeden wspólny mianownik – traumatyczne dzieciństwo. Może tak właśnie być, że te najtrudniejsze doświadczenia z najmłodszych lat sprawiają, że chcesz pokazać, że nie jesteś nikim, numerem osiem, tylko że jesteś kimś ważnym. Chcianym, kochanym, dostrzeganym. To trudne dzieciństwo staje się trampoliną do tego, żeby coś zrobić ze swoim życiem.

To jest tak jak z dwoma synami alkoholika. Jeden z nich mówi: piję, bo mój ojciec pił, a drugi mówi: nie piję, bo mój ojciec pił. I tak właśnie było u Kory. Nie piła alkoholu, bo jej bracia byli uzależnieni, a jej rodzina była dysfunkcyjna. To od nas zależy w dużej mierze, co zrobimy ze swoim życiem. Kora się zawzięła.

I zamknęła. Henryka Bochniarz o tym, że Kora była molestowana przez księdza dowiedziała się z piosenki "Zabawa w chowanego".

Tak. Kora była bardzo skryta. Moi rozmówcy mówili mi, że większości rzeczy dowiadywali się przy okazji. Tak też było z Niką, która pewnego dnia usłyszała utwór "Zabawa w chowanego" i zaczęła drążyć. Dodajmy, że Olga nagrała go 10 lat wcześniej zanim bracia Sekielscy zrobili na temat molestowania w kościele film – zresztą o tym samym tytule.

Kora ze swoimi traumami radziła sobie poprzez twórczość. Mówiła o sobie, że jest poetką, a nie piosenkarką.

Była genialną poetką. Na miarę Osieckiej. Wystarczy odrzeć piosenki Kory z muzyki i zostaje sama poezja. Zresztą to samo powiedziały mi Henryka Bochniarz i Magda Środa.

Dużo też w jej twórczości tekstów o miłości. Jej pierwszym ważnym partnerem był Ryszard Terlecki. Udało ci się z nim porozmawiać.

Sekretarka była zdziwiona, że się zgodził na rozmowę. Dał mi tyle czasu, ile chciałam. Był bardzo miły, dżentelmeński, uroczy. W pewnej chwili pomyślałam: Wcale się nie dziwię, że Kora się w nim zakochała. Zwłaszcza że wtedy, gdy go poznała, był młodziutkim, przystojnym studentem z dobrego domu. A Kora była z biedy, po przejściach. Myślę, że mógł jej imponować. A ona jemu, bo Kora już wtedy jako nastolatka była zjawiskowa. Zresztą pan Terlecki wcale tego nie krył, że się wtedy w niej zakochał.

Ryszard Terlecki był wtedy wysoko w hierarchii wśród hipisów. Miał ksywkę Pies.

To Maciek Maleńczuk powiedział mi, że Pies był najważniejszym hipem, jeśli nie w Polsce, to na pewno w Krakowie. Nie każdy miał do niego dostęp. Myślę, że właśnie z powodu tej hipisowskiej duszy Terlecki, ma w sobie luz. I pewnie dlatego pozwolił sobie na to, żeby opowiedzieć mi o Korze i hipisowskim okresie swego życia. Zapytałam nawet, co na tę kolorową przeszłość mówią jego dzieci, bo mnie by taki ojciec imponował. Jego dzieci wiedzą, a nawet są dumne z tego, że znał liderkę Maanamu, a nawet był miłością Kory.

Dlaczego mówiło się na niego Pies?

Ryszard Terlecki opowiadał mi, że kiedyś zatrzymała ich milicja. Kolega miał na plecach znaki pacyfistyczne, więc funkcjonariusze pytali, co to takiego. "Hippiesi" – odpowiedział któryś z nich. Milicjant spytał, jak to się pisze. "Hip pies: – powiedział obecny wicemarszałek Sejmu. Mężczyzna poślinił kopiowy ołówek i tak zapisał. W ten sposób Terlecki został Psem.

Ten związek jednak nie przetrwał. Pojawił się Marek, o którym najpierw mówiła, że był oczyszczeniem, a później wyśniła sobie kochanka w windzie. Kamil jednak uciekł, gdy dowiedział się, że jest w ciąży.

Marek na początku wydawał się człowiekiem, który zapewni jej stabilizację. Kora tak go opisała: "Marek: poważny, spokojny, smutny, trochę demagog, wzbudza zaufanie". Po hipisowskim, zwariowanym, właściwie bez domu - życiu, ona bardzo tego domu potrzebowała i dlatego tak później o nie dbała. I o ten w Warszawie czy później o ten na Roztoczu.

Okazało się, że Marek nie jest w stanie zapewnić jej stabilizacji. Nie chodzi tylko o to, że zanim Maanam stał się popularny, nie mieli co do garnka włożyć. Problem był dużo znaczniej poważniejszy. Marek nadużywał alkoholu.

Myślę, że Kora zachwyciła się Kamilem w momencie, kiedy już była umęczona życiem z Markiem.

Jednak przez dziesięć lat ukrywała kto jest biologicznym ojcem Szymona, a Kamil wyjechał do Niemiec.

Ale mieli ze sobą kontakt. Kora po prostu bardzo go kochała, bo przecież podjęła decyzję, żeby odejść od Marka i zdradzić całemu światu prawdę. Myślę, że to była dla niej dramatyczna decyzja. Mówiąc o tym, że Szymon jest dzieckiem Kamila a nie Marka, zraniła w ten sposób wiele osób i wywołała skandal.

Z MateuszemZ Mateuszem Archiwum Mateusza Jackowskiego

Hanna Bakuła pytała, dlaczego nie powiedziała o tym od razu.

Można się zastanawiać, jaki czas jest dobry na wyjawienie prawdy. Czy jak dziecko ma rok? Czy pięć lat? Czy może 18 lat? Nie wiem, jaki czas jest dobry, żeby powiedzieć o tym dziecku, mężowi, a w przypadku znanej osoby – całemu światu. Myślę, że Kora musiała przez te dziesięć lat przechodzić niezłe piekło, mając świadomość, że to nie jest dziecko Marka, a Kamil pozostał na uboczu. Zresztą on sam później przyznał w wywiadach, że się przestraszył. Kobieta z dwójką dzieci, w dodatku sławna. Mógł się przestraszyć, prawda?

Mateusz jej syn potwierdza, że matka w tym czasie miała stany depresyjne. On to rozumiał. Jednocześnie powiedział mi, że każdy kto patrzył na Szymona zauważał podobieństwo do Kamila – a nie Marka.

Udało ci się z nim porozmawiać. Jaką matką była Kora?

To cudowny człowiek. Skończył dietetykę, tylko po to, żeby, gdy wszystkie metody zawiodły w walce z rakiem, pomóc matce. Mieszka teraz na Wybrzeżu. Opracował autorską metodę żywienia. Od rana do nocy przyjmuje pacjentów. Jest ciepłym, odpowiedzialnym i mądrym mężczyzną.

Jestem przekonana, że Kora była dobrą matką. Tylko dziecko tak bardzo kochane może być tak fajne jak Mateusz. Bardzo często rozmawiali przez telefon i Kora często mu śpiewała do słuchawki. Nauczyła go wszystkiego, co ważne, a przede wszystkim, jak powiedział Mateusz, odróżniać dobrych ludzi od buców.

MateuszMateusz Archiwum Mateusza Jackowskiego

W rozmowie z Moniką Jaruzelską przyznała, że najbardziej kocha Ramonę.

Ja to rozumiem, bo mam kotkę, w której też jestem bardzo zakochana. Zwierzęta bywają mniej kłopotliwe niż dzieci (śmiech). A tak na poważnie, myślę, że Kora miała w sobie ogromne pokłady opiekuńczości. Kiedy Ramona wkroczyła do jej życia, chłopcy nie wymagali już takiej opieki i codziennej troski. Część swoich matczynych uczuć mogła przelać na Ramonę (śmiech).

Razem z wieloletnią przyjaciółką - Henryką BochniarzRazem z wieloletnią przyjaciółką - Henryką Bochniarz Archiwum Henryki Bochniarz

Hanka Bakuła mówiła, że Kora nosiła zbroję, a tak naprawdę była z tiulu.

Kora przyszła do niej kiedyś w króciutkiej skórzanej spódnicy, właściwie przepasce na biodra i wyglądała na ostrą kobietę, z żelaza. I wtedy Hanka miała taką refleksję, że wszyscy myśleli, że ona była z żelaza – a tak naprawdę była z tiulu. Bo Kora była bardzo wrażliwa. Ale jaka miała być z taką przeszłością? Była też czuła i bardzo opiekuńcza. Owszem potrafiła zrobić Kamilowi awanturę, gdy jej się coś nie podobało, bo była szczera. Ja sobie akurat taką cechę bardzo cenię.

Uwielbiała dzielić się z innymi. Gotować dla innych. Dawanie sprawiało jej wielką przyjemność, wciąż przecież rozdawała swoje własnoręcznie malowane Madonny. Monika Jaruzelska wspominała, że Kora chciała jej zrobić gołąbeczki, "bo na pewno jest głodna". A przecież wiadomo, ile jest przy nich roboty. Dla niej to nie był żaden problem. Tomek Raczek opowiadał mi, że Kora była wielką koneserką herbat. Robiła z nich różne mieszanki i mówiła: A może ci zrobię Kochanie herbatę miłości. I zaczynał się cały rytuał parzenia herbaty. Była osobą celebrującą chwilę. Myślę, że sceniczny wizerunek Kory walczącej jest tylko jedną stroną medalu. Druga strona medalu to Kora prywatna – w domu, pochylająca się nad innymi, która słucha i gotuje dla innych. Ciepła i czuła po prostu.

Skąd tytuł książki "Słońca bez końca"?

Kora mówiła o sobie, że jest dzieckiem słońca. Długo się nad tym zastanawiałam, bo przecież słońce nie mogło docierać do sutereny i pewnie dlatego Kora tak bardzo je lubiła, przez to, że go nie miała. Już od czasów młodości lubiła tak pozdrawiać najbliższych. Myślę, że to było jej przesłanie: Słońca bez końca.

Beata Biały, 'Słońca bez końca. Biografia Kory'Beata Biały, 'Słońca bez końca. Biografia Kory' Mat. prasowe