Z Serbii z Polski. "Pierwsze polskie słowo, które poznałam to kolejka"

Klaudia Kolasa
Sanja od dwóch lat mieszka w Warszawie. Przeprowadziła się do Polski z Serbii i chociaż początki jej nowego życia nie były łatwe, zakochała się w tym kraju. "To był ciężki początek, ale poczułam, że ludzie w Polsce są wspierający" - powiedziała w rozmowie z kobieta.gazeta.pl.

Żony, matki, przyjaciółki, sąsiadki, ale przede wszystkim kobiety. Wyruszyły w drogę, aby w obcym kraju zbudować swój dom od nowa. Klaudia Kolasa rozmawia z cudzoziemkami o tym, jak wygląda ich życie w Polsce, co pomimo wychowania w różnych kulturach nas łączy, a co dzieli. Kolejne teksty z cyklu "Rozmowy bez granic" przeczytacie na Gazeta.pl.

Od dwóch lat mieszkasz w Polsce. Jak to się stało? 

To był przypadek. Pracowałam w Budapeszcie. Mój kontrakt kończył się pod koniec 2019 roku i czekałam na nową umowę. Wyjechałam do Serbii, bo miałam wrócić do pracy dopiero w lutym 2020 roku. Potem powiedzieli mi, że nie wypełnili dokumentów na czas i muszę poczekać jeszcze miesiąc.  Tylko że zaczęła się pandemia.

I wszystko wywróciło się do góry nogami...

Dokładnie. Zamknęli granice, podróże były utrudnione. Wcześniej dostałam wiadomość z ofertą pracy w Polsce, ale ją zignorowałam. Kiedy dowiedziałam się, że nie wrócę do Budapesztu, bo tną koszty przez COVID-19 i nie zatrudniają nowych pracowników, zdecydowałam, że na nią odpowiem.

Zapytałam, jak wyobrażają sobie organizację mojego zatrudnienia. W tamtym momencie załatwianie wizy, pozwolenia na pracę itd. było bardzo trudne. Poza tym nie mogłam wylecieć z kraju. Odpowiedzieli, że na mnie poczekają aż sytuacja się trochę uspokoi.

Rozumiem, że poczekali?

Tak, przeprowadziłam się do Warszawy na początku lipca.  Nawet nie było lotów z Belgradu, więc musiałam najpierw dolecieć do Budapesztu i dopiero stamtąd do Warszawy. 

To było twoje pierwsze zetknięcie z Polską? 

Nie do końca. Kiedyś leciałyśmy z mamą na ślub do Paryża, ale zanim tam dotarłyśmy, zrobiłyśmy przystanek w Wiedniu, bo miała urodziny. Potem zastanawiałyśmy się, jak dostać się z Wiednia do Paryża i najtańszą opcją był lot przez Warszawę. Ponieważ ani ja, ani moja mama, nigdy nie byłyśmy w Warszawie, zatrzymałyśmy się tu na kilka dni. Obie byłyśmy zaskoczone, jak pięknym jest miastem. W Serbii mówi się o Krakowie i Zakopanem jako destynacjach turystycznych, ale nigdy o stolicy Polski.

 

Dlaczego akurat o Krakowie i Zakopanem? 

Bo albo jedziesz na narty do Zakopanego, albo do Krakowa, który jest tanim kierunkiem dla studentów. Jest mnóstwo barów z drinkami za grosze. Kiedy jeszcze studiowałam, organizowaliśmy wycieczki sylwestrowe do Krakowa, ale nie brałam w nich udziału. Zawsze wydawało mi się, że Polska to strasznie zimny kraj. Zastanawiałam się, jak moi znajomi mogą jeździć do tego Krakowa i marznąć. 

Wróćmy do lipca 2020 roku. Pamiętasz swój pierwszy dzień po przeprowadzce? 

Oczywiście! Miałam tu znajomego, jeszcze z czasów studiów. Był jedyną osobą, którą znałam w Polsce, a w tamtym czasie nie można było zatrzymywać się w hotelach czy pensjonatach. Odezwałam się do niego i poprosiłam, czy mogę u niego zostać. Zapewniałam, że nie mam "korony". Obiecałam, że będę u niego mieszkać maksymalnie przez tydzień. Twierdził, że to niewykonalne. Że nie znajdę mieszkania tak szybko. Przyleciałam w poniedziałek, a już w środę oglądałam pierwsze mieszkanie. Na piątek miałam umówione kolejne, które bardzo mi się podobało. Kiedy wracałam w środę tramwajem, zdarzył się wypadek.

Co się stało?

Miałam miejsce siedzące i sprawdzałam coś w telefonie. Tramwaj rozpędzał się coraz bardziej, aż gwałtownie wszedł w zakręt. Wylądowałam na podłodze, a szarpnięcie było tak mocne, że złamałam ramię. W jednym momencie czytałam coś na telefonie, a w drugim już leżałam na podłodze. Na kilka sekund straciłam przytomność. Dookoła mnie zebrali się ludzie i pytali po polsku, czy wszystko jest w porządku. Ja oczywiście nie wiedziałam, jak odpowiedzieć. Mówiłam, że jest okej, aż zorientowałam się, że nie jest, bo nie mogę wstać. 

Ktoś ci pomógł?

Miałam ogromne szczęście, że naprzeciwko mnie siedział mężczyzna, który mówił po angielsku. Powiedział mi, co powinnam dalej zrobić. Nie miałam ubezpieczenia, nie wiedziałam, jak dostać się do szpitala. Opowiedziałam mu o swojej sytuacji. Powiedział, że powinnam złożyć skargę. Akurat w tym przypadku nie uważałam, żeby był to priorytet. Bardziej zależało mi na dostaniu się do lekarza. Powiedział, że skargę napisze za mnie i zostawił mi swój numer telefonu. Kazał się odezwać, kiedy poczuję się lepiej i obiecał, że pomoże z formalnościami. 

Sama pojechałaś do szpitala? 

Najpierw zadzwoniłam do przyjaciela, żeby mnie odebrał. Zapytał, co się stało, a ja opowiedziałam mu, że złamałam ramię.

Jak zareagował?

Spanikował. "Sanja, co zamierzasz zrobić? Przecież nie masz mieszkania, za moment powinnaś zacząć pracę". Powiedziałam, że wiem, ale że przede wszystkim powinnam jechać do szpitala. A on dalej swoje, że nie mam nawet ubezpieczenia i może lepiej byłoby, gdybym wróciła do Serbii. Jakby nie rozumiał, że bycie w drodze w czasie pandemii koronawirusa ze złamanym ramieniem i z bagażami nie jest najlepszym rozwiązaniem. Miałam dwie ogromne walizki i jedną małą oraz plecak. Wzięłam ze sobą cały dobytek, bo nie wiedziałam, kiedy będę mogła wrócić do swojego kraju. Musiałabym z tym wszystkim przesiadać się w Budapeszcie. Ta opcja nie wchodziła w grę.  

Co działo się dalej?

W końcu pojechaliśmy do szpitala.  Czekałam w poczekalni i bałam się, że złapię koronę. Kiedy weszłam do gabinetu, lekarz zapytał mnie, czy miałam wypadek na motorze. Odpowiedziałam, że po prostu jechałam tramwajem. Pierwsze, co powiedział, to że powinnam złożyć skargę. Zrobił mi wszystkie badania i powiedział, że możliwe, że będzie potrzebna operacja, ale najpierw wykonamy prześwietlenie i potwierdzi to z innym lekarzem. Obiecał, że zadzwoni do mnie następnego dnia rano. Prześwietlenie miało kosztować 200 euro, ale nie miałam wyjścia.  

W przeciwieństwie do niego pielęgniarka była bardzo niemiła. Miałam na sobie kurtkę i naszyjnik. Kazała mi to zdjąć, więc poprosiłam ją o pomoc. W końcu nie mogłam ruszać ramieniem. Powiedziała, że mam sama to zrobić a ona poczeka. Jakimś cudem zdjęłam kurtkę, ale nie dałam rady zdjąć naszyjnika. Zrobiła prześwietlenie z naszyjnikiem na szyi. Całe szczęście rano okazało się, że operacja nie będzie konieczna.  

Brzmi jak burzliwy początek życia w nowym miejscu. 

Tak, to był ciężki początek, ale poczułam, że ludzie w Polsce są wspierający. W piątek jeszcze raz obejrzałam mieszkanie, które widziałam przed wypadkiem i kiedy właściciele zobaczyli, że mam złamane ramię, byli bardzo troskliwi. Wciąż tu mieszkam. Po kilku dniach odezwałam się też do chłopaka z tramwaju, który pomógł mi złożyć skargę i wpisał siebie jako świadka. Wypłacili mi odszkodowanie. 

 

Czy było coś, co zaskoczyło cię u nas po przeprowadzce? 

Przede wszystkim to, że większość spraw urzędowych można załatwić dość szybko i przez internet. Teraz już tego aż tak nie odczuwam, ale to był duży szok po przeprowadzce z Węgier. Tam doradzano mi, żebym nie otwierała konta bankowego, bo to problematyczne dla obcokrajowców. Najpierw idziesz do banku, nie mówią po angielsku. Szukają kogoś, kto mówi po angielsku. Potem każą ci czekać kolejne dwa tygodnie, żeby umówić cię z konsultantem. Potem musisz zabrać kogoś, kto mówi po węgiersku, żeby z tobą poszedł i ci pomógł. Potem proszą o dokumenty, które ciężko dostać, więc to zbyt skomplikowane. Przez czas, kiedy tam pracowałam, miałam swoje serbskie konto i musiałam przewalutowywać pieniądze. To było bez sensu. W Polsce cała procedura trwała moment. Podobnie jak załatwienie badań medycyny pracy, założenie internetu i zdobycie polskiego numeru telefonu. Wszystko zajęło mi maksymalnie dwa dni. Odebrałam Polskę jako bardzo zdigitalizowany kraj.  

Mieszkałaś w Węgrzech, w Stanach Zjednoczonych, w Belgii, teraz tu. Dlaczego wybrałaś życie na emigracji? 

Przy każdym z wyjazdów powód był inny. Najpierw mieszkałam w Stanach Zjednoczonych przy okazji wymiany studenckiej. Dostałam tam stypendium. Kiedy wróciłam, zakwalifikowałam się na studia magisterskie do Belgii. Studiowałam europeistykę i dyplomację w Brugii. Potem dostałam pracę z tym związaną w Budapeszcie. A teraz jestem w Polsce. 

Nie tęsknisz za swoim krajem? 

Trochę tęsknię, ale coś ci opowiem. Kiedy byłam w Serbii przed wyjazdem do Polski, zbliżały się wybory. To było bardzo symboliczne, bo w Polsce również wtedy były wybory. Pomagałam jednej z opozycyjnych serbskich partii. Nie byłam bardzo zaangażowana, bo wiedziałam, że zaraz wyjeżdżam, ale działałam na lokalnym poziomie. Zorientowałam się, że jeden z opozycyjnych polityków pracuje dla rządu. Był intruzem. Wzięłam go na stronę i powiedziałam, że wiem, co robi. Zapytałam, czy ma zamiar powiedzieć o tym pozostałym osobom, czy ja mam to zrobić. "Posłuchaj dzieciaku, wiem, jakim jeździsz samochodem i gdzie mieszkasz. Na twoim miejscu bym uważał" - usłyszałam w odpowiedzi.

Przestraszyłaś się?

Byłam w ogromnym szoku. Uświadomiłam sobie, że nasz kraj tonie w gównie. Jeśli ja dostaję groźby, a jestem nikim, to co musi się dziać na wyższych szczeblach. Z każdym dniem byłam coraz bardziej szczęśliwa, że wyjeżdżam.  

Już kilka razy słyszałam, że Polacy i Serbowie mają wiele wspólnego. Zgadzasz się? 

W wielu aspektach tak. Język jest bardzo podobny. Jeśli muszę porozumiewać się po polsku, to jestem w stanie to zrobić. Mamy też podobną historię. Widać to m.in. po komunistycznej architekturze. A jeśli jesteśmy przy komunizmie, to pozostawił on w nas też pewne zachowania. To było bardzo zabawne, że kiedy trafiłam do szpitala, to pierwszym polskim słowem, jakiego się nauczyłam, była kolejka. Szpitale też wyglądają podobnie jak w Serbii. Wszyscy są umówieni na tę samą godzinę, a i tak muszą odczekać swoje. Po tym jak ktoś kilka razy zapytał mnie "Czy pani jest w kolejce" zrozumiałam, że to tak samo ważne jak "dzień dobry". Te kolejki przechodzą na kolejne pokolenia.  

 

Planujesz tu zostać? 

To pytanie padało na każdej randce. Z jakiegoś powodu to bardzo istotne dla polskich mężczyzn. Kiedy wracam do Serbii, nie mogę się doczekać aż wrócę do domu, czyli do Warszawy. Z drugiej strony żyłam w różnych kulturach i nigdy nie czułam, że wybieram dane miejsce, żeby spędzić w nim całe życie. Chciałabym przybliżyć Polskę Serbom. Niewiele wiemy o waszym kraju, a jest taki piękny. Oprowadzam swoich znajomych z Serbii i od niedawna prowadzę bloga podróżniczego. Przykładowo opowiadałam o Wieliczce i ludzie byli w szoku, że wygląda tak wspaniale. Chciałabym zbudować most kulturowy pomiędzy naszymi krajami, więc na ten moment chcę zostać w Polsce. Ale nie wiem, jak długo. 

 
Więcej o:
Weź udział w dyskusji:
Z Serbii z Polski. "Pierwsze polskie słowo, które poznałam to kolejka"
Aby skomentować ten i inne artykuły zapraszamy na forum.gazeta.pl