Doris jest rolniczką. Uprawia zboże i hoduje bydło. "W tym stadzie rządzę ja"

Ma na imię Daria, ale wszyscy znają ją jako Doris. Jest rolniczką, w swoim gospodarstwie pracuje ramię w ramię z mężem i ojcem. Ma zwyczaj oswajać bydło, za co bywa krytykowana, ale nam wyjaśnia, dlaczego to robi. "Jesteśmy dzięki temu bezpieczniejsi" - zapewnia.

Więcej wywiadów z inspirującymi kobietami na stronie Gazeta.pl

Ewa Rąbek: Niełatwo było cię namówić na wywiad...

Doris: Rzeczywiście, trochę się wahałam (śmiech).

Dlaczego?

Głównie dlatego, że w naszym społeczeństwie kobiety pracujące w gospodarstwie, a już zwłaszcza w hodowli, nie są dobrze odbierane. Nieobcy jest mi więc hejt w sieci. W naszym kraju wciąż panuje przekonanie, że praca w rolnictwie jest zarezerwowana dla mężczyzn, a delikatne i słabe kobiety powinny zajmować się wyłącznie domem i ewentualnie jakimiś lżejszymi pracami na farmie. 

Ty się z tym oczywiście nie zgadzasz? 

Nie! Kobiety w tym przypadku w niczym nie ustępują mężczyznom. Często wiele z nich pisze do mnie, że bardzo chciałyby się bardziej zaangażować w swoich gospodarstwach, zająć na przykład obsługą maszyn, a nie tylko opieką nad zwierzętami czy pracą żniwną przy łopacie. Mężczyźni niechętnie widzą je w tych rolach. Muszą się więc wykazać wielką siłą przebicia i dobrymi chęciami. Zgodziłam się na wywiad, żeby pokazać, że kobiety mogą wszystko. Ja w naszym gospodarstwie zajmuję ważne miejsce. Nie jestem wyłącznie żoną rolnika, jestem rolniczką. 

 

A jak tą rolniczką zostałaś?

Z rolnictwem jestem związana od dziecka, miłość do niego zaszczepił we mnie dziadek, który zresztą wcale nie był rolnikiem, a kolejarzem (śmiech). Byłam jego ukochaną wnuczką, wszędzie mnie zabierał, pokazywał uroki wsi, nauczył pracy ze zwierzętami i nauczył cieszyć się tym, co mnie otacza. Z roku na rok zaczęłam coraz bardziej angażować się w życie w naszym gospodarstwie, a teraz nie wyobrażam sobie siebie w innym miejscu. Dziś razem z tatą i mężem prowadzę rodzinne gospodarstwo. Takie, których w naszym kraju jest niestety coraz mniej na rzecz wielkich przedsiębiorstw, w których stawia się na ilość, nie na jakość. A każde zwierzę jest tylko sztuką. Niemal wszystkiego, co dziś umiem jako rolniczka, nauczył mnie mąż. Poświęcił swój czas i uwierzył we mnie, dzięki temu dziś pracujemy razem, wspólnie rozwijamy gospodarstwo. No i nadal nie mamy siebie dość (śmiech).

Co uprawiacie i hodujecie? 

Nasze gospodarstwo jest ukierunkowane na produkcję roślinną. Uprawiamy zboża, rzepak, kukurydzę, buraki cukrowe i słoneczniki. Poza tym od ośmiu lat zajmujemy się z mężem hodowlą bydła rasy limousine. Większość naszego inwentarza stanowią mamki, sprzedajemy ich potomstwo, czyli tzw. odsadki (ośmio-, dziewięciomiesięczne cielaki). Hodujemy też oposy, czyli zwierzęta przeznaczone na ubój. Udało nam się wyhodować kilka byków-rozpłodników, które trafiły do nowych stad. 

 

Często powtarzasz, że praca z bydłem potrafi być bardzo niebezpieczna, wspominasz o terrorze stadnym. Co masz na myśli? 

Terror stadny to nic innego jak znęcanie się zwierząt nad najsłabszymi, mniej odważnymi sztukami. Krowy odganiają inne od koryta, atakują je. Byki potrafią podrzucać w powietrze słabsze zwierzęta. Raz prawie przerzuciły nam jedno zwierzę przez dwumetrowy płot, innym razem uśmierciły słabszą sztukę. No i bydło bywa agresywne wobec ludzi. Raz, podczas przepędzenia zakupionych byczków, jeden z nich zaatakował mojego męża. Wywrócił go na ziemię, na szczęście szybko udało się go odgonić. Mamy też kilka agresywnych krów. Jedna wielokrotnie mnie atakowała podczas rozściełania siana. Długo nie mogłam się z nią dogadać, ale w końcu zdała sobie sprawę, że w tym stadzie rządzę ja i nie warto ze mną zadzierać. Teraz panuje u nas względny spokój.

Wszystko dlatego, że dobrze traktujecie swoje zwierzęta.

Tak. Bardzo nam zależy, żeby wszystkie były traktowane godnie i miały jak najlepsze warunki. Nieważne, czy będą u nas dożywotnio, czy spędzą tu tylko kilka lat. I mamy tego efekty - wiele osób pyta, czy do paszy dodajemy jakieś uspokajacze. Wtedy zawsze odpowiadam: "Nie, dodaję odrobinę siebie". Wiem ile czasu potrzeba, by wzbudzić ich zaufanie, ustalić hierarchię, oswoić. Zwierzętom nadaję nawet imiona.

 

Reagują na nie?

Tak, po jakimś czasie niektóre zaczynają. Oswajam nasze bydło, co bulwersuje wielu ludzi, ale robię to dlatego, że łatwiej nam się z nim później pracuje, jesteśmy bezpieczniejsi. Zwierzęta nie są w stosunku do nas agresywne, czują się przy nas dobrze, nie stresują się, a to poprawia też ich komfort życia. Nie brakuje oczywiście groźnych incydentów, bo krowy i byki mają różne charaktery, ale takich zdarzeń jest teraz mniej. Staram się nie przejmować krytyką z tego powodu, chociaż po tylu latach pracy w tym zawodzie mogę z całą pewnością stwierdzić, że nasze społeczeństwo niesprawiedliwie ocenia rolników. Są hejtowani za słynne dopłaty, a hodowcy bywają nazywani mordercami. Moda na bycie wege też robi swoje, ale wciąż jedynie ok. 10 proc. światowej populacji nie je mięsa.

Rytm waszego życia wyznaczają potrzeby ziemi i zwierząt, żyjecie zgodnie z rytmem pór roku. Czy nie czujesz się czasem jak niewolniczka swojego gospodarstwa?

Absolutnie nie. Kocham swoją pracę i za nic bym jej nie zmieniła. Jasne - czasem bywa ciężko, ale staram się nie narzekać. Zwykle zaczynamy pracę o 7.00 i kończymy ją o godz. 20.00/21.00. No, chyba że są żniwa, to zdarza się, że pracujemy do północy. Zimą jest spokojniej, ale i tak nie brakuje pracy. Bardzo ważne są więc dla nas wakacje, możemy wtedy uciec od wszystkiego, wyłączyć się, skupić na sobie Zwierząt dogląda wtedy nasz tata. Staramy się wychodzić w sobotnie wieczory, a niedziele (poza karmieniem zwierząt) mamy całe dla siebie. 

Prowadzisz na Instagramie konto, gdzie pokazujesz, jak wygląda życie rolników. Nie robisz tego po to, żeby pochwalić się, że umiesz prowadzić ciągnik, czy wiesz, jak się obchodzić z agresywnym bykiem.

Nie. Tym bardziej że do samej jazdy ciągnikiem wystarczy kategoria B, dopiero do prowadzenia maszyn zawieszanych są potrzebne kolejne - T, B+E czy C+E. No i wiadomo: żaden papier nie zastąpi praktyki. Często wielu kolegów, którzy mają znacznie wyższe kwalifikacje, np. skończyli kursy na koparki głębinowe i inne cuda, zgłasza się do mnie, bo tak naprawdę nie potrafią jeździć zwykłą ładowarką czy paleciakiem, przełożyć palet z miejsca na miejsce. Ale wracając do tematu: mój profil służy do tego, żeby pokazać, jak wygląda praca i życie rolników. To ważna praca i często bardzo ciężka. Ludzie nie wiedzą o wielu sprawach, nie rozumieją, a gdy się czegoś nie rozumie i nie zna, to łatwo krytykować. Mój profil na Instagramie traktuję też jak pamiątkowy album. Miło mi po jakimś czasie wracać do ważnych chwil w przeszłości, które udało mi się uwiecznić. No i tak jak wspominałam - chcę inspirować inne kobiety do tego, żeby walczyły o swoje marzenia. Warto.

 
Więcej o:
Weź udział w dyskusji:
Doris jest rolniczką. Uprawia zboże i hoduje bydło. "W tym stadzie rządzę ja"
Aby skomentować ten i inne artykuły zapraszamy na forum.gazeta.pl