Tylko nie dieta! Czy można schudnąć bez wyrzeczeń

Pigułki, tabletki, różowe okulary czy plastry odchudzające... Czy można schudnąć bez walki z głodem i wysiłku fizycznego?

Zamów indywidualną dietę! Wykonaj bezpłatną analizę i rozpocznij odchudzanie już dziś.

Jedzenie jest przyjemne. Odchudzanie - przeciwnie. Kto lubi przykre ściskanie w żołądku i wysiłek? Zwłaszcza fizyczny, na który nie ma się ani czasu, ani ochoty. Dlaczego współczesna medycyna, szczycąca się tyloma osiągnięciami, nie zdołała uporać się jeszcze z problemem, jak umożliwić jedzenie do syta i jednocześnie zachowanie pięknej sylwetki?

Tycie to grubszy problem, jak się okazuje. Sieć powiązań, dzięki którym odczuwamy głód lub błogą sytość, jest niezwykle skomplikowana. Nie wystarczy znaleźć sposobu, by oszukać sam żołądek, bo w proces przemiany materii zaangażowane jest dużo więcej narządów - tarczyca, nadnercza, wątroba, trzustka, mięśnie, tkanka limfatyczna, a przede wszystkim mózg - nadrzędny regulator. Proces trawienia, spalania i gromadzenia zapasów biegnie poprzez wiele szlaków metabolicznych. Nie wystarczy zablokować tylko jednego z nich, by osiągnąć cel. A jakiekolwiek, najdrobniejsze ingerencje grożą rozregulowaniem całej tej precyzyjnej machinerii. Dlatego tak trudno jest opracować skuteczny lek na otyłość. I dlatego to, co pomaga jednym z nas, jest nieskuteczne u innych.

Ciepło i światło: to pomaga każdemu

Najczęściej tyjemy jesienią i zimą - statystyczny Polak przybiera na wadze od listopada do świąt Wielkiej Nocy ok. 2 kg. Winne są nie tylko świąteczne i karnawałowe przyjęcia, ale przede wszystkim... brak światła. Działa tu ewolucyjny mechanizm. Gdy dzień robi się krótszy, organizm produkuje więcej melatoniny. Automatycznie wzrasta łaknienie, gdyż mózg wysyła sygnał: idą ciężkie czasy, jedz na zapas! Tymczasem nie ma już takiej potrzeby - nie tracimy wcale więcej energii ani na zdobywanie żywności (do sklepu jest równie łatwo zajrzeć zimą), ani na przetrwanie w chłodach (mamy ciepłe ubrania i ogrzewane mieszkania), a zwykle właśnie zimą potrzebujemy (i zużywamy) jej mniej - bo znacznie mniej się ruszamy.

Zimową nadprodukcję melatoniny w organizmie można nieco powstrzymać przy użyciu fototerapii. To bardzo popularna metoda w krajach skandynawskich, gdzie wiele osób cierpi z powodu niedoboru słońca. Na oddziale neurologii Uniwersytetu w Umea w Szwecji badano wpływ fototerapii na pacjentki z nadwagą. Po zaledwie dziesięciu dniach leczenia światłem (sesja trwała dwie godziny dziennie pod lampą o natężeniu 1500 luksów) 75 proc. chorych straciła od 1,5 do 2,4 kg, bez stosowania żadnej dodatkowej diety!

Fototerapię oferują gabinety odnowy biologicznej, centra medycyny naturalnej i wiele zakładów opieki zdrowotnej. Światło, którego używa się podczas zabiegów, nie zawiera promieniowania UV, dlatego też nie jest szkodliwe, nie parzy i nie szkodzi oczom. Za 30-minutową sesje zapłacimy w gabinecie ok. 30 zł; koszt lampy do terapii domowej waha się od 200 zł do 2 tys. złotych w zależności od producenta.

Uwaga: z leczniczego działania światła nie mogą korzystać osoby przyjmujące leki, które wywołują silną reakcję na światło, i ci, którzy mają problemy z oczami, np. nawracające zapalenia spojówek, jaskrę, retinopatię, a także cukrzycę czy toczeń.

Desperacja i magia

Komu nie starcza silnej woli i samozaparcia, by wytrwać w diecie i regularnie wytapiać zapasy tłuszczowe na siłowni, skłonny jest sięgać po najbardziej niekonwencjonalne metody. Zawijanie algami, elektrostumulacja, plastry, które naklejane na noc na stopy miałyby - z niewiadomych przyczyn - odchudzić uda i powyżej, aromatyzowane chusteczki z wyszczuplającym aromatem, wibrujące paski, żele odchudzające przez skórę i klipsy pobudzające punkt sytości.

Czy warto inwestować w te cuda? Nie! Jedynym efektem, na jaki możemy liczyć to efekt placebo i efekt portfela. Po pierwsze, nawet specyfiki bez żadnej szczególnej substancji czynnej (na przykład tabletki z mąki i cukru) leczą - i to tym lepiej, im więcej wydaliśmy na ich zakup. Po drugie, im więcej wydamy na magiczne eliksiry lub czarodziejskie zabiegi, tym mniej zostanie nam na jedzenie.

Parafarmaceutyki i suplementy: nieskuteczne i niesprawdzone

Istnieje cały rynek parafarmaceutyków, suplementów diety i cudownie odchudzających pigułek oferowanych bez recepty lub sprzedawanych przez internet. Reklamy zwykle brzmią entuzjastycznie - produkty mają być stuprocentowo skuteczne i - w przeciwieństwie do leków - całkowicie pozbawione skutków ubocznych.

Czy można w to wierzyć? Cóż, gdyby choć jeden środek faktycznie pozwalałby się bez trudu uwolnić od niechcianych kilogramów, na świecie nie byłoby już ludzi w rozmiarze XXXL. Co do działań niepożądanych - argumenty o bezpieczeństwie tych preparatów opierają się na zapewnieniu, że "są to produkty ziołowe w stu procentach naturalne". Tyle samo można powiedzieć o ekstrakcie z wilczej jagody.

Pamiętajmy, że tzw. suplementy diety nigdzie na świecie nie muszą przechodzić równie skrupulatnej kontroli jak lekarstwa. A ponieważ nie muszą, to i nie przechodzą. W Polsce są jedynie ograniczenia na - uwaga! - użyte do produkcji witaminy, minerały i mikroelementy. I na to, by ich zalecana dzienna dawka nie przekraczała dopuszczalnej normy. Nikt nie kontroluje ich efektywności.

Nad specyfikami wspomagającymi utratę wagi pochylili się dwa lata temu naukowcy z Harvard Medical School. Śledzili, czy w jakichkolwiek badaniach stwierdzono skuteczność ich składników. Wyniki ich pracy nie napawają optymizmem:

*Wyciąg z efedryny (Ephedra sinica), który zwykle łączy się z kofeiną syntetyczną, z yerba mate, zieloną herbatą czy guaraną, wpływały na utratę wagi zaledwie ok. 1 kg na miesiąc w porównaniu z placebo. Jednocześnie preparaty z efedryną podwyższają ciśnienie krwi i zaburzają rytm serca, rejestrowano przypadki wylewów i śmiertelnych ataków serca i z uwagi na to są dziś zakazane przez Amerykańską Agencję ds. Żywności i Leków. Podobnie jak efedryna działa wyciąg z gorzkiej pomarańczy, advandry czy sida cordifolia.

*Skuteczności chromu , który miał zmniejszać apetyt na słodycze, nie udało się potwierdzić, za to wiadomo, że jego stałe przyjmowanie może uszkadzać nerki i mięśnie. Opisywano przypadki wystąpienia rozpadu mięśni - rabdomiolizy - prowadzącego do uszkodzenia nerek i mózgu, pod wpływem dawek chromu przewyższających 1000 mikrogramów dziennie (5-10 tabletek suplementu).

*Rozpuszczalny błonnik gumy guar (mączka z bielma zmielonych nasion drzewa Cyamopsis tetragonolobus), łupiny nasion babki, płesznik i inne wypełniacze, nie pomogły schudnąć pacjentom w żadnym z przeprowadzanych badań. Niemiłe uczucie głodu to coś więcej niż tylko pustka w żołądku. Samo rozciągnięcie jego ścianek i pobudzenie nerwu błędnego nie wystarcza, by poczuć się sytym. Gdyby tak było, głód hamowałaby już czysta woda.

*Podobnie nieefektywne okazały się jakże modne FAT - burnery, czyli pożeracze tłuszczu . CLA (kwas linolowy), radzi sobie z odchudzaniem myszy, ale nie ludzi. Nam sprawia same kłopoty: problemy z żołądkiem, wzrost poziomu cholesterolu i pogorszenie wrażliwości na insulinę. L-karnityna zwiększa przemiany energetyczne tłuszczów nawet o 70 proc., ale... w testach laboratoryjnych. Na żywe organizmy (czy to ludzi, czy myszy) nie działa tak, jakbyśmy chcieli. HCA otrzymywany z garcynii pomagał zrzucić prawie półtora kilo więcej w ciągu trzech miesięcy niż podczas przyjmowania placebo, ale tylko tym, których BMI nie przekraczała 28. Na osoby z poważniejszą nadwagą nie działał. Po co komu specyfik, który odchudza tylko szczupłych?

*Środki moczopędne (zwykle mieszanki ziołowe zawierające, liście brzozy, nasiona gorczycy, korę kruszyny, korzeń mniszka, morszczyn, nawłoć, owies, rzewień, skrzyp, wiązówkę) przynoszą chwilowe zmniejszenie wagi - ale wynika ona z utraty potrzebnej organizmowi wody, a nie tłuszczu i skończyć się może zaburzeniami gospodarki elektrolitowej - bólami mięśni, uczuciem rozbicia, a nawet problemami z sercem.

*Preparaty "oczyszczające organizm" to zwykle po prostu środki przeczyszczające. Mogą być stosowane sporadycznie, przy zaparciu, ale pod żadnym pozorem nie na co dzień! Spadek wagi następujący po wypróżnieniu nie ma nic wspólnego z utrata zbędnego tłuszczu. Nadużywanie substancji przeczyszczających (pod złudnym hasłem odtruwania organizmu) nie kończy się dobrze: raz, że organizm przyzwyczaja się do nich, a dwa, że bywają usprawiedliwieniem dla dalszego objadania się.

*Inne rozpowszechnione składniki preparatów na zbicie wagi - guggul otrzymywany z balsamowca, ocet jabłkowy, algi i wiele innych (pełną listę znaleźć można w wspomnianym opracowaniu na stronie http://www.aafp.org/afp/20041101/1731.html) w ogóle nigdy nie były badane pod kątem przydatności w kuracjach odchudzających!

Czy to znaczy, że nie ma co liczyć na wspomożenie farmaceutyczne w ciężkim dziele zrzucania wagi? Bynajmniej. Medycyna ma coś do zaproponowania zarówno tym, którzy nie mogą się powstrzymać od jedzenia, jak i tym, którzy nie przepadają za aktywnością. Ale są to farmaceutyki otrzymywane zazwyczaj na receptę, które należy stosować pod kontrolą lekarza. Skuteczne, ale nie pozbawione skutków ubocznych.

Pigułki na to, by jeść mniej

Matematyka odchudzania jest prosta: tracimy na wadze, jeśli spalamy więcej, niż zjadamy. Można to osiągnąć na dwa sposoby - mniej jeść lub szybciej spalać. A najlepiej wprowadzić w życie obie rady.

Mniej jeść? Przecież zastrzegaliśmy już na początku, że to ma być odchudzanie bez cierpień! Medycyna podsuwa nam środki hamujące apetyt: sibutraminę (znaną m.in. pod handlową nazwą Meridia lub Zelixa) oraz rimonabant (Acomplia). Oba skutecznie zmniejszają uczucie głodu. Pierwszy sprawia, że nawet niewielki posiłek przynosi nam tak pożądane poczucie miłej sytości, a dodatkowo zwiększa ilość energii zamienianej przez organizm w ciepło. Drugi hamuje apetyt i jeszcze zmniejsza odkładanie tłuszczu, poprawia tzw. profil lipidowy, czyli podwyższa poziom dobrego cholesterolu HDL.

Niestety, jak każdy lek specyfiki te mają też działania niepożądane: mogą podnosić ciśnienie albo powodować depresję. Odchudzanie wspomagane farmakologicznie bezwzględnie musi przebiegać pod okiem lekarza.

Pigułki na to, by spalać więcej

Na zmniejszone porcje na talerzu organizm zwykle reaguje ograniczeniem wydatkowania energii. Przyszedł kryzys - trzeba oszczędzać. Jak zmusić ciało do większej rozrzutności? Najpopularniejszym środkiem podkręcającym metabolizm jest kofeina, która potrafi uruchomić nawet skrzętnie skrywane tłuszczowe rezerwy. Pita w ilościach czterech szklanek kawy dziennie przez kogoś o wadze 60 kg, zwiększa wydatek energetyczny nawet o 13 proc. i dwukrotnie przyspiesza spalanie tłuszczu.

Żeby efekt stał się zauważalny u osoby ważącej ponad sto kilo, musiałaby wypijać blisko dziesięć szklanek mocnej kawy. A to już jest szkodliwe - przyspiesza akcję serca i podnosi ciśnienie, które u osób przy kości i tak jest zwykle za wysokie. Nie tędy droga.

Bardzo obiecujące są badania substancji wyekstrahowanej z afrykańskiego sukulentu Hoodia gordonii, tradycyjnie żutego przez Buszmenów podczas długotrwałych wysiłków . Osoby, którym podawano wyciąg z Hoodii , mogły ograniczyć przyjmowane kalorie o 60 proc., nie doświadczając głodu ani żadnych dolegliwości. Czyżby więc cudowny (i całkiem niedrogi - na Allegro kapsułki z hoodią oferowane są po 90 zł za 180 sztuk po 250 mg) w zasięgu ręki?

Nic z tego! Większość preparatów z Hoodią zawiera śladowe jej ilości albo wcale. Sukulent ten rośnie na bardzo niewielkim obszarze, zdobył sobie ogromną sławę i jest... na granicy wyginięcia. Został umieszczony w załączniku II Konwencji o Międzynarodowym Handlu dzikimi Zwierzętami i Roślinami Gatunków Zagrożonych Wyginięciem (CITES) i obrót tymi roślinami podlega surowym ograniczeniom.

Jednocześnie tylko w polskim internecie można kupić tyle preparatów (tabletek, kremów i maści) z Hoodią, że nie starczyło by na nie wszystkich hoodii rosnących w Afryce.

Pigułki na to, by jeść, ale nie wchłaniać

A co z tymi, którzy mają słaby metabolizm, a życie bez smakowania traci dla nich urok? Nie przydadzą im się środki hamujące łaknienie, bo przecież jedzą dla przyjemności, nie z głodu. Ci mogą sięgnąć po tabletkę, która pozwala uznać spożyty posiłek za niebyły. Jak to możliwe? Istnieją preparaty zmniejszające wchłanianie składników odżywczych z jelita. Chitosan, dostępny bez recepty, wiąże tłuszcz w przewodzie pokarmowym i sprawia, że zamiast do krwi trafia on w większości do... muszli klozetowej. Podobny efekt daje orlistat (Xenical) - hamuje aktywność enzymu, który rozkłada zjedzony tłuszcz, zmniejszając jego wchłanianie w jelicie o ok. 30 proc. Organizm nie wykorzystuje zatem wszystkich dostarczonych mu kalorii. Preparat jest na tyle sprawdzony i bezpieczny, że już od kilku lat w Stanach Zjednoczonych można kupić go bez recepty. Niewykluczone, że niebawem możliwość taka pojawi się również w Polsce - Komisja Europejska zezwoliła na sprzedaż bez recepty preparatu o nazwie Alli (60 mg orlistatu).

Jednak znów trzeba się liczyć z objawami ubocznymi. Jeśli jemy dużo tłuszczu, który się nie wchłonie, mogą pojawić się wzdęcia, bóle brzucha, biegunka. W związku z tymi dolegliwościami orlistat działa tez trochę jak... esperal. Nie jesz zbyt tłusto, bo wiesz, że to się może nieprzyjemnie skończyć nieprzyjemnie.

Balonik doda lekkości?

Komu nie mogą pomóc farmaceuci, może skorzystać z propozycji chirurgów. Można wprowadzić do żołądka balon, który wypełnia się solą fizjologiczną. Łatwo go założyć, łatwo regulować jego objętość, bez kłopotu można się go też pozbyć. Zabieg trwa około kwadransa, przeprowadzany jest w znieczuleniu. To bezpieczna, nieinwazyjna i odwracalna metoda przypominająca chirurgiczny zabieg zmniejszania żołądka. Niestety - ponieważ uczucie sytości wiąże się nie tylko z wrażeniem wypełnienia brzucha, toteż i skuteczność tego wybiegu jest ograniczona. Nie chroni przed nałogowym podjadaniem czy rozdrażnieniem i osłabieniem wywołanym głodówką. Koszt zabiegu wynosi około 8 tys. zł.

Przeciąć (lub odessać) problem

Gdy otyłość zaczyna zagrażać życiu lub zdrowiu, wkracza chirurgia tzw. bariatryczna. Zakłada się (najczęściej laparoskopowo) specjalne opaski "dzielące" żołądek na dwie części, by zmniejszyć objętość spożywanych posiłków. Bardziej inwazyjne i obarczone większym ryzykiem procedury polegają na wycięciu części żołądka albo na skróceniu czasu wchłaniania pokarmu poprzez ominięcie części jelita cienkiego.

Jedną z nowszych metod jest wszczepianie w ścianę żołądka stymulatorów pobudzających perystaltykę jelit. Skraca to czas wchłaniania pokarmów, które szybciej przechodzą przez przewód pokarmowy.

Uwolnienie od uprzykrzonych fałdek i oponek oferują również chirurdzy plastyczni. W ich gabinetach poddać się można odsysaniu (liposukcji) albo lipolizie - chemicznemu lub ultradźwiękowemu rozkładaniu tłuszczu. Koszt w zależności od miejsca, które zamierzamy poddać korekcie, kształtuje się w granicach 6-9 tys. zł. Zalety? Zabieg pozwala przemodelować kształt wybranej części ciała, podczas gdy przy zwykłej kuracji odchudzającej tracimy centymetry wszędzie (np. w biuście, choć tam akurat wyjątkowo wolałybyśmy je zatrzymać).

Niestety, jak dowiodły badania, chemiczne, laserowe czy mechaniczne usuwanie tłuszczu choć przywraca piękne kształty, nie zmniejsza ryzyka chorób związanych z otyłością takich jak nadciśnienie, cukrzyca czy zawał serca. To dlatego, że plastyka nie pozwala pozbyć się najgroźniejszego dla zdrowia tłuszczu trzewnego, obrastającego narządy wewnętrzne. No i służy raczej korektom niż zmianom zasadniczym - dobra jest dla osób, które chcą zrzucić ostatnie 4-5 kg, a nie wyleczyć z otyłości.

Dieta diecie nie równa

Specjaliści twierdzą, że nie ma efektów bez wysiłku, czyli że nie da się stracić zbędnych kilogramów bez odpowiednio dobranej diety i zwiększenia codziennej porcji fizycznego wysiłku, a stosowanie się do programu "jedz mniej, ćwicz więcej" odchudzi niemal każdego.

Irena Cieślińska