"Jestem żoną nr 2 i w tym roku mówię "dość, nie jadę". Nie muszę być widziana na cmentarzu" [LIST]

"Jestem "żoną numer dwa". Słucham od rodziny męża, jakim ideałem była pierwsza żona. Była cudowna, bo... stawiała na grobie kilka zniczy, a nie jeden!". Nasza czytelniczka podzieliła się gorzką refleksją na temat Wszystkich Świętych.

Od kilku lat towarzyszę mojemu mężowi w "obchodzeniu" Święta Wszystkich Świętych. I jest to dla mnie próba charakteru.

W mojej rodzinie "na groby" chodzi się wtedy, kiedy się chce i niekoniecznie 1 listopada. Najważniejsze, że o osobach zmarłych myślimy w życiu codziennym w ciągu całego roku. W rodzinie mojego męża 1 listopada to pokaz, kto jest bogatszy, kto więcej wydał na znicze i plastikowe wiązanki.

Żona numer jeden pastowała pomniki

Ponieważ jestem "żoną numer dwa", dopiero od trzech lat słucham, jakim chodzącym ideałem była wciąż żyjąca była "żona numer jeden". Dlaczego była taka cudowna? Bo myła i pastowała pomniki. Bo szanowała pieniądze i kupowała plastikowe wieńce, które dłużej poleżą i można je wymyć, i jeszcze raz wykorzystać. Bo stawiała na grobie kilka zniczy, a nie jeden!

Wszyscy zjeżdżają przed południem. Najpierw piją herbatę i jedzą ciasta. Nieważne, że ktoś jest na diecie, ma uczulenie na gluten lub zwyczajnie nie lubi zakalca. ZJEŚĆ TRZEBA. Potem idziemy na cmentarz. Powolutku, żeby wszyscy widzieli, że jesteśmy całą rodziną. Źle mi się robi, kiedy "ciocie" w kozakach na szpilce uwieszone na ramieniu partnera/męża brodzą przez kałuże, piach i błoto.

Jest ścisła hierarchia, kto i gdzie może położyć wieniec

I mój ulubiony moment. Wreszcie dochodzimy do grobu. Celebrujemy zamiatanie małą zmiotką, myjemy grób wodą z pastą, którą pamiętam z PRL-u (zaskakujące, że tę śmierdzącą pastę w szklanej butelce jeszcze produkują). Potem ustawianie zniczy i wiązanek. To przypomina grę w szachy, jest przecież ścisła hierarchia, kto i gdzie może położyć wieniec.

Kiedyś ktoś zamiast zapałek wyciągnie zapalniczkę, to zawsze słyszy komentarz: ma zapalniczkę, to znaczy że pali papierosy. Argument: skoro idziemy zapalić znicze, to wzięłam "źródło ognia", zawsze skwitowany jest uśmieszkiem.

Zmarli to tylko pretekst

Powrót z cmentarza. Obowiązkowy obiad, kolejne wpychanie" jedzenia. "Jak to nie jesz drugiego?", "Zrobiłam pyszne schabowe", "Musisz zjeść"... Znacie to?

I obgadywanie wszystkich nieobecnych, i tych, których spotkało się na cmentarzu, przy herbatce, nalewce i kolejnych ciastach.

Zmarli to tylko pretekst. W zeszłym roku spytałam, jak brzmiało drugie imię wuja, bo na grobie wygrawerowany jest tylko inicjał "J". Nikt nie był pewny. Wuj zmarł 10 lat temu. Podobno był bardzo w rodzinie kochany.

Wieczorny powrót do domu jest więc wybawieniem. W tym roku powiedziałam dość, nie jadę, nie potrzebuję, żeby "widzieli mnie" na cmentarzu.

Anonimowa żona numer dwa

Od redakcji: Śródtytuły pochodzą od redakcji. Autorom nadesłanych do redakcji i opublikowanych przez nas listów rewanżujemy się drobnym upominkiem.

Piszcie do nas! Czekamy na Wasze historie albo zdjęcia, którymi chcecie się podzielić. Wybrane teksty, za Waszą zgodą oczywiście, będą publikowane na kobieta.gazeta.pl Piszcie: kobieta@agora.pl