"Zielona woda w basenie, do jedzenia makaron z keczupem. Ale najgorsze było przed nami" [LIST]

Dwa tygodnie urlopu w Grecji podzieliliśmy na pół. Przez pierwszą część mieszkaliśmy w studio w aparthotelu i sami gotowaliśmy. Przez drugą, mieliśmy odpoczywać w all inclusive. Wytrzymaliśmy w hotelu jedną noc.

Pierwszy tydzień naszych greckich wakacji był cudowny. Mieszkaliśmy w małej miejscowości, która wyglądała trochę jak Chłodnica Górska z filmu "Auta", tylko że z dostępem do morza. Sennie, leniwie, kameralnie. Nasze studio było jednym z pięciu. Mieliśmy do dyspozycji wspaniały ogród, niewielki, ale uroczy basen, trawę, drzewa, hamaki, rowery z fotelikami.

Studio było niewielkie, ale ślicznie urządzone, dobrze wyposażone, z dużym tarasem. Oddane sezon wcześniej. Czas dzieliliśmy miedzy morze a basen. Sami gotowaliśmy, co drugi dzień na kolację chodziliśmy do małej restauracji nad wodą. Czas płynął nam leniwie, chociaż trochę zamieszania z gotowaniem i zakupami było. Nasze małe dzieci (dwa lata i sześć) czuły się tam świetnie, przyzwyczaiły do rytmu i rozkładu dnia. Po tygodniu wsiedliśmy w autobus i wyruszyliśmy na drugą stronę wyspy, do hotelu. Tam mieliśmy odpocząć my - nie martwić się o jedzenie, zakupy i rozrywki dla dzieci. Miało być jeszcze lepiej.

Kiedy tylko dojechaliśmy i wysiedliśmy z autokaru, ugięły się pod nami nogi. Ta miejscowość składała się wyłącznie z nocnych klubów i barów. Była cała wybetonowana i jakby opuszczona - młodzi ludzie dogorywali po nocnej imprezie w pokojach. Do naszego hotelu szliśmy wśród pustych parceli zamienionych w dzikie śmietniska.

Hotel - choć nie był tani - lata świetności miał za sobą. Woda w basenie była w kolorze zielono-brązowym. Wokół niego ani pół wolnego leżaka. Napoje słodzone z dystrybutora, makaron z ketchupem, frytki, zupa z kartonika. W menu dla dzieci trzy pozycje. Wokół recepcji automaty, bilard i cymbergaj na monety. Pokój wyposażony spartańsko: cztery łóżka, szafa i niedziałający telefon. Wszystko nadgryzione zębem czasu.

Po pięciu minutach wiedzieliśmy, że nie chcemy tam spędzić tygodnia. Że podczas pobytu tam będziemy bezgranicznie nieszczęśliwi. Najgorsze było jednak dopiero przed nami.

Przy basenie rozstawiano okrągłe stoły. Mąż myślał, że to na kolację. Ja wiedziałam, że to będzie wesele. I tak właśnie było. W naszym pokoju - nawet po opuszczeniu zewnętrznych rolet  było słychać każdą piosenkę. Dzieci nie były w stanie zasnąć, synek ryczał ze zmęczenia. O północy odpalili pokaz sztucznych ogni. Wyrzutnie były dokładnie pod naszymi oknami.

Mąż cztery razy chodził z interwencją, wreszcie o 2 nad ranem przyciszyli muzykę. Ale wtedy zaczął się powrót pijanych imprezowiczów z dyskotek, a imprezę kontynuowano w pokoju nad nami. O czwartej ktoś, kto wcześniej głośno wymiotował w pobliskie krzaki, pomylił piętra i zaczął dobijać się do nas.

Punktualnie o 8 stawiliśmy się w pełni spakowani w recepcji. Dzieci były ledwo ciepłe po ciężkiej nocy, my fioletowi z niewyspania i wściekłości. Mieliśmy półtorej godziny do jedynego autobusu, który mógł nas zabrać z tego piekła z powrotem do naszego studia w ogrodzie. Właściciel miał dla nas pokój na dwie noce, potem mieliśmy się przenieść do aparthotelu jego wujka, ale z możliwością korzystania z ogrodu i basenu w starym miejscu.

Przez ten czas walczyłam jak lwica o to, żeby oficjalnie złożyć reklamację i dochodzić zwrotu za niewykorzystany pobyt. W niedzielne greckie przedpołudnie nie było to proste zadanie. Byłam jednak tak zdeterminowana, pewna swoich racji i z tyloma dowodami na koszmarny pobyt, że szłam jak taran. I nic, ani nikt nie był mnie w stanie przegadać, ani powstrzymać. Poruszyłam niebo i ziemię, byłam nieustępliwa. Ostatecznie osiągnęłam cel.

Udało nam się uciec z tego koszmaru. Po dwóch miesiącach 3/4 pieniędzy odzyskaliśmy. Ale nie to było najważniejsze. Liczyło się już tylko to, żeby nie trwać w tym horrorze i wrócić do ciszy, spokoju. I wyciągnąć lekcję na przyszłość. Żadnych all inclusive! Nigdy! Od tego momentu jak wakacje, to tylko na naszych warunkach.

Patrycja

***

Czekamy na Wasze historie, którymi chcecie się podzielić. Wybrane teksty, za Waszą zgodą oczywiście, będą opublikowane na kobieta.gazeta.pl. Autorom opublikowanych przez nas listów rewanżujemy się drobnym upominkiem. Autorka tego listu otrzymuje książkę Marii Młyńskiej "Warsztaty stylu". Piszcie: kobieta@agora.pl

Więcej o:
Weź udział w dyskusji:
"Zielona woda w basenie, do jedzenia makaron z keczupem. Ale najgorsze było przed nami" [LIST]
Aby skomentować ten i inne artykuły zapraszamy na forum.gazeta.pl