"Misja? Bardzo chętnie, ale najpierw kasa. To, co mówi Martyna Wojciechowska, to hipokryzja i szkodliwe bzdury" [LIST]

Żeby dobrze pracować, mieć wizję i pomysły, trzeba codziennie spać min. 6 godzin, a nie zasuwać do 2 w nocy, a o 4 budzić się w panice, że znów nie starczy do końca miesiąca - pisze nasz Czytelnik.

Martyna Wojciechowska udzieliła wywiadu, w którym twierdzi, że millennialsi powinni pracować dla idei, a nie dla pieniędzy. Nie chcę wieszać psów na pani Martynie, powiem tylko, że wygłaszanie tego typu „prawd objawionych” przez kogoś na takiej pozycji, jest potworną hipokryzją - niewiele osób w tym kraju zarabia tak dobrze jak ona. A sam pogląd jest szkodliwy. Ja wiarę w te bzdury przypłaciłem wypaleniem zawodowym i odejściem z pracy, którą kochałem.

Też jestem millennialsem - rocznik 1985. Mieszkam w Warszawie. Moja pierwsza pensja - w średniej wielkości firmie medialnej - wynosiła 1350 zł brutto. To było 11 lat temu. Oczywiście w stolicy nie można było się za to utrzymać, więc brałem dodatkowe fuchy, pomagali mi rodzice, żyłem oszczędnie. Ale mimo to cholernie się cieszyłem, mogąc pisać swoje pierwsze teksty i docierać do czytelników.

Przez pierwszy rok pracowałem praktycznie non stop - pisałem, szukałem tematów, odpowiadałem na każdy głos czytelnika. Żyłem tym. Wierzyłem i ufałem też swojemu szefowi, który mówił dokładnie to samo: „Nie przychodzicie tu po pieniądze, pracujecie dla idei. To praca, w której wierzymy w wyższe wartości”. Tematy, które poruszałem, były ważne społecznie. Czułem, że pomagam ludziom.

Przez rok zaciskania pasa, brania darmowych nadgodzin i prawdziwej pasji chyba ani razu nie pomyślałem, żeby poprosić o podwyżkę. Sam uznałem, że najpierw muszę się sprawdzić, nauczyć, zdobyć doświadczenie. Że jeszcze mi się nie należy. W tym czasie mój szef stawał się coraz grubszy i zmieniał samochody. Nie myślałem o tym źle, robiłem swoje.

Po roku dostałem podwyżkę. I etat. Zarabiałem już 2300 zł brutto. Wciąż nie dało się z tego wyżyć, ale nadal się cieszyłem i robiłem 200 proc. normy. To trwało 5 lat.

W końcu dorosłem. Zrozumiałem, że już się sprawdziłem, firma dzięki mnie zarabia, czytelnicy mnie cenią. Tylko firma mnie nie ceniła. Zacząłem prosić o podwyżkę („zły moment”, „nie teraz”, „nie ma”, „dopinamy budżet”, „musimy ciąć koszty”), upominać się o płatne nadgodziny („dlaczego tyle siedzisz, nie da się tego zrobić szybciej?”), ze stresu pogorszyła mi się odporność i zachorowałem w opinii szefa zbyt wiele razy („znowu L4, możesz pracować z domu?”).

Zabrali mi etat. Nawet wtedy zostałem. Zawsze dawałem się urabiać pięknymi słówkami i... tak zwyczajnie kochałem tę pracę. Nie umiałem odmawiać, było mi niezręcznie. To wszystko było dla mnie coraz bardziej frustrujące, ale zawsze umiałem wytłumaczyć swoich przełożonych. W sumie nie jest źle - powtarzałem sobie.

Chodziłem na rozmowy kwalifikacyjne. Tylko raz na pytanie: dlaczego chce pan u nas pracować? odpowiedziałem szczerze: Bo chcę zarabiać pieniądze. Po prostu. Rekruterka zrobiła dziwną minę: Oddzwonimy do pana. Nie oddzwonili. Przestałem mówić szczerze, na kolejnych rozmowach odpowiadałem, że chcę się rozwijać (rekruterzy to lubią, więc ludzie tak odpowiadają, ale chyba stało się to plagą, więc dziś już trzeba doprecyzować, dlaczego człowiek tak marzy o samorozwoju), że firma ma wspaniałą misję, że podziwiam te wartości, że chcę być częścią czegoś ważnego. A w środku myślałem: to jest obrzydliwe, mam prawo chcieć lepiej zarabiać, czemu nie mogę tego powiedzieć! Bo to niedopuszczalne, nie na miejscu. A niby dlaczego?

Coraz mniej chciało mi się wstawać do pracy, zacząłem pracować gorzej, przemęczenie zrobiło swoje. Zacząłem mieć problemy ze snem, nie chciało mi się wychodzić ze znajomymi. Nie miałem siły, nie widziałem sensu. Koleżanka podsunęła mi trop, że to może być wypalenie zawodowe. Powiedziała, że przydarza się tym, którzy spalają się w pracy, ale brakuje im satysfakcji - w tym finansowej i uznania przełożonych.

Odszedłem z tej firmy po sześciu latach, do końca mając iskierkę nadziei, że coś się zmieni. Nie zmieniło. Wiem, że nie wszędzie tak jest, a też ludzie mają gorsze historie od mojej. Dziś jestem na swoim i z mediami nie mam nic wspólnego. Wpadłem na pomysł biznesu, w sumie prosty, ale wiele osób mi dopingowało. Zaryzykowałem, udało się, biznes się kręci.

Pracuję nadal bardzo dużo, ale przynajmniej nikt mnie nie okłamuje, nie mydli oczu, nie mówi, że nie ma, gdy widać, że jest, ale tylko dla wybranych. I ja sam siebie przestałem okłamywać.

Misja? Bardzo chętnie. Dla mnie praca wyłącznie dla pieniędzy nie ma sensu. Ale najpierw kasa. Bo żeby dobrze pracować, mieć wizję i pomysły, trzeba codziennie spać min. 6 godzin, a nie zasuwać do 2 w nocy, a o 4 budzić się w panice, że znów nie starczy do końca miesiąca. I mieć czasem wolny weekend.

A.

Chcesz opisać swoją historię? Podzielić się opinią? Pisz: kobieta@agora.pl. Wybrane listy opublikujemy i nagrodzimy książkami.