"Jogurt, który miał datę ważności do Wigilii, zjadłam 17 stycznia. I żyję!"

- Polacy wiele warzyw zmarnowali, nie dając im szansy na ujawnienie całego potencjału, rozgotowując, traktując jako dodatek, nie stawiając na stole w roli głównego dania. Podobnie jest z rzodkiewką. Wyrzucamy zwiędłą, bo lubimy ją tylko w formie chrupiącej - rozmawiamy z Sylwią Majcher, która w czasie epidemii w swoich mediach społecznościowych uruchomiła kuchnię kryzysową i codziennie publikuje nowe przepisy.

Nasza planeta potrzebuje nas dziś jak nigdy. Oceany i plaże zaśmiecone są plastikiem. Klimat zmienia się radykalnie. Co jednak zrobić, by realnie jej pomóc? W naszym cyklu "Ludzie w klimacie" pokażemy wam inspirujące sylwetki osób, które zmianę zaczęły od siebie i które dziś pokazują nam, co zrobić, żeby lepiej dbać o nasz dom - Ziemię. Na kolejne odcinki cyklu zapraszamy w każdy piątek o 16 na Gazeta.pl

Dwa pytania o klimatDwa pytania o klimat Marta Kondrusik / Gazeta.pl

Aga Kozak*: No waste, o którym od paru lat opowiadasz, wydaje się szczególnie ważny w kontekście tego, co włożyliśmy do koszyków, robiąc w panice zakupy w zeszłym tygodniu.

Sylwia Majcher*: Co ciekawe wiele z naszych panicznych wyborów to uleganie chwytom marketingowym sklepów. Rozmawiałam z niektórymi moimi czytelniczkami, które w nich pracują i mówiły, że markety specjalnie wywoływały poczucie braku niektórych produktów, nie uzupełniając towaru na półkach, by podkręcić ich sprzedaż. Tymczasem większość z nich czekała na zapleczu i była oszczędnie uzupełniana. Wracając jednak do no waste, to właśnie teraz powinniśmy bardziej doceniać to, co mamy i starać się wykorzystywać możliwości, jakie dała nam epidemia.

W jaki sposób?

Po pierwsze trzeba być bardziej kreatywnym i odważnym. A nawet zrobić sobie takie wyzwanie: zamiast iść do sklepu spróbować wykorzystać to, co już mamy w szafkach czy lodówce, co zgromadziliśmy kierowani tą paniką. I wprowadzić wewnętrzne ograniczenia w swojej świadomości: że ten posiłek nie musi być skomponowany z nie wiadomo ilu składników. Warto uwierzyć, że z dwóch, trzech produktów też da się zrobić fajne danie!

Że nie trzeba od razu gotować jak najlepsi szefowie kuchni?

Włoscy szefowie kuchni też teraz gotują w swoich mediach społecznościowych z najprostszych rzeczy, wykorzystując resztki, nawet wczoraj obejrzałam właściciela trzygwiazdkowej restauracji, zdobywcę wielu prestiżowych nagród Massiomo Boturę robiącego zapiekankę: makaron, beszamel, skrawki wędlin i resztki warzyw. Nic wyszukanego, a wzbudzało zachwyt. W tym trudnym czasie przede wszystkim, jeśli gotujemy w domu, powinniśmy sprawdzać wartości odżywcze, łączyć różne produkty, unikać monotonii.

Sylwia MajcherSylwia Majcher archiwum prywatne

Czyli?

Pilnujmy, żeby to nie były same węglowodany, żeby w posiłku było potrzebne nam białko, błonnik, dobre tłuszcze pochodzące z orzechów, oleju tłoczonego na zimno, oliwy i żeby tym jedzeniem się wspierać.

Dietetycy polecają kiszonki. Niezbędne nam są też warzywa i owoce. A w naszych panicznych koszykach znalazły się przede wszystkim ryże, makarony i mąka.

To potwierdzają wyliczenia agencji Nielsen - o 95 proc. wzrosła w marcu sprzedaż ryżu, mąki o 84 proc., a makaronu kupiliśmy o 64 proc. więcej niż zazwyczaj. Nawet jeśli już mamy te produkty, to nie możemy przecież codziennie jeść ich w tej samej postaci! Powinniśmy żonglować składnikami. Wbrew pozorom ta epidemia trafiła nas w dobrym momencie, bo jesteśmy na przednówku i mamy bardzo dużo warzyw i owoców, które są bogate w witaminy. Biała, czerwona kapusta, marchewki, pietruszka, jarmuż, jabłka, natka pietruszki - one powinny dominować na liście zakupów. Kiszonki to z kolei naturalny probiotyk, a są naprawdę bardzo tanie. Zalecam zamiast ustawiać się po witaminy w kolejce w aptece, kupić sobie na targu kiszonki, i koniecznie wziąć ze sobą słoik, żeby nabrać do niego wodę, w którym się moczyły.

Można też takie soki kupić w szkle.

Ale te z beczki są darmowe i się dzięki temu nie zmarnują - to też jest no waste! Woda spod kiszonek jest superodżywcza, ma właściwości bakteriobójcze, magnez, wzmacniające żelazo czy wapń, a ponieważ niewiele osób ją zabiera od sprzedawców, są zachwyceni, jeśli ktoś o nią prosi. I teraz jest dobry moment, żeby poeksperymentować w kuchni, nawet jeśli na co dzień nie gotujemy.

Ale jak?

Trzeba nabrać większej odwagi. Jeśli jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że jakieś warzywa jemy tylko w postaci gotowanej albo surowej - jak kalafior czy brokuł, czy brukselka - to warto spróbować, żeby się nimi przez te dwa tygodnie nie znudzić, upiec takie rzeczy w piekarniku i zobaczyć czy w takiej formie nam przypadkiem nie smakuje bardziej.

Bo my często mamy kalki jedzeniowe. Tylko tak umiemy daną rzecz przyrządzić, bo tak robiła mama, babcia czy ojciec.

Usilnie trzymamy się znanych przepisów, a to dobry moment do tego, żeby nabrać większej brawury w kuchni. Nic tym składnikom się złego nie stanie, jeśli my przygotujemy je w innej formie, niż do tej pory robiliśmy! A przy okazji też możemy zaoszczędzić czas i pieniądze.

Jak?

Piekąc w piekarniku buraki, możemy jednocześnie, korzystając z tej samej energii, obok w brytfance upiec jakieś mięso czy inne warzywa. Takie składniki, potem przez 2-3 dni spokojnie poczekają w lodówce na wykorzystanie. Z buraków pieczonych warto zrobić zupę, a jeśli nam zostanie nawet jeden, to już jest to świetny pretekst do tego, żeby zrobić sałatkę. Podobnie z marchewką czy pietruszką. Wystarczy wymieszać je z ugotowaną kaszą, posypać ulubionymi orzechami, czyli naturalnym tłuszczem, którego teraz potrzebujemy i już mamy jeden z ciekawych obiadów.

To ruch no waste zachęca do fantazjowania w kuchni?

Tak, do zmiany nastawienia i zmiany perspektywy. Bo nie chodzi o to, żeby wyciągać składniki ze śmietnika, tylko uratować je przed wyrzucaniem. I jeśli mamy to zrobić, to musimy mieć powód do ratowania. Coś musi nas przekonać do tego, żeby ochronić te produkty, bo nie zawsze nas przekonują pieniądze. Sporo osób stać na to, żeby jedzenie marnować. Nie obchodzi ich to, że te parę złotych ucieka im z każdym składnikiem. Nie interesuje też, że planeta cierpi przez to, że wyrzucamy jedzenie. Musimy więc mieć jakiś uniwersalny pretekst do tego, żeby tej żywności nie marnować. Może nas przekonać smak, bo jedzenie jest jedną z najważniejszych części naszego życia. Wiemy, jak dobre jedzenie wpływa na to jak się zachowujemy, jacy jesteśmy, jak się czujemy. Więc właśnie do no waste można nas przekonać dobrym smakiem. Przyjemnością. Ja tego uczę się na mojej ulubionej brukselce.

Dlaczego akurat na brukselce?

Bo przez jej pryzmat można pokazać najwięcej uprzedzeń jedzeniowych. Za każdym razem, gdy pytam uczestników warsztatów, czy lubią brukselkę, to większość kategorycznie stwierdza, że nie. Jak powtarzam to pytanie na końcu warsztatów, kiedy już brukselka jest zjedzona - wszyscy ją kochają. Odkrywają te małe kapustki na nowo i są zaskoczeni.

Sylwia MajcherSylwia Majcher archiwum prywatne

Bo zawsze jedli je ugotowane do rozgotowania, śmierdzące, z mrożonki? A ty je pieczesz, karmelizujesz, podajesz surowe?

Bingo! Polacy w ogóle wiele warzyw zmarnowali, nie dając im szansy na ujawnienie całego potencjału, rozgotowując, traktując jako dodatek, nie stawiając na stole w roli głównego dania. Podobnie jest z rzodkiewką. Wyrzucamy zwiędłą, bo lubimy ją tylko w formie chrupiącej.

Ale zwiotczała rzodkiewka ani dobrze nie wygląda, ani nie smakuje!

To tylko pierwsze wrażenie. Wystarczy ją pokroić w drobne plastry, zalać sokiem z cytryny i po 15 minutach mamy zupełnie inną rzodkiewkę! Idealną do kanapek, sałatek czy dekorowania kremowej zupy. Można też wrzucić ją na patelnię albo upiec. Zachęcam do skupienia się na składnikach, jakie już mamy w szafce czy lodówce, tym ograniczonym - ze względu na apele o niewychodzeniu z domu - asortymencie. Jednego dnia dany produkt można upiec, drugiego ugotować, trzeciego podsmażyć. Raz połączyć z kaszą, potem z makaronem. Przyrządzić zupę, zapiekankę, tartę, sałatkę. Jest tyle możliwości obróbki, o których zapominamy w regularnym pędzie! A kwarantanna to czas spokoju i dostrzegania potencjału w ograniczeniu.

Powiedziałaś, że niektórych nie przekonuje argument no waste o oszczędzaniu, a innych o wpływie wyrzucanego jedzenia na planetę...

Bo my o tym rzadko myślimy, ale nasze jedzenie, które wrzuciliśmy do kosza nie znika. Wyrzucimy marchewkę i co? Nic się z nią dalej nie dzieje? Oczywiście jeśli mamy kompostownik, to ona nam może jeszcze posłużyć, bo razem z innymi naturalnymi pozostałościami tam wrzuconymi obdaruje nas biohumusem, który możemy wykorzystać do pielęgnacji swoich roślin. Ale kompostowanie w mieście dopiero zaczyna być modne, to już jest wyższy poziom życia zero waste. Warszawa kusi mieszkańców do zakładania kompostowników zniżkami za wywóz śmieci. W stolicy i wielu miastach otwarte kompostowniki są w rozmaitych parkach, przy domach kultury. Niektóre miasta mają przemysłowe kompostownie i to jest świetne rozwiązanie. Takie zakłady powinny być jednak wszędzie, ale na razie są w planach albo w trakcie budowy. Każdy Polak rocznie wytwarza co najmniej 80 kg odpadów produktów spożywczych.

Czyli te nasze bio śmieci, zakładając, że je posegregowaliśmy...

Nie zawsze trafią do kompostu. Co roku na świecie marnujemy 1/3 wyprodukowanej żywności. To około 8-10 proc. globalnej emisji CO2. Gdybyśmy marnowanie jedzenia potraktowali jako kraj, to znalazłby się on na trzecim miejscu w rankingu państw, które emitują najwięcej dwutlenku węgla, tuż za Chinami i USA.

Przez jedzenie, które trafia do śmietników?

To nie wszystko. Każdy produkt, który już został wyprodukowany i jest w sklepie, czy który kupujemy na targu, to strata ogromnych ilości litrów wody. Żeby powstało jabłko, potrzeba od 50 do 70 litrów wody. Bo najpierw trzeba było je zasadzić, potem zebrać, potem liczy się transport... Jeszcze więcej tracimy wody przy mięsie, bo do tego jeszcze dochodzi obróbka pasz, opieka nad zwierzęciem itd. Do wyprodukowania wieprzowiny potrzeba ponad 5 tysięcy litrów wody, do wołowiny nawet 15 tysięcy. Uprawa kilograma ziemniaków pochłania prawie 300 litrów wody. A zasoby wody, które mamy, nie są duże - mamy jej tyle, co Egipt.

Widzieliśmy już porządną suszę w zeszłych latach w Polsce.

A wody nagle nie przybędzie, wręcz przeciwnie. Anomalie pogodowe, z którymi mamy teraz do czynienia, powstają na skutek działalności człowieka. I możemy sobie wmawiać, że to przemysł jest największym niszczycielem środowiska, że to globalne koncerny powinny coś zrobić, bo najbardziej zanieczyszczają. Ale nasze jednorazowe decyzje też mają na to wpływ. Oczywiście, jak wyrzucę jedną marchewkę to nic się takiego wielkiego nie dzieje. Ale jak ja wyrzucam jedną, ty wyrzucasz, moje dzieci wyrzucają, sąsiedzi, to się z tego robi taka kula śmieci i konsekwencji, jakie niesie ze sobą marnowanie. To możemy łatwo powstrzymać swoimi świadomymi decyzjami.

Przy okazji no waste mówimy często o nadprodukcji jedzenia. Tymczasem ludzie i tak są głodni. I jak o tym mówimy, to myślimy, że ten głód jest gdzieś tam daleko, w Afryce...

Tymczasem to jeden z największych mitów. Bo głodne dzieci mamy często za swoją ścianą. Dane GUS za zeszły rok pokazują, że prawie 2 mln Polaków nie miało szansy, żeby każdego dnia zjeść ciepły posiłek. Kiedy robiłam warsztaty dla Banków Żywności, zobaczyłam to wyraźnie: z jednej strony jesteśmy coraz bogatsi, ale też coraz więcej ludzi przychodzi po darmowe jedzenie.

Ciebie samą do no waste przekonał najbardziej taki argument, który rzadko jest chyba eksponowany: chciałaś mieć po prostu więcej czasu.

Wróciłam w tym do korzeni, bo przecież to właśnie obserwowałam na co dzień w domu: moja mama i babcia były zatwardziałymi zwolenniczkami planowania posiłków i zakupów. Jako dziecko zawsze chodziłam na zakupy z listą. A potem, jak zaczęłam żyć na własny rachunek, to mnie te domowe doświadczenia irytowały, czułam nawet, że mnie ograniczają. Dlaczego ja mam planować, przecież nagle może pojawić się apetyt na coś innego? Wpadłam w tę pułapkę że – ponieważ mnie było stać - kupowałam więcej, i więcej też wyrzucałam. I dopiero jak ponad dekadę temu zaczęłam prowadzić z przyjaciółką blog "kuchniawformie", gdzie wrzucałyśmy swoje pomysły na obiady czy śniadania, to nagle się okazało, że to planowanie, robienie listy zakupów sprawia, że jest łatwiej. Zakupy robię rzadziej i szybciej. Jak mam porządek w lodówce i zaplanowany plan posiłków, to wiem co ugotuję jednego dnia, drugiego dnia, trzeciego dnia, albo jak wykorzystuję te składniki, które mi zostają, a nie szukam nowych w sklepie, to nagle mam mnóstwo wolnego czasu. Czyli wolności.

A jak to przeprowadziłaś? Bo najpierw zrobiłaś czystki w kuchni.

Sprawdzałam - tak jak moja babcia - co już mam i wykorzystywałam to. Robiłam spis rzeczy, które mam w szafkach. Sama sobie robiłam takie wyzwania, że wykorzystywałam do końca to co w nich było. To wtedy powstało moje ulubione hasło "lodówka sklepem pierwszego wyboru". Jeśli ma się dobrze skomponowaną bazę, czyli w szafce są suche produkty - kasza, ryż - to nawet w ostatecznym momencie można zmielić je i mieć mąkę z kaszy, a z niej zrobić jakieś placki. Jedzenie przestało mi się psuć, ginąć w czeluściach lodówki, bo wiedziałam, że je mam i muszę wykorzystać.

Ach no właśnie, czeluści lodówki przypomniały mi o terminach ważności.

Przekroczenie daty ważności jest jednym z trzech najczęstszych powodów wyrzucania jedzenia, podawanych przez Polaków. Kiedy mija termin ważności, to nie sprawdzamy, czy ten jogurt, sos albo ser nadają się do spożycia czy nie, tylko od razu wyrzucamy do śmietnika.

To błąd?

Kasza, ryż - wszystkie te sypkie produkty dobrze przechowywane one mogą przetrwać o 10, a ryż nawet o 30 lat dłużej niż wskazuje na to data ważności. Data ważności powstała w 1978 r. pod naciskiem producentów jedzenia.

Czyli ona jest dla bezpieczeństwa producentów?

I ich i naszego zdrowia. Ale na opakowaniu ryżu producent sugeruje, że przydatność do spożycia to sześć czy osiem miesięcy. Data mija, patrzymy na to opakowanie, wyrzucamy i kupujemy nowe. A producenci zarabiają.

Mamy dwie daty ważności...

...których często nie rozpoznajemy. Datę minimalnej trwałości - "najlepiej spożyć przed" - oraz datę przydatności do spożycia "należy spożyć do". To, że ten termin ważności mija, to jest informacja od producenta, że do tego terminu gwarantuje, że ten produkt nie straci w ogóle na jakości. Ale nie oznacza to, że następnego dnia te ciastka czy kasza będą niedobre. Przecież data przydatności jest też na miodzie, soli, na produktach, które nigdy się nie popsują. "Należy spożyć do" dotyczy nabiału, szybko psujących się produktów. Ale taka data jest też na serach, twardych serach, które rok mogą poleżeć...

To co my mamy robić?

Nasze mamy i babcie, które nie miały podpowiedzi w postaci daty ważności, oceniały wszystko organoleptycznie. Ja też tak robię: mój rekord to jogurt, który miał datę ważności do Wigilii, a zjadłam go 17 stycznia. I żyję!

Jak wysprzątałaś i przeorganizowałaś przestrzeń kuchenną to poszłaś dalej. Łazienka?

Porządki i no waste w łazience się zaczęły od dzieci. Miały problemy ze skórą, więc mój mąż zaczął kupować mydło z Aleppo. I nagle okazało się, że to mydło zastępuje nam kilka różnych produktów. Dzieci spokojnie mogą myć nim głowę, zastępuje płyn do kąpieli, a jeszcze ma tyle naturalnego oleju w sobie, że nie potrzeba po nim żadnego balsamu.

Odpadły ci więc trzy produkty.

Zaczęłam dalej eksperymentować. Znalazłam świetny szampon w kostce do włosów. A przede wszystkim sprawdziłam, ile ja w tej łazience mam rozmaitych kosmetyków i to mnie przeraziło! Zobaczyłam, że spokojnie przez pół roku mogę niczego nie kupować. Jak wyczyściłam szafki, to też było mi łatwiej szukać produktów bez opakowania.

Czyli jakich?

Choćby w kostce. Miałam taką refleksję po rozmowie z Beą Johnson, prekursorką idei zero waste. Powiedziała mi, że 15 proc. produktu to cena opakowania, za które ja płacę, nie producent! Uzmysłowiła mi, że gdy kupuję sobie płatki jednorazowe, to mogę od razu wyrzucić te pieniądze do śmietnika. Pomyślałam: rzeczywiście! Przecież ja użyję tego płatka i on ląduje w koszu. A mogłabym mieć wielorazowe, które będą mi służyły znacznie dłużej! Tak jak kiedyś zaczęłam czytać etykiety na produktach jedzeniowych, zwracać uwagę na skład, tak samo zaczęłam robić z produktami kosmetycznymi i chemią domową - i się przeraziłam, bo większość tych składników nie jest dobra ani dla nas, ani dla planety! Zaczęłam robić swoją chemię domową. Znów oszczędność. Z resztą coraz więcej ludzi odkrywa, że ten ocet ze skórek cytryny działa.

A co na to wszystko dzieci?

Dzieci tak naprawdę są najlepszymi naśladowcami - bardzo szybko łapią to, co dla nas jest naturalne, inspirują się, widzą zależności i nie traktują tego wszystkiego jako obowiązku, nie uważają, że muszą z czegoś zrezygnować. Rozmawiamy o naszym wpływie na środowisko i dzieci wiedzą, co one mogą zrobić dla planety! Nadia i Paweł naprawdę nie marnują jedzenia, uczę je, że mają nakładać sobie na talerz mniejsze porcje, bo zawsze mogą dołożyć, gdy będą głodne. Córka idzie do sklepu i sięga po wielorazową siatkę bo tylko takie mamy Co jakiś czas robimy audyt ich zabawek i to, co już nie jest potrzebne oddajemy dalej. To samo jest z ubraniami, jak wyciągamy jakąś kurtkę z szafy i okazuje się, że jest za mała, to mój syn już wie: To ona będzie dla Brunia. Synka mojej koleżanki.

A do tego ty, pani z telewizji, jeździsz rowerem i komunikacją miejską.

Zgadza się! A jak zmieniłam auto - a świadomie mamy tylko jedno - to nowe kupiłam z silnikiem hybrydowym. Z samochodu całkowicie nie zrezygnowałam, bo gdy jadę gdzieś dalej na warsztaty, muszę zabrać sprzęt, a kuchenek i garnków nie da się przewieź pociągiem czy autobusem. A propos auta i ekologii: jak chcieliśmy z dziećmi jechać nad morze i sprawdzaliśmy bilety na pociąg, to dla czteroosobowej rodziny bilety do Sopotu kosztowały w dwie strony 700 zł. Samochodem było połowę taniej, więc to są takie dylematy. Od razu zaznaczam, że rozumiem wszystkie osoby z małych miejscowości, które nie mają autobusu, żeby dojechać do większego miasta - naprawdę muszą jeździć samochodami. To moje no waste i ekologia, to nie jest upominanie, nie jest takie nachalne, uważam, że wspaniale jest, kiedy każdy robi tyle, ile potrafi i w ramach swoich możliwości.

Ty naprawdę czujesz, że swoimi wyborami mamy wpływ na planetę?

Nie każdy z nas ma taki zawód, którym może zmieniać świat. Nie każdy jest naukowcem, lekarzem, który uratuje ludzkie życie. Ale każdy z nas może spowodować, że będzie nam się żyło lepiej. Mamy przed sobą perspektywę 30 lat, podczas których możemy jeszcze coś zmienić. Wody nie brakuje tylko w Afryce, ale latem zobaczyliśmy, że przestała lecieć w kranach w Skierniewicach. Najwyższy czas, żeby zacząć coś, działać, podjąć wyzwanie. Każdy może być bohaterem na naszej planecie. I wszyscy powinniśmy poczuć odpowiedzialność za środowisko. Liczy się nawet najmniejszy krok, nie dajmy sobie wmówić, że to nie ma znaczenia! Mi łatwiej w to wierzyć, bo bo od razu dostaję taki sygnał zwrotny jak coś robię, pokazuję w mediach społecznościowych, czegoś nauczę na warsztacie. Nawet jak ta zmiana polega na tym, że moi kursanci rzodkiewkę kupią z liśćmi i one się nie zmarnują, bo z liści, które mają dwa razy więcej witaminy C niż cytryna zrobią sałatkę, koktajl lub pesto - to już jest sukces!

***

Sylwia Majcher jest dziennikarką, autorką poradnika "Wykorzystuję, nie marnuję. 52 Wyzwania Zero Waste", bestsellerowej książki "Gotuję, nie marnuję. Kuchnia zero waste po polsku", dziecięcej "Samotny Banan". Absolwentka studiów podyplomowych na Wydziale Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji SGGW w Warszawie. Prowadzi warsztaty, szkolenia poświęcone ekologii, niemarnowaniu i obiegowi zamkniętemu. Współtwórczyni i ambasadorka pierwszej w Polsce kampanii edukacyjnej #wrocławniemarnuje.

*Aga Kozak jest dziennikarką, coacherką i specjalistką z zakresu wellbeing. Pisze min. dla gazety.pl, Gazety Wyborczej, Wysokich Obcasów. Była Dyrektorka Programowa współtworzonego przez nią Instytutu Dobrego Życia. Dla gazet i magazynów lifestylowych, kulinarnych i podróżniczych pisze głownie o rozwoju i przyjemności, w tym przyjemności z jedzenia. Jest specjalistką od pogłębionych wywiadów, autorką jedynej w Polsce rozmowy z Anthonym Bourdainem. W swojej karierze rozmawiała min. z Brene Brown, Stingiem, Gisele Bundchen. Stworzyła ogólnopolski projekt konferencji “Kobiety wiedzą, co robią”. Jest stałą ekspertką min. Dzień Dobry TVN w zakresie wellbeing. Co miesiąc pisze dla Gazety Wyborczej superpopularny newsletter o seksie.

Więcej o:
Komentarze (86)
"Jogurt, który miał datę ważności do Wigilii, zjadłam 17 stycznia. I żyję!"
Zaloguj się lub komentuj jako gość
  • veronicahighlander

    Oceniono 11 razy 11

    Każdy świadomy konsument wie, że data na opakowaniu to data która określa okres do kiedy producent gwarantuje najwyższą jakość produktu a nie data do kiedy produkt z jadalnego staje się niejadalny.

  • tradycja_krotkiej_reki

    Oceniono 15 razy 9

    To nie ja wytwarzam odpady, tylko producenci. Dlaczego pasta w tubce pakowana jest w dodatkowy kartonik? Po co mi ten kartonik? Mi ten kartonik jest zbędny. Frustruje mnie ten odpad, bo to jeden z nielicznych, których nie mogę wyrugować ze swojego gospodarstwa domowego. Sam odpadów produkuję niewiele, bo warzywa i owoce kupuję w warzywniaku i pakuję do płóciennej torby. Mięso kupuję u rzeźnika, a potem miła pani miele mi to do mojego pojemnika. Wytłoczki z jajek zwracam kobiecie, która mi przywozi jajka. Tylko ten nieszczęsny kartonik od pasty...

    Jedzenia nigdy nie marnuję. Jeżeli ktoś marnuje jedzenie, to po prostu nie wie co to bieda. Gdy doświadczy się biedy, chociażby przez krótki okres, to człowiek uczy się szacunku do jedzenia i nie dopuszcza, by jedzenie się psuło. A nawet jeżeli trochę warzywa zwiędną, to można je zmiksować na zupę krem. Czerstwe pieczywo świetnie nadaje się do podsmażenia na oliwie z patelnią i wdrobienia do tejże zupy.

    A kupowanie jogurtu jest nieracjonalne, zarówno z punktu widzenia ekologii jak i jakości swojego żywienia. Po pierwsze jogurt to plastik, w dodatku z posrebrzanym wieczkiem. A w środku sam cukier. Wolę kupić mleko od babuleńki z jajkami (nalewa mi do butelek po wodzie) i poczekać, aż się zsiądzie. Potem można wdrobić sezonowych owoców i zmiksować. Absolutna rewelacja!

  • stan tom

    Oceniono 9 razy 9

    Przypomniał mi się kabaret Jurki , jak ojciec mówi do syna, nie jedzcie tych kiwi z balkonu bo są nie swieże ,na to matka, jakie kiwi tam były jajka w majonezie

  • 11krzych

    Oceniono 8 razy 8

    Może się mylę bo nie jestem fachowcem w tej dziedzinie, ale wydaje mi się że za wyjątkiem wyrobów zawierających mięso, to można zjeść wszystko co organoleptycznie wydaje się być niezepsute.
    Moim rekordem był domowej roboty wek na taką czerwoną gumkę, przecier pomidorowy, nastolatek i to tak bliżej matury niż gimnazjum.

  • chimi-churi

    Oceniono 18 razy 8

    Taka pani zorganizowana, ale burdel w lodówce ma taki, że na 4 tygodnie jej się jogurt zawieruszył...

  • Gość: aa

    Oceniono 16 razy 8

    Zjadałem ziemię i niewielkie patyki... kiedy miałem 3 lata.
    Ale to nie widzę powodu aby robić to jako umiarkowanie świadomy dorosły.

  • zlosliwyskrzat

    Oceniono 17 razy 7

    To teraz jeszcze Paniusia wróci do środków higienicznych z czasów jej babki i będzie git ;)
    Natomiast stanowcze stwierdzam, że to nie ja poinformuję kobiety o powrocie do pieluch tetrowych. Mam mało włosów, ale jestem do nich przywiązany.

  • jac_l_w

    Oceniono 10 razy 6

    "Aga Kozak jest dziennikarką, coacherką i specjalistką z zakresu wellbeing." Pisze pogłębione bzdury dla podobnych sobie nadętych kretynek.

  • leszlong

    Oceniono 6 razy 6

    "robiącego zapiekankę: makaron, beszamel, skrawki wędlin i resztki warzyw. "

    Ale odkrycie! Przecież to podstawa racjonalnego żywienia.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX