Sebastian Kulis: My byśmy tę przyrodę najchętniej wyszorowali jakąś chemią

- Czy to nie jest wspaniałe, że natura nam to wszystko dała? A gdybyśmy tego nie olali, moglibyśmy wszystko sobie wyprodukować z roślin, a nie z plastiku - z Sebastianem Kulisem, autorem książki "Roślinne porady" i bloga o tej samej nazwie, rozmawiamy o roślinach, ekologii i podejściu do życia.

Nasza planeta potrzebuje nas dziś jak nigdy. Oceany i plaże zaśmiecone są plastikiem. Klimat zmienia się radykalnie. Co jednak zrobić, by realnie jej pomóc? W naszym cyklu "Ludzie w klimacie" pokażemy wam inspirujące sylwetki osób, które zmianę zaczęły od siebie i które dziś pokazują nam, co zrobić, żeby lepiej dbać o nasz dom - Ziemię. Na kolejne odcinki cyklu zapraszamy w każdy piątek o 16 na Gazeta.pl.

Sebastian KulisSebastian Kulis Marta Kondrusik

Aga Kozak*: Od czego się zaczęło?

Sebastian Kulis*: Od książek o zwierzętach. Do tego mój dziadek ma kawałek lasu, a babcia działkę i jako dziecko spędzałem tam dużo czasu. Potem moi rodzice mnie wyprowadzili z miasta pod Gdańsk, do domu pod lasem. I choć przeżyłem oczywiście czas buntu i nienawidziłem tego miejsca i tej całej natury, już pod koniec liceum zacząłem doceniać to, gdzie mieszkam, bliskość przyrody.

Myślisz, że to uczyniło z ciebie człowieka bardziej wyczulonego na planetę?

Na pewno. Miałem szansę obserwować to, jak czas sprawia, że wszystko dookoła się zmienia. Nagle zdałem sobie sprawę, że wiosna to nie tylko moment, kiedy kwitną drzewa, bo przecież to tylko dwa tygodnie w roku! A tylko owe drzewa pamiętamy z całego cyklu. Jak - mając 17 lat – zacząłem uprawiać ogród, nagle zobaczyłem cały obraz: że trzeba zacząć już w lutym, żeby w czerwcu czy w październiku coś zebrać. Doceniłem też, ile w to trzeba włożyć pracy, żeby coś wyrosło! Ile czasu to wszystko trwa! Teraz, myśląc o projektowaniu ogrodów, zastanawiam się, co zrobić, żeby w ogrodzie ciągle się coś działo, żeby nie było "dziur", że tylko kwitnące drzewa, a potem już nic...

Temu swojemu ogródkowi i roślinom założyłeś Instagrama.

I byłem w szoku jak, bardzo szybko przyrastała grupa osób, które były zainteresowane tematem roślinnym, a nie było jeszcze wtedy boomu na to! Potem poprowadziłem w zastępstwie warsztaty z roślin jadalnych. Bałem się strasznie, bo wydawało mi się, że przecież wszyscy wiedzą dużo więcej ode mnie w tym temacie! Okazało się jednak, że przez to, że ja z roślinami i obok natury, z naturą wzrastałem, to że ta wiedza była też dla mnie naturalna. Od tej pory prowadzę też warsztaty, uczę.

O czym wtedy opowiadałeś?

O dzikich roślinach jadalnych, czyli takich, które możemy znaleźć w mieście, miasteczku czy wsi na przykładzie najprostszych dla mnie: dzikiej róży i pokrzywy. I miałem straszliwą tremę z nimi związaną!

Czemu?

Bo mi się wydawało, ze przecież każdy, KAŻDY o tym wie, ale to nieprawda!

A co powinniśmy wiedzieć o pokrzywie i dzikiej róży?

Choćby to, że pokrzywa jest najlepsza na wiosnę, jak jeszcze nie jest za ciepło i nie jest zbyt słonecznie - jest jeszcze bardzo delikatna. Jak ktoś zaczyna swoją przygodę z dzikimi roślinami jadalnymi, może teraz właśnie zacząć od pokrzywy - zjeść ją w omlecie, jajecznicy, przygotować jak szpinak i nadziać nią naleśniki czy roladę - ale powinien pamiętać, że w czerwcu czy lipcu będzie niedobra, twarda, gorzka, włóknista! A jeśli chodzi o dziką różę, to możemy zjeść i kwiat, i owoc. I jak się robi dżem, to można zrobić i z kwiatów, i z owoców! I że ma mnóstwo witaminy C, więcej niż cytryna. Można ją jeść surową, smażoną, gotowaną... Jest też za darmo, na wyciągnięcie ręki. A przy okazji obie te rośliny są strasznie łatwe do rozpoznania, z niczym innym ich nie pomylimy.

Co najbardziej kochasz w roślinach?

Nie wiem. Może to, że oprócz technologii takiej jak komputery, telewizory, wszystko pozostałe możemy zrobić z roślin. Niesamowite, co? Codziennie mam z tym związane epifanie. Choćby a propos tego, ile rośliny mają postaci - to znaczy jedna roślina ma najpierw postać nasionka, potem pędu, a potem się przekształca w liście, kwiaty, korzenie i korę... Z jednej rośliny można zrobić lekarstwo, barwnik, pożywienie, ubranie, materiały budowlane, napoje, meble czy najróżniejsze przedmioty codziennego użytku. A potem zachwycam się, patrząc jeszcze na ich mnogość. A do tego przecież to wszystko rośnie samo, nie trzeba przy tym skakać, dużo robić. Czy to nie jest wspaniałe, że natura nam to wszystko dała? A gdybyśmy tego nie olali, moglibyśmy wszystko sobie wyprodukować z roślin, a nie z plastiku...

Sebastian KulisSebastian Kulis Archiwum prywatne

Co na przykład?

Ostatnio widziałem asfalt oraz cegły z roślin. Tak naprawdę wszystko, o czym pomyślimy, można zastąpić roślinami - trzeba tylko pomyśleć, jak to zrobić. Taka codzienna rzecz? Siatki plastikowe. Można je zrobić z celulozy, czyli będą mogły się rozpuścić, rozłożyć. Z roślin powstają tkaniny i barwniki do nich. I to nie same rośliny są wspaniałe i mało znane, lecz także grzyby. Z nich również można robić meble, lampy czy skóropodobne materiały. Nie mówiąc o roślinach i grzybach, które idealnie zastępują mięso - można je wyhodować ekologicznie, szybko i bez zbędnego cierpienia. Do tego są po prostu zdrowe (w przeciwieństwie do mięsa), sycące i współczesne wege kotlety w konsystencji i smaku są równe im nieekologicznym pierwowzorom.

Czasem ludziom się wydaje, że jak coś jest zrobione z naturalnych materiałów, to jest brzydsze, przypadkowe, mniej trwałe.

Nieprawda. Często są to rzeczy trwalsze, bo są też przy okazji robione ręcznie. I łatwiej jest je zacerować, naprawić niż te, które są z plastiku, bo ich raczej nigdy nie naprawiamy, prawda? A do tego z roślin możemy rzeczy robić sami, nie musimy czekać na fabrykę czy speca. No i oczywiście niebagatelne jest to, że możemy to zrobić, nie szkodząc środowisku. A wręcz wspierając je. Pamiętajmy, że rośliny są pożyteczne na wiele różnych sposobów, np. mogą być miododajne, czyli siejemy je dla pszczół, więc pszczoły dzięki nim dają nam miód, ale też korzystają z tego dzikie zapylacze, dzikie pszczoły oraz nasze grządki, bo lepiej zapylone rośliny to większy plon.

My o roślinach nadal nie wiemy zbyt dużo, prawda?

Botanika jest jednym z najmłodszych działów nauki! Wszystkim nam się wydaje, że my już wszystko wiemy na każdy możliwy temat, a tak naprawdę nie tylko kosmos ma swoje tajemnice. Mniej wiemy o oceanie niż o kosmosie! Podobnie jest z roślinami: wielu ich funkcji, właściwości i tego, co one nam mogą dać nie znamy lub dopiero poznajemy. Dopiero teraz mamy narzędzia, żeby wejść w ich strukturę, tkanki i zobaczyć je pod mikroskopem.

Dzięki nauce zmienia się też bardzo nasze podejście do uprawy, prawda?

O tak! Ja zawsze powtarzam: nie kopcie gleby, nie wbijajcie szpadla i nie przerzucajcie ziemi! Moja babcia, jak to słyszy, łapie się za głowę. Jednak badania na ten temat pokazały, że właśnie przez kopanie gleby np. przez ciężką orkę i intensywne rolnictwo, ją okropnie niszczymy. Bo ziemia jest jak skóra, ona też ma swoje pory i buduje swoją strukturę. Wierzchnia warstwa ziemi to same mikroorganizmy.

Wyobraźmy sobie, że pada deszcz. Owe mikroorganizmy wydrążyły odpowiednie kanaliki, więc woda sobie swobodnie nimi spływa, głęboko do ziemi i wtedy wszystkie rośliny mogą się napić. Jeżeli przekopiemy ziemię, zniszczymy te kanaliki: woda osiada u góry i zaczyna parować. Jeśli nie zniszczymy tej struktury, naturalna ściółka sprawi, że woda nie ucieka, tylko zostaje w ziemi nawet na bardzo gorące dni. Ja sam przestałem na mojej działce kopać. Nie używam też żadnej chemii. Z tą chemią to też jest tak, że jak jest używana z głową, to oczywiście jak najbardziej.

Naprawdę? Myślałam, ze będziesz nas od chemii odwodził.

Problem rodzi się, gdy chemia nie jest używana z głową i niszczy środowisko. Tak naprawdę jeśli ziemię pozostawimy samą sobie i będziemy z nią współpracować, będziemy jej dawać - a nie pokazywać, że to my jesteśmy jej panami, że możemy wszystko zmienić, że nad nią panujemy, bo tak nie jest - to ona nam da dużo więcej niż my potrzebujemy. To te wszystkie mikroorganizmy, których nie widzimy, wszystko regulują. Jeżeli mamy problem z rośliną, trzeba najpierw zobaczyć, czy gleba jest zdrowa, czy jest żywa, żyzna - i wtedy dopiero stosować jakieś ochrony, próbować temu zaradzić. A u nas zazwyczaj na odwrót, nikt nie myśli, skąd się bierze problem, tylko chcemy z góry mu nawet zapobiec lub go ukryć: spryskać chemią z góry na dół, oczekując, że na pewno po tym zabiegu już będzie zdrowe. A tu trzeba zadbać o podstawę! Masz problem? Kompost go rozwiąże! Ściółkuj nim glebę, a reszta zrobi się sama.

Ale co z tą chemią? Można?

Ja nie stosują żadnych środków chemicznych, bo tego nie potrzebuję - nie potrzebują jej osoby, które uprawiają małe ogrody. Chemię powinniśmy zostawić osobom, które uprawiają na dużą skalę jedzenie. Jednak nawet one powinny pamiętać, że używa się jej w razie potrzeby, a nie cały rok prewencyjnie. To jest ogromnym problemem. Pamiętajmy, że nawet "ekologiczne" środki źle użyte mogą być szkodliwe dla środowiska, bo mnóstwo z nich to po prostu "koncentraty" - czy syntetyczne, czy robione w beczce z pokrzywy, w za dużej ilości po prostu będą szkodliwe, jak wszystko. Naturalny oprysk z pokrzywy czy czosnku, który możemy sami zrobić w domu. Ale nawet przy tych "ekologicznych" trzeba pamiętać, żeby zachować umiar, bo ludzie leją jak opętani. A nadmiar trafia do gleby, spływa do wód gruntowych, zabija życie - mówię tu nadal o małych ogrodach, bo w przypadku rolnictwa to są po prostu ogromne monokultury i z tym trudno walczyć. Ale nawet jeśli na ogród przez trzy dni będziemy lać intensywny nawóz z pokrzywy, nawet jeśli on będzie zrobiony w domu, to tak samo źle zadziała na grządkę, jak ten ze sklepu, chemiczny.

Co zalecasz zamiast?

Balans, złoty środek! Bioróżnorodność w ogrodzie to podstawa - im więcej gatunków roślin, tym więcej życia wokół. Jeżeli mamy w ogrodzie mszyce, to zbudujmy domek dla biedronek, które je zjadają. Jeżeli atakują jedną roślinę, to może lepiej ją poświęcić i niech te mszyce siedzą tam. Bo jeżeli je wybijamy, to biedronki nie będą miały co jeść i ich też nie będzie. Musimy pracować z naturą, a nie ją wybijać.

Sebastian KulisSebastian Kulis Archiwum prywante

Jesteś zwolennikiem umiaru i naturalnych rozwiązań wszędzie. Nawet swoją najnowszą książkę - "Roślinne Porady od podstaw" - wydajesz superekologicznie.

Było to dla mnie ważne, choć dosyć kosztowne. Można wydać 10 tys. egzemplarzy i puścić je po wielkich księgarniach w całej Polsce, ale można też pokazać, że ekologicznie, mniej znaczy lepiej, bo świadomiej. Moje książki zrobione są na papierze, który ma certyfikat EFC, co oznacza, że pochodzi z ekologicznych plantacji.

Nie z makulatury?

Papiery z makulatury zawierają w sobie mikroplastik! Te są po prostu z drewna pozyskanego z ekologicznej plantacji. Do szycia książek użyte są nici syntetyczne - okazuje się, że nie ma naturalnych nici dobrze trzymających książkę - ale są biodegradowalne. Czyli, że jeżeli poleżą chwilę w ziemi czy w wodzie, to po prostu się rozpuszczą bez szkody dla środowiska. Miałem problem z ekologicznym klejem, ale w końcu go znalazłem! Wybrałem też drukowanie w duotonie, czyli używamy tylko dwóch kolorów farby - czarnego i chabrowego - żeby jak najmniej jej zużyć. Potem cała logistyka pakowania... Czy używać papieru, sznurka czy właśnie makulatury? I czy wkładać saszetki z ryżem, żeby odciągnąć wilgoć?

Tyle zachodu...

Nie widzę problemu, czemu by tego nie robić. Jeżeli mamy ku temu wiedzę i narzędzia, a przecież mamy. Jest dla mną głupotą nie wykorzystywać tego. Jedyne, co my musimy zmienić, to nasze postrzeganie: że ekologia to nie jest tylko fajny trend albo jakiś rodzaj stylu życia, tylko konieczność, którą trzeba wprowadzić i to jak najszybciej. Weźmy pod uwagę, że kolejne pokolenia ludzi będą na nas patrzeć tak jak my patrzymy na ludzi ze średniowiecza. Ze zgrozą myślimy o tym, że wylewali swoje nieczystości na ulicę - a my w czym jesteśmy od nich lepsi? Za 100 lat, a nawet 50 ludzie będą myśleć: "Jak oni mogli żyć z tym plastikiem, wiedząc, jak to źle działa?"

A ty masz taki ultraekologiczny styl życia?

Nie chcę tak o sobie mówić, ale np. idąc na zakupy staram się mieć w koszyku maksymalnie trzy rzeczy, które są opakowane w plastik. Bo już jest, nie da się od niego uciec i jakoś musimy sobie z nim radzić, to znaczy myśleć o nim mądrze. I to są wybory moralne. Cały zeszły rok wybierałem między kupieniem szklarni, która jest zrobiona ze szkła, a szklarni, która jest zrobiona z poliwęglanu. Czyli materiał, który się kompostuje, kontra materiał, który się nie kompostuje. Wybrałem poliwęglan, myśląc o tym, że postoi kolejne 10-15-20 lat w ogrodzie, bo wytrzymuje dłużej niż ta szklana, a ja mam pod lasem działkę, więc mogą szklaną uszkodzić gałęzie. Pomyślałem o tym, ile roślin dzięki temu uda mi się wyhodować, ile jedzenia, po które nie będę musiał iść do sklepu i nie będzie ono owinięte w plastik i nie będzie miało śladu węglowego. U mnie to kwestia myślenia o śmieciu, myślenia, co zrobię z tym śmieciem.

Mając ogród, dużo możesz kompostować.

Ogród jest fantastycznym miejscem utylizacji wielu odpadów: nawet kartony, papiery mogę dać na kompost. Jak nasze babcie plastikowe pojemniki po jogurtach wykorzystuję jako doniczki na rozsady.

Zawsze mi się wydawało, że rośliny uczą uważności. To prawda?

Zgadza się! I myślenia perspektywicznego: już w styczniu-lutym muszę myśleć, co będę miał na której grządce w maju, jak ta roślina będzie wyglądała w październiku. Przekłada się to na myślenie w innych obszarach: czy jak kupuję szpinak w plastikowej paczce, to czy to jest ok? Może lepiej, żebym sobie poszedł i pozbierał jakąś dziką trawę?

Wygląda na to, że ty widzisz wszystko połączone.

Wszyscy żyjemy na jednym wielkim organizmie. Wszystko wokół nas żyje. I nie mam tu na myśli niedźwiedzia czy ptaka, ale też glebę pod naszymi nogami.

Powietrze jest wypełnione życiem - szczególnie teraz, wiosną, tymi wszystkimi pyłkami, owadami. Więc jeśli chodzi o ekologię, to ja nie robię tego dla planety - bo ja wiem, że gdy nas tu nie będzie, ona będzie jeszcze długo. Przejmuję się moim gatunkiem i jego przyszłością. Boję się o siebie, o moich rodziców, o moich bliskich, żeby to, co się dzieje teraz z planetą, nie doprowadziło do skrajnych konfliktów politycznych, bo przecież np. głód może to wywołać. Chciałbym, żebyśmy się starali być dobrymi zwierzętami. Nieinwazyjnym gatunkiem.

A ty widzisz ludzi jako gatunek inwazyjny?

Zależy gdzie. U nas tak, w Danii trochę mniej - Duńczycy pokazują, że można pięknie żyć i nie szkodzić planecie. My jako Polacy mamy jednak taki styl inwazyjny. Cięcie drzew wszędzie w mieście. Ogrody podmiejskie w stylu trawnik i tuja. My byśmy to życie, tę przyrodę najchętniej wyszorowali jakąś chemią. Nie pozwalamy niczemu wokół nas rosnąć, współistnieć z nami, razem z nami współżyć na tej planecie. Każdą gałązkę, chwast, wszystko byśmy usuwali i zostawili tę czystą trawę z tują. To nie zadziała. Przyroda wygra tę bitwę.

Sebastian KulisSebastian Kulis Archiwum prywatne

A nawet jeśli lubimy rośliny, to uważność się przyda. Ostatnio dużo się mówi, że te pokojowe wcale nie są takie obojętne dla środowiska, jak mogłoby się wydawać. No bo przecież roślinka...

Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że większość roślin domowych daje ogromny ślad węglowy. Ja sam, kiedy pracuję przy roślinach pokojowych, staram się pracować z polskimi firmami. A jak uczę ludzi o tych roślinach, to podkreślam: nie zabijajcie ich! Ludzie myślą: "Kolejna tania roślinka z marketu - może mi przeżyje, może nie...", nie mając wiedzy, jak taka roślina może zaszkodzić środowisku.

Weźmy za przykład hipsterski przebój: monsterę.

Nie urosła w jakiejś szklarni w Polsce z sadzonki, tylko na Filipinach. Potem ją wsadzono na statek. Tym statkiem przypłynęła do Holandii. W Holandii wypakowano ją, wsadzono do doniczki i przetrzymano w szklarni. Im dłużej tam jest, tym ma większą cenę, bo bardziej się zaaklimatyzuje. Z Holandii monstery się rozwozi na całą Europę tirami. Trafiają na Bronisze. A z Bronisz jeszcze ktoś je zabiera kolejnym samochodem do sklepu. Aż w końcu my ją zabieramy do domu.

Ile to jest paliwa! Ile wody! Ile zanieczyszczeń!

Nie myślimy o tym, co? Decydując się na rośliny, trzeba mieć tego świadomość. A jak już je kupimy, to zadbajmy o nie maksymalnie dobrze, żeby nie musieć ich więcej kupować, żeby się dobrze rozrosły. Nauczmy się je też rozmnażać.

Nasze babcie przecież brały szczepki...

Dokładnie! I dbały o nie, miały je często całe życie. A my? Roślina ze sklepu, po 5 zł, z plastiku i od razu nam umiera. Do tego te roślinki na tirach i paletach owinięte są maksymalną ilością stretchu, folii, to jest tyle plastiku... I wiem, ze nie każdy może sobie pozwolić na ogród, ale jak możemy, to hodujmy już te bratki na balkonie... Choć muszę powiedzieć, że coraz mniej czuję te rośliny pokojowe, najbardziej się jaram warzywami, ziołami i wszystkim, co można samemu uprawiać.

Czemu?

Bo nie dość, że to jest piękne, rośnie samo, to jeszcze może nas nakarmić. A im bardziej są to gatunki rodzime dla nas - pokrzywa, dzika róża, jarzębiny, czarny bez (o których często mniej wiemy niż o jakiejś monsterze) - tym bardziej posadzone tu, w naszym klimacie rosną fantastycznie i dają ogromny plon z małej powierzchni. Bo tu jest ich miejsce. Ja projektuję ludziom ogródki i ogrody. I jak projektuję, to zawsze z myślą o tym, że to ma być jak najbardziej naturalne i samowystarczalne. Mój ogród jest podzielony na trzy części: łąkę kwietną, warzywnik i część leśną. Wszystko sadzę tak, żebym nie musiał tam za dużo robić.

To da się tak? Przecież przy ogrodzie jest mnóstwo roboty...

Oczywiście, że się da! Las, łąka, te wszystkie ekosystemy, przecież one rosną same z siebie, nikt tego nie podlewa, nie podcina, nie pielęgnuje. To samo możemy zrobić na własną rękę. Tylko musimy wiedzieć jak. A co do roboty - cóż, jest jej tak dużo, jak chcemy. A my ogrodnicy chcemy jej dużo, bo im więcej jej wykonamy, tym więcej mamy satysfakcji. Jednak taka łąka kwietna daje o wiele więcej życia, koloru, zapachu i wrażeń niż trawnik, a jest niewyobrażalnie łatwiejsza w utrzymaniu, bardziej ekologiczna, bo nie potrzebuje podlewania, ścinania czy nawożenia.

Nie wyrywać chwastów?

Chwasty to są po prostu nasze rodzime zioła. Wyraz "chwasty" z resztą wywodzi się z Biblii, może tu się dopatrywać tej manii czyszczenia... Właściwie wszystko, co rośnie pod naszymi stopami i wokół nas - czego my nie doceniamy ani wizualnie, ani smakowo, ani pod względem leczniczym - powinniśmy na nowo docenić. Bo przecież w dobie, kiedy tak dużo mówimy o jedzeniu, zwłaszcza zdrowym, lokalnym, powinniśmy zobaczyć, ile możemy tych roślin zjeść: o wiele więcej, niż nas uczono, niż nam się wydaje. Z resztą człowiek, który sam wyhoduje swoją żywność, też inaczej na nią patrzy. Ja wiem, ile wysiłku musiałem włożyć w tę marchewkę. Wyjmując ją z gruntu po pięciu miesiącach czekania i sprawdzania czy nic jej nie atakuje, myślę sobie: "I co? Mam teraz zjeść tylko korzeń?".

I co jeszcze jesz? Nać?

Oczywiście! Ale zieloną rewolucję zacznijmy nie od marchwi, lecz od niekoszenia trawnika - chociaż malutkiego fragmentu, jeśli ktoś nie jest przekonany. Zobaczmy, jak on się będzie rozwijał, że zaraz coś tutaj fajnego wyrośnie, tu zakwitnie, tam przyleci motyl, a tamtędy przejdzie ropucha... Jakiś ptaszek się może schowa w tej trawie i wydziobie sobie robaka? Im więcej będzie takich miejsc, takich oaz dla natury, to tym bardziej ona będzie się sama regulować i sama budować.

A nasza mania grabienia liści?

Doprowadza w efekcie do usunięcia wszelkiej materii organicznej. Zostawcie te liście, niech one się przekompostują! I naprawdę to wszystko się samo zacznie regulować. Przecież to jest to, co natura robi sama - zrzuca na jesieni zieleń, która daje podstawę, kompost na przyszły sezon. Nikt tego nie czyści i nie sprząta, a las rośnie sam ogromy, majestatyczny i żywy wysoko nad naszymi głowami, jak i głęboko pod stopami. Zobaczcie: ptaki przenoszą nasiona, mrówki, zwierzęta - wszyscy pracują na nasz dom - organizm. Teraz w tej leśnej części ogrodu i na łące już tylko dosiewam tak jak niegdyś się siało, z ręki.

Czyli?

Nie wkładam nasionek w ziemię, tylko biorę ich garść i wyrzucam przed siebie. Mój chłopak na mnie krzyczy, że mam wszędzie w kurtkach nasiona, bo jak widzę przekwitnięte kwiatostany jesienią, to sobie je zbieram i wyrzucam to w ogrodzie, albo zapominam... Zapominam też często, co to jest albo coś mi nie wyrośnie, ale za to coś innego wyrośnie. A to tak cieszy: ostatnio w przypadkowym miejscu ogrodu znalazłem krzak czarnego bzu. Ptak musiał przenieść nasionko i zasadzić, bo ja go nie sadziłem. A słowiańskie legendy mówią, że czarny bez przynosi szczęście. I ja w to wierzę.

***

*Sebastian Kulis jest autorem książki "Roślinne porady" i bloga o tej samej nazwie. Gdańszczanin, 27 lat, uprawia swój ogród, ma psa i kury, czeka na czasy, gdy będzie mieć farmę. Uczy ludzi, jak poznawać i uprawiać rośliny, zakłada ogrody naturalistyczne i chce pokazać, że wszystko, czego potrzebujemy, możemy wytworzyć z roślin.

*Aga Kozak jest dziennikarką, coacherką i specjalistką z zakresu wellbeing. Pisze min. dla gazety.pl, Gazety Wyborczej, Wysokich Obcasów. Była Dyrektorka Programowa współtworzonego przez nią Instytutu Dobrego Życia. Dla gazet i magazynów lifestylowych, kulinarnych i podróżniczych pisze głownie o rozwoju i przyjemności, w tym przyjemności z jedzenia. Jest specjalistką od pogłębionych wywiadów, autorką jedynej w Polsce rozmowy z Anthonym Bourdainem. W swojej karierze rozmawiała min. z Brene Brown, Stingiem, Gisele Bundchen. Stworzyła ogólnopolski projekt konferencji “Kobiety wiedzą, co robią”. Jest stałą ekspertką min. Dzień Dobry TVN w zakresie wellbeing. Co miesiąc pisze dla Gazety Wyborczej superpopularny newsletter o seksie.

Więcej o:
Weź udział w dyskusji:
Sebastian Kulis: My byśmy tę przyrodę najchętniej wyszorowali jakąś chemią
Aby skomentować ten i inne artykuły zapraszamy na forum.gazeta.pl