Andrzej Bargiel: Przez kilka dni łaziliśmy po lodowcu Khumbu Icefall i zbieraliśmy śmieci

- Często, będąc na treningu, zbieram butelki po piwie. Biegnę i chwytam jakąś puszkę. Kiedyś zobaczyłem taki duży karton - był w trudnym miejscu i wielki, więc najpierw nie chciało mi się go zabrać, ale po jakichś 100 metrach wróciłem po niego. Tylko wiesz, ja nie biegam po to, żeby zbierać śmieci. Żeby nie było. Robię to przy okazji - z Andrzejem Bargielem rozmawiamy o ekologii, górach i poczuciu odpowiedzialności za naszą planetę.

Nasza planeta potrzebuje nas dziś jak nigdy. Oceany i plaże zaśmiecone są plastikiem. Klimat zmienia się radykalnie. Co jednak zrobić, by realnie jej pomóc? W naszym cyklu "Ludzie w klimacie" pokażemy wam inspirujące sylwetki osób, które zmianę zaczęły od siebie i które dziś pokazują nam, co zrobić, żeby lepiej dbać o nasz dom - Ziemię. Na kolejne odcinki cyklu zapraszamy w każdy piątek o 16 na Gazeta.pl.

Andrzej BargielAndrzej Bargiel Marta Kondrusik

Aga Kozak*: Wychowywałeś się w naturze.

Andrzej Bargiel*: W niewielkiej Łętowni. Rodzice mieli małe tradycyjne gospodarstwo, gdzie hodowali konie i krowy. Nigdy nie mieliśmy samochodu, właściwie żadnego pojazdu spalinowego. Jeździliśmy na rowerach, biegaliśmy i to było chyba najbardziej ekologiczne dzieciństwo z możliwych.

A kiedy się połapałeś, że ludzie robią krzywdę przyrodzie?

Widziałem to już jako młody chłopak. Za czasów mojego dzieciństwa ludzie w ogóle się przyrodą nie przejmowali: wyrzucali po prostu śmieci byle gdzie, tworzyły się dzikie wysypiska. Ścieki wylewało się do rzek. Nawet ostatnio się zastanawiałem nad takim naszym wiosennym rytuałem: topieniem Marzanny - przecież to też wyrzucanie śmieci do rzeki!

Ludzie już tak może nie wyrzucają na potęgę rzeczy do lasu, ale coś za to innego się zmieniło w twojej rodzinnej miejscowości...

Zima. To moje jeżdżenie na nartach zaczęło się właśnie tam, w Łętowni: jako dzieci spędzaliśmy mnóstwo czasu na śniegu. Na sankach i nartach - to była największa frajda zimą. Dużymi bandami dzieciaków chodziliśmy na pole, wychodziliśmy rano i wracaliśmy do domu wieczorem - to był naprawdę fajny czas. Kiedy już jako dorosły zacząłem wracać do mojej rodzinnej miejscowości, to okazało się, że tej zimy, którą tak dobrze wspominam, praktycznie już nie ma. To był szok: w miejscu, gdzie śnieg leżał trzy miesiące, teraz leży trzy tygodnie. I tak jest co roku. Nie da się tam już jeździć na nartach.

Zauważyłeś też zmiany w Alpach.

Bo od wielu lat tam jeżdżę. Zmiany związane z degradacją klimatu są tam bardzo widoczne. Przez coraz wyższą temperaturę kurczą się lodowce. Wydawałoby się: co to za problem? Tymczasem ów problem dotyczy m.in. właścicieli wyciągów narciarskich - wyciągi leżą bowiem na podporach na lodowcu. Gdy lodowiec znika, podpory się przesuwają i wyciągi trzeba zamknąć.

No i wysokie góry, w których właściwie można by powiedzieć, że "pracujesz".

W wysokie góry pojechałem po raz pierwszy 8 lat temu. Kiedy przez te lata wracałem w to samo miejsce, zmiany były bardzo widoczne, być może widzę to też wyraźnie, bo one po prostu utrudniają mi realizowanie moich celów. Przy wysokiej temperaturze lodowiec się niszczy - po prostu się kruszy. Jakość lodu nie umożliwia już bezpiecznej wspinaczki. Turnie lodowe, przez które musimy się przedostawać, kiedy chcemy przejść lodowiec, stają się bardzo niebezpieczne. W konsekwencji pojawiają się zagrożenia m.in. odrywanie się bardzo dużych seraków, w lodowcu tworzą się szerokie szczeliny. Ale naprawdę nie trzeba jechać w wysokie góry, żeby to zaobserwować. W Chamonix w zeszłym roku wyłączyli kultową kolejkę Aiguille du Midi, która jest osadzona na skalnych turniach, leżących na wiecznej zmarzlinie, na lodowcu. Okazało się, że czujniki, które są ustawione wokół tej infrastruktury pokazały ruch tych turni. W efekcie trzeba było kompletnie wyłączyć kolejkę z użytkowania. Ta kolejka to główna atrakcja tego miejsca i jest konieczna, żeby dostać wyżej w góry w celu uprawiania narciarstwa i wspinaczki.

Twoje wyprawy też bywają przerywane przez skutki ocieplenia klimatu.

Nie wiadomo, jak się w tym odnaleźć - choćby jeśli chodzi o terminy, w których powinno się wyjeżdżać, żeby realizować cele. Bo klimat się po prostu bardzo zmienia. Śniegu w górach jest coraz mniej. Lodowce się cofają i pewnie za 10-15 lat nie będzie można dojechać na nartach do podstawy góry. To jest smutne, że może się okazać, że np. za 30 lat te zjazdy na nartach, które realizuję czy realizowałem, w ogóle mogą okazać się niewykonalne z racji braku śniegu w tych miejscach. Oczywiście wyższe partie gór są bezpieczniejsze i jest dużo chłodniej, ale na pewno poniżej 6 tys. m n.p.m. te zmiany będą bardzo, bardzo wyraźne.

W Alpach ludzie tracą miejsce do pracy. A jak jest w Himalajach? Jakie skutki odczuwają miejscowi?

W Pakistanie częściej schodzą lawiny błotne, obsypują się skały, bo przecież to wszystko lodowiec i to wszystko pracuje. Czasami dzieją się duże tragedie, takie jak ta w 2014 roku, kiedy ogromna bryła lodowa oderwała się od masywu Mount Everest, tworząc lawinę, która spadła na Khumbu Icefall i zabiła 16 Szerpów. Do tego ci, którzy w Nepalu czy w Pakistanie mieszkają w górach, żyją z tego, że przyjeżdżają do nich turyści po to, żeby się wspinać. Do tej pory oprowadzali ich po niedostępnych, lecz względnie bezpiecznych miejscach - teraz wszystko robi się coraz bardziej ryzykowne. Może się okazać, że będą mieć mniej pracy albo z roku na rok będą coraz bardziej narażać swoje życie.

Andrzej BargielAndrzej Bargiel Fot. Marek Ogień

Mało ludzi to dostrzega.

Generalnie ludzie zakładają, że skutki zmiany klimatu ich po prostu nie dotyczą. Nawet jeśli obserwujemy te zmiany, nie prowadzi to do jakiejkolwiek refleksji, bo po prostu wolimy myśleć, że to coś, co nas nie dotyczy. Nie ma tego, czego bardzo potrzebujemy: poczucia wspólnej odpowiedzialności za naszą planetę. Choćby poczucia, że każdy z nas może na różne sposoby ograniczać emisję szkodliwych substancji, które bezpośrednio wpływają na ocieplenie klimatu. Musimy szukać jakichś rozwiązań w życiu codziennym, starać się być bardziej ekologicznym. Bo to wcale nie jest takie skomplikowane, tylko czasami trzeba poświęcić na to czas i o tym po prostu myśleć. Od razu przychodzi mi na myśl Podhale.

Smog?

Jeśli o to chodzi, na pewno mamy bardzo dużo do zrobienia. Kiedy zimą przejeżdżam przez podhalańskie wsie, to od razu czuję czym tu się pali w piecach. Myślę, że to jest kwestia edukacji. Dlatego chętnie angażuję się w kampanie na rzecz czystego powietrza. W 2016 roku w ramach Podhalańskiego Alarmu Smogowego chodziłem po szkołach i rozmawiałem z dzieciakami, które wprost mówiły, że rodzice rozpalają w piecu śmieciami. Edukacja proekologiczna jest superważną rzeczą w tym momencie, bo trzeba budować wrażliwość u tych najmłodszych osób po to, by te zmiany mogły zajść w przyszłości. Potrzebne są też nowe rozwiązania technologiczne, wykorzystujące lokalne zasoby, np. geotermia.

Śmiecą ludzie w górach?

Oj śmiecą. Bardzo. Obserwuję tych, którzy bardzo często mają marzenie, żeby wejść na szczyt i robią to. Kondycyjnie są przygotowani, ale kompletnie nie obchodzi ich aspekt ekologiczny takich działań. W ogóle nie widzą tego, że w górach powinniśmy dbać o to, żeby nasza ingerencja była jak najmniejsza, o to, by nie pozostawiać po sobie niczego, żadnego śladu, nie mówiąc już o śmieciach. Oni po prostu tylko chcą zdobyć szczyt. W Himalajach to ma jeszcze taki wymiar, że zazwyczaj ci ludzie czują, że ich to zupełnie nie dotyczy, bo zapłacili sporo pieniędzy komuś, kto obiecał ich na ten szczyt zaprowadzić. Zakładają, że to nie jest ich sprawa. To jest dość przerażające, kiedy realizując swoje cele w otoczeniu dzikiej przyrody, nie obchodzi nas w jakim stanie ją zostawiamy.

Ale widziałeś jakie śmieci zostawiła choćby polska wyprawa na K2.

Widziałem. To jest tak: każdy chce jak najszybciej wracać do domu. Większość osób zakłada, że ze śmieciami po wyprawie zajmą się lokalne agencje obsługujące wyprawy, że to wszystko posprzątają i uporządkują. I jest to nawet jakoś usprawiedliwione, bo pakujesz swoje rzeczy, idziesz na dół, a ci ludzie jeszcze zostają i tam się krzątają, robią porządki. Jednak kluczem skuteczności jest tutaj dopilnowanie, żeby wszystko, co tam z nami jest, zostało odpowiednio zutylizowane. Niestety najczęściej te śmieci wrzucane są do szczelin lodowca lub palone na miejscu, by nie musieć ich przez wiele kilometrów znosić.

Ale prawo mówi, że musisz te śmieci znieść, prawda?

Tak, zgadza się, ale to wszystko jest skomplikowane, bo za egzekwowaniem prawa powinna iść edukacja, świadomość, po co to w ogóle robić. Dochodzą różnice kulturowe - parę lat temu w Pakistanie zobaczyliśmy, że zgraja dzieciaków wyszarpała z gniazda dwie nieopierzone jeszcze sowy. Jedną udało nam się uratować, spała sobie u mnie w przedsionku namiotu. Zaniosłem ją do parku, do strażników. Uznałem, że będą wiedzieć, co z nimi zrobić, ale oni powiedzieli, że mam ją oddać tym dzieciakom do zabawy. Mam wrażenie, że to tak działa, że to ci bardziej świadomi powinni być bardziej odpowiedzialni. A w końcu to my, ingerując, odwiedzając tę przyrodę, jesteśmy powodem tego, co tam się dzieje. Powinniśmy po prostu po sobie sprzątać, nie zostawiać tego innym.

Sprzątasz?

Tak. Nawet zrobiliśmy taką akcję w zeszłym roku w trakcie wyprawy Everest Ski Challenge - przez kilka dni łaziliśmy po lodowcu Khumbu Icefall i zbieraliśmy śmieci. Tego było takie mnóstwo, że w pewnym momencie nawet zaczęliśmy to traktować jako jakąś formę rozrywki. Wśród tych śmieci znaleźliśmy też skarby: aparat Leica i kamerę sprzed 30 lat, w której był film, który udało nam się później odtworzyć. Góry skarbów można by powiedzieć. Często, będąc na treningu, zbieram jakieś butelki po piwie. Biegnę i chwytam jakąś puszkę. Kiedyś zobaczyłem taki duży karton - był w trudnym miejscu i wielki, więc najpierw nie chciało mi się go zabrać, ale po jakichś 100 m wróciłem po niego. Jak się okazało, uratowało mi to tyłek, bo zerwała się potworna burza, a ja miałem ze sobą telefon, jeszcze wtedy nie było wodoodpornych... Rozdarłem ten karton po trzylitrowym soku, włożyłem tam telefon - przeżył. Tylko wiesz, ja nie biegam po to, żeby zbierać śmieci. Żeby nie było. Robię to przy okazji.

A to co robisz nie "przy okazji" dla dobra planety?

Segreguję śmieci, używam bidonu wielokrotnego użytku i nie kupuję napojów w plastikowych butelkach. W ogóle staram się unikać plastikowych opakowań, reklamówek ze sklepu. Oczywiście zapominam zabierać na zakupy swoje siatki, więc zazwyczaj zakupy ładuję do kieszeni, wysypuje mi się to wszystko... Z resztą ze zgrozą patrzę na nasze zakupy i ich opakowania, które często potem kończą np. w lesie. To, ile generujemy śmieci jest po prostu przerażające.

Na co dzień jeździsz elektrykiem.

Jeżdżę - może nie jest to idealne rozwiązanie, ale ważny krok ku temu, by obniżyć emisję szkodliwych substancji podczas podróżowania. Teraz buduję szałas w górach i chcę zamontować tam solary, by móc ładować samochód z energii słonecznej. To jest kierunek, który mi się podoba.

Andrzej BargielAndrzej Bargiel Fot. Marek Ogień

Wykorzystujesz swoje sportowe projekty do tego, żeby mówić o ekologii.

Jeżeli tylko można. Od początku staram się, aby moje projekty miały większy wymiar niż tylko ten sportowy, szczególnie że są one bardzo kosztowne. Nie zakładam, że to co robię, jest najważniejsze na świecie, ale być może kogoś zainspiruje i przy okazji można coś dobrego zrobić. Zdaję sobie też sprawę z tego, że zamiast zajmować się tym, czym się zajmuję, mógłbym robić jakieś ważniejsze rzeczy dla świata i ziemi.

Ostatnio zrobiliśmy taki ciekawy projekt przy okazji wyprawy na Everest. W Łętowni istnieje dom dziecka i chcę im pomóc. Pomyślałem, że zaproszę do współpracy artystów, których cenię. Wilhelm Sasnal zaprojektował plakat na tę wyprawę, Janek Bajtlik pomalował narty, na których miałem zjechać z Everest, a dzieci z mojej rodziny - a jest ich dziewiątka - wspólnie z dzieciakami z domu dziecka w Łętowni zrobiły ilustracje, które znalazły się potem na kombinezonie, w którym miałem się wspiąć na Everest, zaprojektowanym przez Romę Janotę - moją dziewczynę. Inspiracją do ilustracji dzieci była pięćdziesiąta rocznica lądowania na Księżycu, bo Everest jest najbliżej Księżyca. Wszystkie te przedmioty, będzie można kupić na aukcji charytatywnej, którą organizujemy wspólnie z Fundacją Wspierania Alpinizmu im. Jerzego Kukuczki, a dochód będzie przeznaczony na ten właśnie Dom Dziecka.

W ramach innego projektu wyprodukowaliśmy himalajski kombinezon na wyprawę z tyveku, powstałego z zakrętek od butelek. Co ja jeszcze robię? Nie wiem. Rok temu, przy okazji wyprawy na Everest planowaliśmy dużą akcję sprzątania tej najwyższej i przy okazji najbardziej zaśmieconej góry świata. Takie działanie musi być dobrze przygotowanie zarówno na poziomie koncepcyjnym, jak i organizacyjnym, bo trzeba z zebranymi śmieciami coś potem zrobić, nie zostawiając po sobie przy okazji śladu węglowego. Konsultowaliśmy się w tej sprawie z jedną z największych i najbardziej kompetentnych w temacie śmieci organizacją w Europie - European Environmental Bureau, ale także z organizacjami i inicjatywami działającymi na miejscu w Nepalu, których w ostatnich latach jest sporo, co jest pozytywne. Niestety nie udało nam się pozyskać wystarczających funduszy i zrealizować projektu w zakładanej skali. Skończyło się na działaniu bardziej symbolicznym, o czy wspominałem wcześniej. Niemniej wierzę, że jeszcze uda mi się wrócić na Everest i zrealizować ten plan. A tak generalnie chyba po prostu staram się być przyzwoity, a przede wszystkim staram się tej planecie nie robić nic złego.

***

Andrzej Bargiel (1988) - wychował się w Łętowni w Małopolsce. Od najmłodszych lat wykazywał talent do narciarstwa i skialpinizmu. Jako nastolatek przeprowadził się do Zakopanego, aby rozwijać swoje umiejętności. Bardzo szybko okazało się, że posiada ponadprzeciętne predyspozycje do sportów wytrzymałościowych. Jest trzykrotnym mistrzem Polski w skialpiniźmie, trzecim w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata oraz rekordzistą świata w biegu na Elbrus. Od 2013 roku realizuje swój autorski projekt HIC SUNT LEONES, którego celem jest szybkościowe wejście, bez użycia tlenu i zjazdy na nartach z najwyższych szczytów Ziemi. Jest pierwszym Polakiem, który zjechał na nartach z wierzchołka ośmiotysięcznika Sziszapangma (SHISHAPANGMA SKI CHALLENGE 2013). W 2014 roku ustanowił dwa rekordy świata: najszybszego wejścia na szczyt Manaslu (14 h 5 min.) oraz najszybszego wejścia na szczyt z zejściem (zjazdem) do bazy (21 h 14 min.). Jako drugi człowiek w historii (pierwszy Polak) zjechał z tego szczytu na nartach do bazy (MANASLU SKI CHALLENGE 2014). Rok później w ramach wyprawy BROAD PEAK SKI CHALLENGE zdobył szczyt Broad Peak i jako pierwszy zjechał z niego na nartach. W 2016 roku otrzymał tytuł "Śnieżnej Pantery" za pobicie (o 12 dni) rekordu świata w zdobyciu i zjeździe na nartach z pięciu siedmiotysięczników położonych na terenie byłego ZSRR. Największym sukcesem sportowca jest projekt K2 SKI CHALLENGE 2018 polegający na zdobyciu szczytu K2 i zjeździe na nartach z wierzchołka tej niezwykle trudnej i wymagającej technicznie góry, czego nie udało się dokonać wcześniej żadnemu człowiekowi na świecie. W 2019 roku, w trakcie wyprawy na Mount Everest (Everest Ski Challenge), ze względu na złą pogodę i niebezpieczeństwo związane z ogromnym (50 m wysokości i 30 m szerokości), serakiem zwisającym 800 metrów nad lodowcem i odczepionym od podłoża, musiał podjąć decyzję o przerwaniu wyprawy.

*Aga Kozak jest dziennikarką, coacherką i specjalistką z zakresu wellbeing. Pisze m.in. dla gazety.pl, "Gazety Wyborczej", "Wysokich Obcasów". Była Dyrektorka Programowa współtworzonego przez nią Instytutu Dobrego Życia. Dla gazet i magazynów lifestylowych, kulinarnych i podróżniczych pisze głownie o rozwoju i przyjemności, w tym przyjemności z jedzenia. Jest specjalistką od pogłębionych wywiadów, autorką jedynej w Polsce rozmowy z Anthonym Bourdainem. W swojej karierze rozmawiała min. z Brene Brown, Stingiem, Gisele Bundchen. Stworzyła ogólnopolski projekt konferencji "Kobiety wiedzą, co robią". Jest stałą ekspertką min. Dzień Dobry TVN w zakresie wellbeing. Co miesiąc pisze dla "Gazety Wyborczej" superpopularny newsletter o seksie.

Więcej o: