"Lot do domu? Ja nie mam domu. Miałam romantyczną wizję, że to świat jest moim domem"

Ola Długołęcka
Iwona Chodorowska w listopadzie 2019 roku ruszyła razem z partnerem w podróż jachtem. Pandemia zatrzymała ich w porcie na Wyspach Kanaryjskich chwilę przed ogłoszeniem stanu zagrożenia epidemicznego w całej Hiszpanii. Gdyby dotarli tam później, musieliby stać na kotwicy na morzu.

Gdzie teraz mieszkasz?

W zasadzie nigdzie. Piąty miesiąc rezyduję na małej łodzi. Ma 10 metrów długości i 3,38 metra w najszerszym miejscu. Niecałe dwa metry zanurzenia. Żeby było ciekawiej – nie jestem zapaloną żeglarką. Umiem posterować, gdy nie wieje za bardzo, i przygotować obiad, o ile za bardzo nie buja.

Zobacz wideo Hiszpanie dziękują pracownikom służby zdrowia

Myślałam, że pływanie po głębokiej wodzie jest niebezpieczne. No bo jak sobie człowiek pomyśli, że od dna dzielą go cztery kilometry, to wyobraźnia zaczyna pracować. Myślisz o ośmiornicach, rekinach, ale w to wszystko można w razie ataku strzelić z kuszy. W wirusa - niewidocznego gołym okiem - strzelić nie można. Tu lęk staje się bardziej metafizyczny. A teraz wszyscy, przynajmniej tu, w Hiszpanii, żyją w takim lęku.

Gdzie jesteś?

Utknęliśmy w Las Palmas de Gran Canaria - porcie na Wyspach Kanaryjskich. Przypłynęliśmy 24 godziny przed ogłoszeniem stanu zagrożenia epidemicznego w Hiszpanii. Dziś porty są zamknięte, nie przyjmują nikogo, prócz statków transportowych. Gdybyśmy się spóźnili, musielibyśmy cumować na oceanie, na kotwicy. Mieliśmy więc dużo szczęścia.

Iwona Chodorowska w podróżyIwona Chodorowska w podróży Fot. Krzysztof Górecki

Od dawna jesteś na morzu?

Wyjechałam z Polski w listopadzie. Wtedy było całkiem inaczej. Świat zmienił się na moich oczach. Na Wyspy Kanaryjskie, a potem dalej, mieliśmy popłynąć z moim partnerem już dawno. On jest rasowym żeglarzem i po prostu lubi pływać. A ja szukałam pomysłu na siebie. Przez siedem lat miałam hostel w Kolumbii - wciąż ciągnie mnie do zrównoważonej turystyki, do słońca, kontaktu z ciekawymi ludźmi. Szukałam swojego miejsca na ziemi, bo w Polsce dusiliśmy się trochę.

Wydawało nam się, że świat stoi przed nami otworem. Oboje jesteśmy wolnymi strzelcami – możemy pracować z każdego miejsca na świecie. Jestem dziennikarką, ostatnio pisałam do magazynu "Traveller National Geographic" o portugalskim Nazare, ale imam się wszystkiego. Zabieramy, a raczej zabieraliśmy też po drodze znajomych na łódkę, co ratowało nasz budżet. Wiatr nie kosztuje, więc stawaliśmy tam, gdzie nas zawiało. Przypłynęliśmy na Wyspy Kanaryjskie, by pozałatwiać kilka banalnych spraw takich jak optyk, fryzjer, karta do Internetu.

Hiszpania w kwarantannieHiszpania w kwarantannie Fot. Shutterstock

Udało się?

Nic nie załatwiliśmy, bo wprowadzono stan wyjątkowy. Oznacza to, że nie wolno nam zejść z jachtu ot, tak - bez ważnej przyczyny we dwójkę równocześnie. Kiedy szłam do portowej toalety, podjechała policja. Zapytali, czy mam dokument pozwalający na opuszczenie pokładu. Naprawdę, nie wiedziałam, co im odpowiedzieć. Widzę przemykających ludzi w maskach i rękawiczkach. I zatrzymywanych przez Guardię Civil [hiszpańska żandarmeria – przyp. red.] na jachty.

Co wam wolno?

Pójść do apteki, sklepu, banku lub do pracy. Widzę, że działają tu sanitariaty. Ktoś je sprząta, ktoś inny wywozi śmieci – taka osoba musi dojść, dojechać do pracy. Inni karani są mandatem. Krzysiek – mój partner – jak tylko wyszedł z lornetką popatrzeć na morze, natychmiast pod pomost podjechał radiowóz. Kazali wracać na łajbę i na niej siedzieć. Przyznaję – to męcząca klaustrofobia. Rozumiem jej sens, ale psychicznie mnie to wykańcza. Zwłaszcza że od pani w sklepie dowiedziałam się, że taki stan potrwa nie dwa tygodnie, tylko dłużej. Ale moja sytuacja nie polega tylko na fizycznej izolacji.

Hiszpania w kwarantannieHiszpania w kwarantannie Fot. Shutterstock

Czyli?

Nie wyobrażam sobie braku dostępu do informacji, interakcji z ludźmi. Mam znajomych i przyjaciół rozsianych po całym świecie. Dzięki Internetowi mogę pogadać z Warmią, Krosnem, Dublinem, Warszawą i Bogotą. A teraz? Za Internet płacę bajońskie kwoty, bo nie zdążyłam kupić hiszpańskiej karty i korzystam z polskiego abonamentu [19 zł za 1GB – przyp. red.], ograniczam go więc. To "uwięzienie" jest w moim przypadku boleśniejsze. Izolacja jest potrzebna, ale smutna.

Dzisiaj poczułam się zagrożona. Nie tym, że umrę, ale że donikąd nie mogę pójść. A przecież jeszcze przed chwilą wszystko było na wyciągnięcie ręki. Wszystko mogliśmy. Pewnie było tego za dużo. Port jest zamknięty do odwołania, lotnisko też, nigdzie nie polecę. Nie mam wyboru - muszę tu być.

"Obywatele świata" boleśnie odczuwają nową sytuację. Bo "dom" jest tam, dokąd możesz wrócić na czas pandemii.

Trudno mi określić moje miejsce zamieszkania, bo go nie mam. Ostatnio przez kilka lat mieszkałam w Warszawie. Wcześniej w Kolumbii, w Barcelonie, na wsi na Warmii. Pochodzę z Warszawy, ale nigdzie nie mam domu. Żyję trochę jak w wędrownym taborze. Bywa to bolesne, przyznaję. Zwłaszcza teraz, kiedy każdy szuka bezpieczeństwa. Gdy stoi się na wodzie, a więc na niepewnym gruncie, bardzo trudno o stabilność.

Kiedy zaczęłaś się na poważnie bać?

Wczoraj. Dostałam w nocy ataku astmy. Myślałam, że nie jestem nadmiernie przywiązana do życia, ale to nieprawda. Każdy coś mi pisze: „Nie siej paniki!”, „Bądź odpowiedzialna!”, „Poczytaj lepiej o tym wirusie!”. Czytałam, że jednym z jego objawów są problemy z oddychaniem. Kiedy więc czujesz się rybą wyciągniętą na powierzchnię i nie możesz nabrać tchu – zaczynasz się bać.

Ludzie boją się tego, że nie będą mieli pieniędzy, że gospodarka stanie. Albo tego, co będzie potem. I w tym strachu upatruję cudownego humanizmu – woli przetrwania. Bo jeśli nawet potem będzie źle – to jakoś będzie.

W Europie byliśmy pępkiem świata, podczas kiedy w trybie przetrwania – gdy nie ma się nic na własność, brakuje stałej pracy, stałych dochodów, nic nie jest pewne, żyje co dziewiąta osoba na świecie*. Z dnia na dzień stało się to i moim udziałem. Wiem tyle, że szybko nie wrócę do Polski, że nie mogę opuścić łodzi i oddycham z trudem. Ale przecież koniki morskie ostatni raz widziano na Wyspach Kanaryjskich trzy lata temu. Pantera śnieżna w Azji też ma się nie najlepiej. Dlaczego miałabym uważać, że to akurat ja muszę przeżyć?

Iwona Chodorowska w podróżyIwona Chodorowska w podróży Fot. Krzysztof Górecki

Jak wygląda teraz twoja codzienność?

Każdy tu pyta, kiedy się to skończy. Tak jakby była jakaś pewność, aktualna data przepowiedziana przez Majów. Wszystko zamarło. Moja codzienność jest dość smutna. Przeczytałam już wszystkie książki, jakie miałam, została jedna - o tym, jak działa dławica, która uszczelnia wał napędowy. No i słownik hiszpańsko-polski. Codzienność tutaj opiera się na cierpliwości i czekaniu.

Dostaję masę rad - jak my wszyscy pewnie - co zrobić. Staram się zachować względny spokój, ale przyznaję: odczuwam lęk. Zazwyczaj gotuję obiad, wczoraj cukinię i kabaczka w pomidorach. Czytam, rozmawiam z ludźmi przez messengera. Mamy też w porcie malutki kiosk. Oprócz papierosów można tu kupić papier toaletowy.

Nie zabraknie wam jedzenia?

Sklepy spożywcze są czynne. Jest też w porcie sklepik z podstawowymi artykułami. Ale po owoce czy warzywa trzeba pójść dość daleko - do centrum handlowego, a tam się wybierać raczej nie chcemy. Mamy jabłka, miód, puszki, jajka, ryż, kawę herbatę. Jak się skończą, to pójdziemy na kolejne zakupy.

Hiszpania w kwarantannieHiszpania w kwarantannie Fot. Shutterstock

W Kolumbii mieszkałam w sąsiedztwie Indian Koguis. Tam nikt nie robił zapasów, a każdy dzień przynosił nowe rozwiązania. Zbierało się jukę [inaczej maniok jadalny, roślina jadana w Ameryce Południowej – przyp. red.], zabijało pancernika. Może i my będziemy musieli nauczyć się łowić ryby i odejść od tej dezynwoltury i ignorancji, z jaką traktowaliśmy zasoby świata, myśląc, że zawsze wszystko będzie podane na tacy. Bajka o stoliczku, co się sam nakrywa, właśnie się dla nas kończy, ale w wielu częściach świata jej w ogóle nie znają.

Co jest najgorsze w sytuacji, w której się teraz znajdujesz?

Niepewność. Ale ją chyba odczuwamy wszyscy. Niepewność dotyczy tego, co się wydarzy i jakie będą scenariusze. Nie jestem na wakacjach, nie muszę wracać. Pandemia zaskoczyła mnie w podróży, ale dzisiaj to pojęcie znaczy coś innego. Nie będzie już takich samych podróży ani takiej – co mnie akurat nie martwi - turystyki masowej. Zamierają bary, wypożyczalnie samochodów i sklepy ze sprzętem do nurkowania. Jestem pewna, że po tym wstrząsie świat stanie się inny. Globalna wioska zaczęła się zamykać.

Zaraz po niepewności najgorszy jest lęk o życie. Gdy mnie zatyka i nie mogę oddychać – zwyczajnie zaczynam się bać. To pewnie "tylko" astma. Nie mam gorączki, a więc nie kwalifikuję się do testu. Jest ich za mało i wykonywane są tylko w ewidentnych przypadkach.

Złe jest dla mnie też to ograniczenie wolności. Poszłabym na jakąś miejską siłownię i odreagowała. Ale nie można.

Bałaś się kiedyś wcześniej o swoje życie?

Tak. Mieszkałam w Kolumbii, a tam życie ludzkie znaczy mniej niż w Hiszpanii. Ale tak naprawdę bałam się dwa razy. Raz w Kirgistanie, kiedy pod chińską granicą zaatakował mnie byk. Było jak w kreskówce. Najpierw zaczął buchać parą z nosa, a potem pochylił wielki łeb i ruszył na mnie. Zareagowałam słusznie, jak się okazało: odwróciłam się do niego plecami i weszłam do strumienia. Byk odpuścił.

Drugi raz bałam się w wysoko położonej marokańskiej wsi, w górach Atlas. Rzeka wystąpiła. Kilka dni wcześniej zmiotła parę okolicznych wiosek. Gdy biegłam, uciekając, razem ze spanikowanymi ludźmi, słyszałam, jak z łomotem zbliża się masa wody. Reagowałam intuicyjnie. Raniąc sobie nogi, wdrapałam się na dach najwyższego budynku. Nieco mniej, ale też bałam się, jak po moim plecaku w Gwatemali łaził czarny skorpion. No i boję się na przechyłach. Okazuje się jednak, że umrzeć nie jest tak łatwo.

Iwona Chodorowska w podróżyIwona Chodorowska w podróży Fot. Krzysztof Górecki

A opcja skorzystania z lotu do Polski dla Polaków za granicą? Czy bierzesz taką możliwość pod uwagę?

Ha, to dobre pytanie. Pytałaś wcześniej, co jest najgorsze w mojej sytuacji. Zapomniałam powiedzieć, że pandemia znacząco zmienia mój los. Planowaliśmy nie wracać do Polski, tylko osiąść tam, gdzie się nam spodoba i zobaczyć, co dalej. Teraz to „dalej” stoi pod ogromnym znakiem zapytania. Jeśli chodzi o lot do domu, to - jak mówiłam na początku – nie mam domu. Miałam romantyczną wizję, że to świat jest moim domem. Mówiąc konkretnie: na razie nie wracamy. Nie da się uciec od odpowiedzialności ani od konsekwencji.

Ale zauważyłam jedną pozytywną zmianę. Ludzie zaczęli się o siebie troszczyć, pomagać sobie nawzajem, a ja, idąc do tej nieszczęsnej toalety, gdy widzę pana z pieskiem, to uśmiecham się do niego. A on do mnie.

Jakie masz więc scenariusze przyszłości?

Powoli oswajamy się z myślą, że to, co dzieje się w Hiszpanii, powoli przypomina sytuację we Włoszech. Dociera do nas, że ten stan może potrwać dłużej, niż sądzimy, i... rozważamy ewentualny powrót. W tym przypadku nasza łódka Hakuna zostanie tutaj, a my wrócimy do naszych bliskich. Czas pokaże.

W tej sytuacji trudno mieć jakieś plany. Na razie zostaję tu, gdzie jestem. Nie na wszystko mam wpływ. Teraz to nie my, ale świat decyduje. I może to będzie ta upragniona równowaga?

A nie! Przepraszam. Mam plan, żeby zrobić zupę z soczewicy. Tyle na razie musi mi wystarczyć.

Iwona Chodorowska. Antropolożka kultury, podróżniczka i dziennikarka, od lat mieszka w różnych miejscach na świecie. Z doskoku prowadzi bloga www.wyjechalam.wordpress.com.

Ola Długołęcka - redaktorka, która inspirację do tematu potrafi znaleźć w podbitym niechcący oku. Czujnie obserwuje ludzi i przysłuchuje się ich rozmowom. Chodzący spokój i zorganizowanie. Wieloletnia wielbicielka Roberta Redforda, a od niedawna kierowcy F1 Daniela Ricciardo.

* Ravallion, Martin, Shaohua Chen, and Prem Sangraula. Dollar a Day Revisited. Working paper no. 4620. The World Bank

Więcej o:
Weź udział w dyskusji:
"Lot do domu? Ja nie mam domu. Miałam romantyczną wizję, że to świat jest moim domem"
Aby skomentować ten i inne artykuły zapraszamy na forum.gazeta.pl