"Dziś rano zwolniłam dziewczynę. Nie mam z czego płacić ludziom. Nie odważyłam się do niej zadzwonić" [ÓSMY DZIEŃ MIESIĄCA]

- Pracy w zasadzie nie mam od 11 marca. Ludzie siedzą w domach, odwoływali sprzątanie ze strachu - mówi Maria z Ukrainy, która mieszka w Polsce od trzynastu lat.

Czytasz artykuł związany z cyklem "Ósmy dzień miesiąca". Począwszy od Dnia Kobiet 2019, co miesiąc publikujemy teksty dotyczące równouprawnienia płci i walki ze stereotypami. Wszystkie "Ósme dni miesiąca" znajdziesz tutaj.

Epidemia uderzyła w całą gospodarkę, we wszystkie branże. Znakomita większość z nich już notuje ogromne straty. Wiele firm zawiesza działalność, obcina pensje czy zwalnia pracowników. Nie wiadomo, ile to potrwa i co będzie dalej.

Usługi urodowe, opiekuńcze i sprzątające to w większości domena kobiet. Te sektory są teraz w fatalnej sytuacji (więcej o tym, jak to wygląda w liczbach, piszemy w tekście "Salony kosmetyczne, opieka nad dziećmi i chorymi. 'Kobiece' branże dotknięte koronawirusem"). 

Posłuchaliśmy czterech kobiet, które opowiedziały nam, jak starają się przetrwać fatalną sytuację i to, że de facto straciły pracę.

Katarzyna (imię zmienione), właścicielka salonu kosmetycznego

Miałam marzenie i w końcu odważyłam się je zrealizować. Po 20 latach pracy w korporacji otworzyłam salon kosmetyczny. Odłożyłam trochę pieniędzy, zaciągnęłam kredyt w banku i w październiku zdecydowałam się na licencję franczyzową. W lutym zaczęło mi wreszcie dobrze iść. Dobrze - to znaczy, że wychodziłam na zero. Od 16 marca mój salon jest zamknięty, nie przyjmujemy klientów.

Ostateczna decyzja zapadła po tym, gdy jedna z klientek, już w czasie zabiegu, powiedziała, że mieszka z kimś, kto jest na kwarantannie. Ta osoba wróciła z terenów, gdzie wirus rozszalał się wcześniej. Nie było jeszcze wiadomo, czy jest chora. Przeraziło mnie to. Jeszcze przez chwilę zastanawiałam się, że może choć zabiegi na ciało będziemy robić, bo zarówno personel, jak i klientów można zabezpieczyć maseczką, ale i to, po namyśle, wydało się nazbyt ryzykowne. A potem premier i tak nakazał zamknąć salony urody.

Dziś mam zerowy przychód. Próbuję więc działać, żeby się nie załamywać. Rozkręcam w mediach społecznościowych porady, jak pielęgnować skórę w domu i sprzedaję kosmetyki online. A przynajmniej się staram. Wszystko, żeby stworzyć pozory aktywności i wpływu na tę sytuację. Negocjuję z bankiem. Negocjuję z właścicielem lokalu. Negocjuję z franczyzodawcą. Z wszystkimi o to samo - o odroczenie płatności. Jeśli nie otworzę salonu z końcem maja, będę musiała rozważyć ogłoszenie upadłości.

Nie mam oszczędności. Wszystkie wydałam na start nowego biznesu. Mój mąż wciąż pracuje, ale i u niego w firmie zaczynają się cięcia wynagrodzeń. Przynajmniej mamy jeszcze za co kupić jedzenie i możemy opłacić czynsz za mieszkanie, które też jest na kredyt. Boję się tego, co będzie dalej.   

Najgorsze jest to, że musiałam rozstać się z ludźmi. Na stałe współpracowałam z pięcioma osobami. Wszystkie straciły możliwość zarabiania. Na stałe zatrudniałam trzy osoby. Jedna dziewczyna jest na zwolnieniu lekarskim. Pensję wypłacę jej z własnej kieszeni. Moja główna kosmetolożka zgodziła się podpisać aneks do umowy. Chwilowo zmieniłyśmy zakres jej obowiązków i o połowę zmniejszyłyśmy pensję.

Dziś rano zwolniłam dziewczynę. Odkładałam tę decyzję, bo nie chciałam zostawiać jej na lodzie, ale nie mam z czego płacić ludziom. Nie odważyłam się do niej zadzwonić. Bałam się, że będę musiała się tłumaczyć, a nie chcę. Ja nie mam wyboru. Wysłałam jej esemesa, że musimy rozwiązać umowę ze względu na to, co się dzieje. Zaproponowałam prowizję od sprzedanych kosmetyków. Odpisała tylko, że jestem nieuczciwa. Boli mnie to.

Zaczynają się czasy, kiedy przestajemy być dla siebie mili i sympatyczni. Pracodawcy są tymi złymi, a pracownicy poszkodowanymi. A każdy ma jakieś zobowiązania. Każdy chce żyć. Zawsze starłam się być fair wobec ludzi, a teraz muszę mierzyć się z etykietką tej, która rujnuje komuś życie. To jest w tym wszystkim dla mnie najtrudniejsze.

Maria, Ukrainka, od 13 lat w Polsce

Pracy w zasadzie nie mam od 11 marca, kiedy ogłoszono zamknięcie szkół, przedszkoli i żłobków. Ludzie przestali pracować, siedzą w domach i boją się gdziekolwiek wychodzić. Odwoływali sprzątanie ze strachu. Na początku, kiedy jeszcze kogoś nie było w domu, to szłam - ja albo córka, która też sprząta. Miałam nadzieję, że na święta ludzie powyjeżdżają i wtedy trochę zarobię, ale wszyscy zostają u siebie.  

Mieszkamy we troje - ja, córka i jej syn. Czynszu za marzec już nie zapłaciłyśmy, bo nie mamy z czego. A i tak nie jest wysoki, bo 1500 złotych, po znajomości. Właścicielka powiedziała, żebym się nie martwiła, że jakoś się dogadamy. Może więc nas nie wygonią, może jakoś przetrwamy. Ale im dłużej nie pracujemy, tym większe mamy zaległości.

Z tego, co słyszę, koleżanki też są dobrze traktowane. Właściciele liczą tylko za sam czynsz i zużycie wody. Wydaje mi się, że nikt nikogo nie wyrzuci. Każdy rozumie, jaka jest sytuacja, że ludzie nie pracują. Sama wyżyłabym za 300 złotych miesięcznie, na kaszy, ale jest dziecko. Trzeba mu kupić owoce, warzywa, a to kosztuje.

Teraz wspierają nas znajomi Polacy. Dziś ktoś mi przelał 300 złotych, w zeszłym tygodniu inna osoba 400. Bardzo to miłe. Nie wiem, czy będą chcieli, żebym to odpracowała. Zobaczymy. Nie wiem też, ile taka pomoc będzie trwać, bo im samym też mogą skończyć się pieniądze. Na razie biorę, bo jest bieda. Potem jakoś się z nimi rozliczę, przynajmniej częściowo. Tak bym wolała. Nie chcę, żeby mi za darmo dawali pieniądze.

Podchodzę do tego wszystkiego na spokojnie. Jak słyszę, co się dzieje na Ukrainie, to cieszę się, że tu zostałam. Koleżanka mówiła, że w przyszłym miesiącu nie wie, za co chleb kupi. Pracy nie ma. Mam na Ukrainie salon fryzjerski. Kiedyś sama strzygłam, a jak wyjechałam do Polski, to wynajęłam dziewczynom. Teraz wszystkie w domach siedzą, zakład zamknięty. Kolega, który ma pozwolenie na pracę w Polsce, nie może przyjechać, bo zamknęli ambasadę, a on nie zdążył odebrać paszportu. A wiza leci. Będę dramaty tam u nas, na Ukrainie.

Marzena Śliwecka, Maszka Fryzjer

Marzena ŚliweckaMarzena Śliwecka Marzena Śliwecka

Z dnia na dzień wszystko zostało odcięte grubą kreską. Ostatnią klientkę przyjęłam na strzyżenie we wtorek, 31 marca. Oglądałyśmy razem wiadomości, w których premier zapowiedział zamknięcie salonów kosmetycznych i fryzjerskich. To jest ponad 130 tys. lokali. Śmiałyśmy się, że udało jej się obciąć włosy ostatnim rzutem na taśmę. Ta kobieta ma chorobę autoimmunologiczną, więc jest w grupie ryzyka. Zapytałam ją, czy się nie boi. A ona powiedziała, że chce wspierać tych, którym zaraz będzie najtrudniej, a więc i mnie. Wzruszyłam się.

Klienci piszą, że tęsknią. Nie tylko za pofarbowaniem odrostów, ale i za wspólnym wypiciem kawy i rozmową. Dają mi też znać, że jak tylko skończy się ten cały koszmar, to wrócą. Nie chcą, żebym się martwiła. Podtrzymują w ten sposób na duchu. Mój salon nie pracuje na pełnych obrotach od czterech tygodni. Kiedy pojawiły się pierwsze przypadki zakażenia w Polsce, wizyty odwołało 80 proc. klientów. Sama też niektórym odmawiałam, kiedy słyszałam, że właśnie wrócili z ferii we Włoszech albo wakacji w Azji. Byli tacy, którzy otwarcie oświadczali, że są na kwarantannie w domu, więc mają czas wpaść na strzyżenie. Nie zgadzałam się. Nie za cenę ryzykowania zdrowia własnego i klientów.

Pracowałam, dopóki mogłam, żeby przygotować się na czas, kiedy wszystko stanie. Jestem w o tyle dobrej sytuacji, że już nie wynajmuję lokalu od miasta. Kupiłam na kredyt własne miejsce. Plus tej sytuacji jest taki, że kredyt można starać się zawiesić. Czynszu się nie da. Złożyłam pismo do banku z prośbą o tymczasowe zawieszenie rat. Czekam na odpowiedź już ponad dwa tygodnie. Nastroje wśród znajomych z branży są różne. Raz wybrzmiewają optymistyczne głosy, że wszystko będzie dobrze, za chwilę dopada kompletne załamanie. Mnie pociesza fakt, że kiedy epidemia minie, będę mogła wrócić do pracy. Tym bardziej że mam swoich stałych klientów. Ale co mają zrobić ci, którzy byli na etatach i zostali zwolnieni? Niektórym pensje obcięto o 50 proc., co i tak wydaje się szczęściem. Dla mojej branży ta epidemia to dramat.

Znajomi piszą, żebym poradziła im, jak obciąć włosy domowym sposobem, jednocześnie nie robiąc na głowie całkowitego spustoszenia. Nagrywam im filmiki instruktażowe, jak krok po kroku się ostrzyc. Doradzam też klientkom, czym i jak mogą w domu farbować odrosty. Robię to dla przyjemności, bo nie da się zarabiać jako fryzjerka online. Jeśli rząd nas nie wesprze, to nie wiem, co będzie. Chyba ogłoszę upadłość i pójdę pracować do Biedronki na kasie, żeby mieć już nie na kredyt, ale na jedzenie.

Oszczędności starczą mi do czerwca, może lipca. To, że je mam, to szczęście w nieszczęściu. W ostatnim czasie cały czas inwestowałam - w szkolenia, sprzęt, więc wydawałam. Oszczędzałam tylko na ślub, który miał się odbyć w czerwcu. Ślubu, oczywiście, nie będzie, ale przynajmniej mam na spłaty kliku rat, jeśli bank dalej będzie milczał, a rząd nie poda mi prawdziwie pomocnej ręki.

Magda, opiekunka w żłobku

W styczniu zaczęłam pracę w żłobku. Podpisałam umowę na trzy miesiące z możliwością przedłużenia na rok. Dobrze mi szło, tak czułam. Poza tym dyrektorka mówiła, że widzi zmianę w zachowaniu dzieci i podobają jej się moje pomysły. Pod koniec lutego powiedziała, że chce ze mną przedłużyć kontrakt na kolejny rok.

A potem przyszedł 11 marca. Premier Morawiecki ogłosił zamknięcie wszystkich placówek edukacyjnych, kin, muzeów, przedszkoli i żłobków. Wiedziałam, że to koniec. Że nikt nie przedłuży ze mną umowy, bo będą zwalniać. Każdy pracodawca chce utrzymać swój biznes, ja to rozumiem. Najłatwiej pozbyć się pracownika, który ma umowę na czas określony. Dyrektorka zadzwoniła do mnie w ostatnich dniach marca. Powiedziała, że bardzo jej przykro i że kiedy sytuacja wróci do normy, będzie wnioskować w zarządzie o przywrócenie mnie do pracy.

Siedzę dziś cały dzień przy komputerze. Mam ściśnięte gardło. Co półtorej godziny sprawdzam konto w banku, czy przyszedł już przelew za marzec, moja ostatnia pensja. Oszczędności? Jakieś mam, starczą do czerwca, może do lipca. Mieszkam u rodziców, więc odchodzi konieczność płacenia właścicielowi za wynajem. A właśnie planowałam wyprowadzkę na swoje. Może dobrze się stało, że się nie spieszyłam? Mama utrzymuje się z emerytury, tata nie ma pracy. Od września też będzie dostawać emeryturę. Składamy się na czynsz, rachunki i jedzenie. Wcześniej jadłam w żłobkowej stołówce, więc ten koszt odchodził. Teraz musi się znaleźć na to budżet. Razem to udźwigniemy. Taką mam nadzieję.

Od 1 kwietnia jestem bezrobotna. To nie pierwszy raz w życiu, więc znam ten stan i wszystkie etapy emocjonalne, które dopadają człowieka. Pierwszy miesiąc jest nawet przyjemny, bo człowiek odpoczywa. Potem jest co raz gorzej. Przychodzi marazm i otępienie. A potem depresja. Nie widzisz sensu, żeby wyjść z domu. Nie masz siły szukać pracy, choć to jej najbardziej potrzebujesz. Po prostu coś się w tobie zapada.

Mimo to staram się optymistycznie patrzeć w przyszłość. Mam nadzieję, że ta cała sytuacja skończy się w czerwcu i wrócę do pracy. Staram się produktywnie spędzać dni. Uczę się codziennie angielskiego, żeby w przyszłości moje CV wyglądało lepiej wśród konkurencji, która pewnie będzie duża. Sporo czytam. Dziś sięgnęłam po książkę "Imperium małych piekieł" o II wojnie światowej. Opowiada o eksperymentach na więźniach. Nie jest to optymistyczna lektura, ale przypomina mi, że trzeba się wziąć w garść i że kiedyś ludzie przechodzili przez gorsze rzeczy i musieli żyć. To pomaga mi nie popadać w panikę.

W ostatnią sobotę przyszedł pierwszy kryzys. Na szczęścia trwał tylko jeden dzień. Czułam się bezsilna, totalnie załamana. Zdaję sobie sprawę, że jeśli ta sytuacja będzie się przedłużać, to nie tylko mój stan psychiczny będzie się pogarszać. To dotknie wielu ludzi. Czytam codziennie rubryki gospodarcze w gazetach. Rzeczywistość jest taka, że wielu osobom będzie trudno wrócić do pracy. Myślę już nawet o tym, żeby się przekwalifikować, ale bez doświadczenia w innej branży trudno jest wejść na rynek. Codziennie przeglądam oferty pracy, czy pojawia się coś nowego. Najświeższe ogłoszenia są sprzed dwóch tygodni.

Nina Harbuz - dziennikarka i psychoterapeutka psychodynamiczna. Była wolontariuszką w hospicjum onkologicznym, Centrum Praw Kobiet i Fundacji "Nagle Sami". Obecnie związana z Centrum Psychoterapii HELP. Przez 10 lat pracowała w Polskim Radiu, gdzie prowadziła audycje o popkulturze i psychologii. Publikowała m.in. w "National Geographic Traveler", "Magazynie Coaching", "Vogue'u", "Przekroju" i "Wysokich Obcasach". Absolwentka gender studies w PAN. Dwukrotnie nominowana do nagrody Newsweeka im. Teresy Torańskiej.

Zobacz wideo Te sposoby nie pomogą w walce z koronawirusem
Weź udział w dyskusji:
"Dziś rano zwolniłam dziewczynę. Nie mam z czego płacić ludziom. Nie odważyłam się do niej zadzwonić" [ÓSMY DZIEŃ MIESIĄCA]
Aby skomentować ten i inne artykuły zapraszamy na forum.gazeta.pl