Trafiłam do szpitala po odpłynięciu wód płodowych 31 grudnia 1998 r. o 8 rano. Mąż szedł ze mną tylko do drzwi oddziału. Tam kazano nam się pożegnać. Było mi przykro, że nie mógł być ze mną. Na sali porodowej podłączono mnie do KTG. Leżałam i patrzyłam na zegar naprzeciwko. Zbadał mnie lekarz - powiedział tylko, że to jeszcze potrwa, i poszedł. Zostałam sama. Chciało mi się płakać.
Przyprowadzili następną kobietę, która urodziła w ciągu 30 minut. I tak jeszcze cztery kobiety urodziły, a ja dalej leżałam. Zbadała mnie położna i podłączyła kroplówkę. Bałam się, że coś jest nie tak. Płakałam i prosiłam Boga, żeby to już się skończyło. Gdy kroplówka spłynęła, znów mnie zbadano i znów nie było postępu. Lekarz kazał mi przejść na oddział ginekologiczny. Była godz. 17. Wreszcie wstałam. Wszystko mnie bolało, ale cieszyłam się, że wstałam z twardego fotela. Zadzwoniłam do męża i po godzinie byliśmy razem. Zawołano mnie na salę na KTG. Mąż poszedł ze mną, ale już nie mogliśmy swobodnie rozmawiać. Czułam się coraz gorzej. W końcu kazałam mu jechać do domu. Wzięłam prysznic, znów popłakałam. Około północy bóle się nasiliły. Myślałam, że to już niedługo, ale się myliłam. Całą noc przechodziłam z bólami. Położne mówiły, że tak musi być. Zbadano mnie o 4 nad ranem. Z ulicy dochodziły śpiewy ludzi wracających z balów. Znów powiedziano, że jeszcze czas, a ja z bólu chodziłam po ścianach. Ok. godz. 10 rano znów znalazłam się na sali porodowej. Rozwarcie nie postępowało, ból się nasilał. Lekarz kazał podać kroplówkę. Powiedziałam, że nie mam już siły, że źle się czuję, a on na to, że nie ja pierwsza i nie ostatnia.
Zaczęło zanikać tętno dziecka. Byłam wyczerpana, obolała, głodna, chciało mi się pić. Położna nakrzyczała na mnie, że panikuję. A ja po prostu się bałam. To była druga ciąża. Pierwsza była martwa. W 13. tygodniu miałam usuwany płód. Przyszedł lekarz, zbadał i kazał podać czopek, ale nie wiem jaki, i zastrzyk. Zwołał położne, przyniosły jakieś narzędzia. Była 17, zaczęli uciskać mi brzuch. Biegali jak opętani. Lekarz kazał przeć. Potem wyciągnął dziecko jakimś metalowym narzędziem. Urodziłam chłopca. Miał objawy niedotlenienia. Dostał 6 pkt. w skali Apgar, dopiero po pięciu minutach - 9. Nie pokazano mi dziecka. Zabrano do inkubatora. Zobaczyłam go dopiero następnego dnia. Dostawał zastrzyki, bo miał zachłystowe zapalenie płuc. Ja też dostawałam cztery razy na dobę zastrzyki, bo miałam zakażenie poporodowe.
Spędziliśmy w szpitalu dziewięć dni. Dziś synek ma półtora roku, ciągle choruje na oskrzela. Jest ciągle na antybiotykach i lekach odczulających. A wcale tak nie musiało być, gdyby wcześniej się nami zainteresowano.
Nazwisko znane redakcji