Zwyczaj zabierania restauracyjnych resztek do domu

Coraz chętniej jadamy w restauracjach, chętnie też przejmujemy zwyczaje z Zachodu. Jednak nie wszystkie: okazuje się, że narodowy wstyd zabrania nam zabrania do domu resztek potrawy z restauracyjnego talerza

Anna Jones razem z mamą prowadzi od dwóch lat włoską restaurację Bacio przy Wilczej. W Bacio panuje luźna atmosfera. Właścicielki osobiście doglądają gości, pytają, czy im smakuje. Ledwo skubnięta przez klienta porcja budzi ich obawy. - Pytamy, czy nie smakowało. I często proponujemy, że zapakujemy potrawę na wynos. Oczywiście wszystko zależy od sytuacji. Nigdy nie zaproponowalibyśmy czegoś takiego uczestnikom spotkania biznesowego - opowiada Anna Jones.

Wstydliwi Polacy

Pani Anna wychowała się w Kanadzie. Doskonale pamięta zwane z angielska doggy bag, czyli specjalne torebki, do których resztki potraw pakowane są przez kelnerów. - Po angielsku doggy bag to torebka dla psa, ale tak naprawdę to wszyscy wiedzą, o co chodzi. Nikt nie zabiera tych resztek dla psa, ale po to, by je samemu zjeść w domu - wyjaśnia Anna Jones.

Jej zdaniem Polacy wstydzą się zabierania takich resztek. Co innego cudzoziemcy - np. ostatnio w Bacio stołowali się angielscy nauczyciele. Wszystkie panie zażądały zapakowania resztek makaronu do styropianowych pojemników.

Wyluzowani Kanadyjczycy

W wyluzowanej Kanadzie w doggy bag specjalizują się sieci restauracji rodzinnych, np. sieć Olive Garden. W ekskluzywnych miejscach Kanadadyjczycy, podobnie jak Polacy, o pakowanie resztek jednak nie proszą. - Nic dziwnego, w drogich miejscach porcje są tak małe, że goście zmiatają je do czysta - śmieje się Anna Jones.

W warszawskiej restauracji San Lorenzo na Jana Pawła panuje atmosfera takiej wykwintnej restauracji. Jeden rzut oka potwierdza przeczucie, że jest tu drożej niż w innych lokalach. Można się tu np. delektować winem, którego butelka kosztuje kilkaset złotych i wymyślnymi potrawami (przykładem linguine z homarem), których ceny kilkunastokrotnie przewyższają ceny potraw z fast foodu.

- Jeśli ktoś w połowie dania zakończy konsumpcję, to pytamy, czy potrawa była niesmaczna. Ale nigdy w życiu nasz kelner nie zaproponowałby zapakowania resztek. To nie wypada - podkreśla Roman Piechnik, menedżer St. Lorenzo. Dodaje, że tylko kilkakrotnie widział w San Lorenzo, jak goście prosili o zapakowanie potraw, których nie zdołali zjeść. - Raz było to na żądanie dziecka - przypomina sobie Roman Piechnik. Przyznaje jednak, że to dość naturalne, gdy klient chce zabrać część dania, za które zapłacił.

Niechętni Włosi

Ostatnio Polacy jakby mniej się wstydzą proszenia o doggy bag. - Sami proponujemy, że zapakujemy resztki dania na wynos. Pierwszy raz obie strony się trochę krępują, ale potem jest już łatwo. Okazuje się, że to wcale nie jest taki dziwny zwyczaj - opowiada Bożena Busalacchi, która z rodziną prowadzi pizzerię Non Solo na Ochocie. Dodaje, że we Włoszech zwyczaj ten nie jest popularny, bo Włosi nie tolerują odgrzewanych dań.