Nagrodzona odpowiedź

Moje ulubione dżemy to właściwie coś w rodzaju powideł - ze śliwek (koniecznie prawdziwych, dojrzałych węgierek) lub moreli. Wypestkowane owoce kładę na blasze i długo prażę w piekarniku na małym ogniu, czasem mieszając. Robię to przez kilka godzin dziennie przez kilka dni. Pod koniec dodaję trochę cukru, bo jak się doda na początku, to puszczą sok i potem go trudno odparować.

Lubię też dżem borówkowo-gruszkowy. Tyle że dodaję dużo więcej gruszek, niż zwykło się stosować do borówek "do mięsa".

Ponieważ nie pytacie o konfitury, korzystając z okazji, powiem, że w mojej rodzinie krąży opowieść o jakiejś prababci, która robiła konfitury z czerwonych porzeczek, drylując je szpilką do włosów. Porzeczki pestek nie miały, ale nadal były przyczepione do swych ogonków w gronkach i tak spreparowane tkwiły w zalewie. Ja jednak wolę konfitury z agrestu, wiśni i truskawek. Truskawek nie smażę, najpierw zasypuję je cukrem (1kg owoców na 1 kg cukru, jak to w konfiturach) i odstawiam do lodówki. Drugiego dnia zlewam powstały sok, zagotowuję i wrzącym zalewam truskawki. Po schłodzeniu znów do lodówki i tak przez dziewięć dni, a dziesiątego truskawki przekładam do wyprażonych słoików i zalewam je gorącym sokiem już w słoikach, zamykając wygotowanymi pokrywkami. Są świetne - miękkie i aromatyczne. Wiśnie i agrest smażę standardowo, ale wiśnie dryluję (automatem), a agrest (zielony - w czerwcu) dryluję po obcięciu ogonków dość szczególnym przyrządem - szpatułką do wycinania skórek przy paznokciach. Tak przygotowany agrest trzeba najpierw obgotować (na małym ogniu), dodając liście wiśni, potem smażyć na malutkim ogniu (również z dodatkiem liści) po kilka godzin kilka dziennie, aż będą szkliste. Pychota, szczególnie zimą lub do mazurka królewskiego. Te przepisy znam z "Życia Warszawy" sprzed 30 lat.