Listy do redakcji

Listy do redakcji

List tygodnia

"Cała Polska czyta dzieciom" - kapitalna akcja! Rozpoczęła się akurat wtedy, kiedy urodziłam pierwsze dziecko. Pomyślałam sobie: jak ja będę czytała bajki swojemu synkowi? Nic z nich nie zrozumie. Jestem dyslektyczką (nie potrafię płynnie czytać, natomiast pisownia nie sprawia mi trudności, piszę bezbłędnie). Moje dukanie ani jemu, ani mnie nie sprawi radości. Co gorsza, o mojej tajemnicy dowie się mąż. Przez nią nie poszłam na studia, bojąc się kolejnego ośmieszenia. W liceum, które skończyłam dziesięć lat temu, byłam jedyną dukającą osobą w klasie. Nie potrafiłam poprawnie przeczytać jednego zdania. Ostatnio zorganizowałam spotkanie "Dziesięć lat po maturze" i zastanawiałam się, jak mnie ta klasa pamięta...

Kiedy mój syn miał dwa miesiące, wzięłam do ręki bajki Sempé i Goscinnego "Mikołajek i inne chłopaki" (mój syn ma na imię Mikołaj) i zaczęłam mu na głos czytać.

Byliśmy sami, nie musiałam się obawiać, że ktoś mnie usłyszy. Słuchał tylko mały Mikołaj. Od tego dnia czytam mu codziennie. Ma teraz dziewięć miesięcy. Moja dysleksja w cudowny sposób ustąpiła. Czytam coraz płynniej i ładniej. Więcej i szybciej. Dla Mikołaja i męża. I nie wstydzę się.

Polubiłam czytanie! Nie żebym go kiedyś nienawidziła. Po prostu trudność czytania przeszkadzała mi w życiu. Wstydziłam się tego. Uwierzyłam w siebie! A więc można się z tego wyleczyć! Dyslektycy! Nie wstydźcie się czytać! W końcu uda się przeczytać płynnie całą książkę.

Ania

Tutaj lekarz jest bogiem

Poruszył mnie do głębi list prof. Chazana (nr 145), komentarz do artykułu "Tutaj lekarz jest bogiem". Jestem psychiatrą, zajmuję się psychoterapią zaburzeń nerwicowych, depresji. Jestem też matką dwojga nastolatków. Byłoby ich troje, gdybym nie zdecydowała się na aborcję.

To było dawno, ale zapomnieć się nie da. I niech mi żaden mężczyzna, nawet najbardziej utytułowany, nie próbuje wmawiać, że taka decyzja to pójście na łatwiznę, ucieczka przed odpowiedzialnością. Sama ją podjęłam, bo mój partner nie był zdolny do jakiejkolwiek. Przeżyłam tamten koszmar i depresję będącą jego następstwem. Kilkanaście lat zajęło mi pozbieranie się po tym. Wybaczyłam sobie, bo zrozumiałam wreszcie, że Bóg dawno mi wybaczył. Wiem, że w tamtym momencie życia innej decyzji podjąć nie potrafiłam.

Zrozumiałam też, że aby tamta tragedia, moja i mojego nienarodzonego dziecka, nie poszła na marne, muszę z niej wyciągnąć wnioski. Wyciągnęłam dwa: nigdy żadnej kobiety do aborcji namawiać nie będę. Żadnej też nie będę potępiać, jeśli zdecyduje się na taki krok.

Czasem myślę, że ta historia przytrafiła mi się nie przypadkiem, bo główną moją motywacją przy wyborze studiów medycznych była... ochrona życia nienarodzonych. Miałam być położnikiem, który nigdy nie będzie dokonywał aborcji. Życie nauczyło mnie w tak okrutny sposób pokory. Staram się nie używać słów "zawsze" lub "nigdy". Więcej we mnie wyrozumiałości i miłości dla "niedoskonałych" ludzi. A może, jak twierdzi prof. Chazan, nieświadomie chcę zrzucić z siebie odpowiedzialność?

Wróćmy jednak do listu profesora. Ileż w nim cynizmu, niechęci do kobiet i do ludzi w ogóle. Przeraziła mnie surowość, z jaką odnosi się do ludzi dotkniętych dramatem posiadania dziecka niepełnosprawnego. Ciśnie mi się na usta pytanie: ile takich dzieci pan profesor wychował osobiście? Niewiele, skoro zrobił karierę naukową. Łatwo jest wymachiwać sztandarem wielkiego obrońcy życia, jeśli nie ponosi się żadnej osobistej odpowiedzialności. Nie wierzę też w tylko "zbożne" intencje kolegów ginekologów, którzy odmawiają wykonania zabiegów, nawet gdy pacjentka ma wszelkie pozwolenia. Najczęściej to tylko zwykłe wygodnictwo.

Zdumiało mnie stwierdzenie: "Autorka artykułu tworzy nową wiedzę medyczną, sprzeczną z podręcznikami. (...) Sugeruje, że niektóre choroby wykluczają macierzyństwo, że ciąża ma stwarzać zagrożenie dla zdrowia i życia kobiet". Czy pan profesor sugeruje, że nie ma takich chorób, przy których ciąża może nieść ryzyko przynajmniej istotnego pogorszenia zdrowia, jeśli nie utraty życia? Najprostszym przykładem może być nowotwór, leczenie którego przy ciąży jest niemożliwe. Podziwiam kobiety, które decydują się na urodzenia dziecka w takich sytuacjach, ale rozumiem też te, które nie mają odwagi podjąć takiego wyzwania. A całe mnóstwo chorób układu krążenia, a niewydolność nerek, wątroby etc.? I kobiety mają prawo to wiedzieć, aby świadomie podejmować decyzję o macierzyństwie.

Dotyka mnie też ton, w jakim profesor pisze o kobietach. Mam wrażenie, że dla pana profesora jedynym uzasadnieniem istnienia kobiet na tym świecie jest ich zdolność do rodzenia dzieci. Bycie matką to cudowne doświadczenie. Ale macierzyństwo jest tylko jedną z licznych moich życiowych ról. Nie chciałabym być nigdy pacjentką prof. Chazana, bo mam wrażenie, że mogłabym liczyć na jego rzetelną opiekę i życzliwość tylko wtedy, gdybym spełniała jego wizję bohaterskiej Matki Polki.

Insynuacje, że kobiety proszące o skierowanie na badania prenatalne, czyli "inwazyjną procedurę", chcą "świadomie lub nieświadomie zrzucić z siebie trochę odpowiedzialności za to, że... narażają na utratę życia swoje najczęściej zupełnie zdrowe dziecko", są podłe, cyniczne i świadczą o tym, że pan profesor zalicza się do grona kompletnych "bezczujów". "Bezczuj", choćby nie wiem jaką ilością tytułów się legitymował, nie powinien wykonywać zawodu lekarza, bo jedną z podstawowych umiejętności, jaką musi posiadać każdy lekarz, jest umiejętność współczucia, czyli współodczuwania.

Czytelniczka

Życie zamiast

Rozmawiałam dziś długo przez telefon z moim chłopakiem. Stwierdził, że przegadaliśmy właśnie cały odcinek "M jak miłość". Jego zmagająca się z nowotworem mama, do niedawna bardzo zapracowana i aktywna, spędza całe dnie w domu, oglądając, jeden za drugim, seriale. To one wyznaczają rytm dnia, co doprowadza mojego chłopaka do wściekłości i rozpaczy.

To cichy dramat wielu domów - ludzie, zwłaszcza kobiety, porzucają własne życie, zanurzając się w cudzym, serialowym, z którym ich własne nie może konkurować - brakuje uczuć, zdrowia, happy endów. Do własnego życia trudno się zabrać ze strachu przed pustką, którą można odkryć. Łatwiej zalepiać dziury cudzymi lukrowanymi namiętnościami i żyć problemami ekranowych bohaterów, niż rozwiązywać własne lub chociaż chcieć je zobaczyć i przyjąć pomoc.

Ania

Czego mam uczyć?

Jestem nauczycielką polskiego w gimnazjum, w niewielkim miasteczku pod Rzeszowem. Nie będę użalać się na status materialny nauczycieli. Mnie dręczy coś innego - jak uczyć?! Jak mogę rozmawiać z uczniami o patriotyzmie i mówić im o miłości do ojczyzny, gdy z tą miłością na ustach politycy zabiegają o wypchanie własnych kieszeni? Jak mogę mówić o bezinteresowności, wrażliwości, gdy najlepiej potrafią funkcjonować dziś ludzie pozbawieni skrupułów?

Jak mogę uczyć o poszanowaniu prawa, gdy wciąż się słyszy o skorumpowanych sędziach, policjantach? Jak mogę tłumaczyć moim wychowankom, że muszą się uczyć, by zdać maturę, ukończyć studia, zdobyć dobry zawód, gdy w Polsce są już ponad 3 mln bezrobotnych? A wśród nich ludzie z wyższym wykształceniem?

Założyliśmy w naszej szkole, mimo wszystko, Szkolne Koło Caritas - odwiedzamy chorych, pomagamy biednym i opuszczonym... Uczymy więc altruizmu i wrażliwości na cudze cierpienie, ale zastanawiam się wciąż, czy tacy moi wychowankowie nie oberwą kiedyś od życia po głowie?

Nauczycielka

Moje wysokie obcasy

Ostatnio obsesyjnie myślę o wysokich obcasach. Wyjęłam z pawlacza przy okazji porządków kilka par zamszowych "cielaków". Wygodne, noszone do spodni, spódnic i kostiumów. Do wszystkiego przez ostatnich kilkanaście lat. Miałam ochotę wyrzucić wszystkie i choć przez jeden sezon stanąć na "magicznych kilkunastu centymetrach kobiecości". Ale jak tu utrzymać się na takich szczudłach, pchając wózek i ciągnąc za sobą trzech dżentelmenów poniżej 134 cm, i siatki pełne jogurcików, soczków?!

Patrzę na kobiety, które stukają pantofelkami, goniąc do pracy, i myślę, że nie zdają sobie sprawy, jak bardzo my, "płaskobute" mamusie, zazdrościmy im przywileju codziennego wkładania obcasów. Wzdychając przed witrynami z coraz doskonalszymi "obiektami mojego pożądania", poprzestaję na kupieniu w kiosku "Gazety Wyborczej" z "Wysokimi Obcasami", a w tych płaskich butach jest mi przynajmniej wygodnie...

Grażyna

Zupełnie jak ojciec

Ten list piszę ku przestrodze dziewczynom, którym tak jak mnie brakuje miłości i ojcowskiego ciepła. Poznałam go parę miesięcy temu. Był wysoki, przystojny i inteligentny. Zupełnie jak mój ojciec, który odszedł od nas dziesięć lat temu.

Choć Marek miał 30 lat, mogłam z nim o wszystkim porozmawiać jak z najlepszym przyjacielem. Niestety, przyjaźń zaczęła się przeradzać w miłość. Niestety, bo on miał żonę i dziecko. Potajemne spotkania były ekscytujące, a miłość pogłębiała się z dnia na dzień. Przy nim czułam się bezpiecznie. Jak przy ojcu...

Ale kiedy się okazało, że na świat ma przyjść jego następne dziecko, coś między nami pękło. Przestał nawet dzwonić. Dotarło do mnie, że byłam tylko ubarwieniem jego szarego, codziennego życia. Odszedł, tak jak odszedł mój ojciec. Przez niego bardzo cierpię, ale będę silna i dam sobie radę. W końcu mam już 16 lat...

Martyna