Czary i miłość

"U nas w wilię św. Jana niewiasty ognie paliły, tańcowano i śpiewano, diabłu cześć i modły czyniąc; tego obyczaju pogańskiego do tych czasów w Polsce nie chcą opuszczać" - narzekał w 1562 r. wielebny kanonik sandomierski Marcin z Urzędowa

Czary i miłość

"U nas w wilię św. Jana niewiasty ognie paliły, tańcowano i śpiewano, diabłu cześć i modły czyniąc; tego obyczaju pogańskiego do tych czasów w Polsce nie chcą opuszczać" - narzekał w 1562 r. wielebny kanonik sandomierski Marcin z Urzędowa

Nie były to ani pierwsze, ani ostatnie gromy, jakie rzucano w pismach i z kościelnych ambon na rzekomych czcicieli diabła. W książce do nabożeństwa wydanej w 1771 r. autor, niejaki ksiądz Krajewski, wśród ciężkich grzechów wymienia następujący: "W wigilię Świątek Zielonych, jako i w wigilię św. Jana Chrzciciela palenie ogniów, gromadzenie młodzi płci obojej, przez ogień skakanie, mające zabytki pogaństwa".

Podobnie pisano i w następnym stuleciu, ale mieszkańcy mazowieckich i podlaskich wsi nie chcieli się wyrzec przedchrześcijańskiego święta, obchodzonego w najkrótszą noc roku, odziedziczonego po dziadach, pradziadach i jeszcze odleglejszych przodkach. A ci przodkowie byli dobrymi obserwatorami przyrody i mieli przy tym bujną wyobraźnię. Od wieków obserwowali wędrówki Słońca po nieboskłonie, czcili je i szanowali, uroczyście świętowali czas przesileń astronomicznych. Kiedy nadszedł

czas przesilenia letniego

Słońce osiągnęło najwyższy punkt na niebie, dzień jest najdłuższy, noc najkrótsza. Od tej chwili będzie jej znów przybywać. Dojrzewa zboże, zbliżają się żniwa. Roślinom bardziej niż wilgoć potrzebne jest słońce. Pora pożegnać i odpędzić niepotrzebne już demony władające wodami. Można to zrobić za pomocą ognia, który odpędza wszystko co złe, ogrzewa i daje moc.

Może mniemano tak, może trochę inaczej. Zapewne nigdy nie zgłębimy do końca tajemnicy sobótek, tego najbardziej zagadkowego święta ludowego, wyłaniającego się ze świata zaginionych wiar, pojęć i wyobrażeń.

Możemy tylko przypatrzeć się pozostałym okruchom tego święta, które - gromione niegdyś przez kaznodziejów - schroniło się w końcu pod szatę jednego z wielkich patronów Kościoła. Sobótkowa noc

to pora dziwów i cudów

W tę noc wszystko jest możliwe. Nawet to, że gdzieś na pograniczu Mazowsza i Podlasia będziemy świadkami kupalnockowych uroczystości.

Wstaje dzień. Na wschodzie, hen za lasami nad Narwią czy Bugiem pojawia się czerwona tarcza słońca. Tego momentu (a także zachodu) nie wolno przegapić, bo w wigilię św. Jana słonko zachowuje się inaczej niż zwykle: buja się, igra, trzy razy wyskakuje do góry. Gospodynie wtykają pędy bylicy i liście łopianu w strzechy chat, co ma chronić przed wszelkim złem, a zwłaszcza przed szkodliwą działalnością czarownic.

Bo trzeba wiedzieć, że właśnie w wigilię św. Jana czarownice są szczególnie złośliwe i chciwe na mleko cudzych krów. Taka czarownica (a jest nią któraś ze starych kobiet we wsi) wychodzi na śródpolne miedze, zrywa ziele zwane podróżnikiem i mówi: "Biorę pożytek, ale nie wysytek". Dzięki temu zabiegowi może ciągnąć mleko z końskiej uzdy, gdy tymczasem krowy jej sąsiadek ledwie się doją.

Ale na wszystko jest rada. Trzeba wziąć końską podkowę, upalić ją do czerwoności, położyć na progu obory i polać mlekiem zaczarowanej krowy, a wtedy czarownica poczuje ogień w ciele i zaprzestanie swoich piekielnych praktyk. Tak, piekielnych, bo wiadomo, że wszystkie wiedźmy to uczennice, a nawet

kochanki diabła

które w świętojańską noc wylatują kominami na Łysą Górę i tam, całkiem nagie, jeno w skopkach na głowach, tańcują z książętami ciemności.

Wysłuchawszy tych opowieści, idziemy nad rzekę czy krzyżowe drogi, gdzie narychtowano już stos drewna lub wkopano w ziemię ściętą w lesie brzózkę obłożoną chrustem. Ktoś dudli na skrzypkach, ktoś inny krzesze iskry i po chwili strzelają w górę sobótkowe płomienie.

Kawalerowie skaczą przez ogień, a reszta zgromadzonych śpiewa pieśni, przeważnie miłosne. My poszukajmy raczej kwiatu paproci, który zakwita świętojańską nocą. Kwitnie wprawdzie tylko chwilę - zabłyśnie jak świetlik i zgaśnie - ale kto go znajdzie, ten zobaczy wszystkie skarby zakopane w ziemi, zdobędzie je i stanie się bogaty.

Na poszukiwaczy czyhają różne niebezpieczeństwa: bór szumi, jakby chciał się łamać, z ciemnych gąszczy

wyłażą złe duchy

w postaci ogromnych węży, ropuch i jaszczurek... Może więc lepiej nie ryzykować, poniechać wyprawy w leśne ostępy, zostać nad rzeką, gdzie dziewczęta wiją wianki z nawrotka, macierzanki i innych roślin, puszczają je na wodę i patrzą co się z nimi będzie działo. Jeśli wianek dobije do brzegu, to panna jeszcze w tym roku wyjdzie za mąż. Jeśli popłynie środkiem rzeki - dziewczyna będzie daremnie czekała cały rok na swatów. A jeśli utonie? Nie, o tym lepiej nie myśleć...

Pieją pierwsze koguty. Czarownice tracą swoją moc. Dogasa ognisko. Młode pary i poszukiwacze kwiatu paproci wracają z głębin lasu, ostatnie wianki spłynęły w dół rzeki. Kończy się krótka i gorąca sobótkowa noc.

Tomasz Chludziński, Gazeta Stołeczna z 1993/06/23