Panny w nurt wpatrzone, czyli Dzieje nocy czerwcowej

Od stuleci w noc świętojańską warszawiacy bawią się nad Wisłą. Nad brzegami palą się ognie, po rzece płyną wianki

Panny w nurt wpatrzone, czyli Dzieje nocy czerwcowej

Od stuleci w noc świętojańską warszawiacy bawią się nad Wisłą. Nad brzegami palą się ognie, po rzece płyną wianki

Sobótkę obchodzi się 23 lub 24 czerwca - wszystko zależy od tradycji, jaka obowiązuje w danej części Polski. W niektórych regionach panny puszczają wianki na wodę, w innych pali się tylko ogromne ogniska. Za to wszędzie w Noc Świętojańską szuka się kwiatu paproci.

Na południu Polski sobótkę łączy się zwykle z kościelnymi Zielonymi Świątkami. Nie puszcza się wtedy wianków, tylko pali ogniska. We wsiach na terenie Puszczy Kampinoskiej sobótkę świętuje się dzień poźniej, niż np. na Mazowszu - w nocy z 24 na 25 czerwca.

W podwarszawskich wsiach po raz ostatni puszczano wianki na początku XX stulecia, ale są etnografowie, którzy widzieli takie obrzędy jeszcze kilkanaście lat temu. W stolicy wianki i płonące beczki ze smołą "spontanicznie" puszczano jeszcze w latach 50. XX w. Później zajmowali się tym tylko przedstawiciele zespołów folklorystycznych.

Z kredą za strzygę

Nikt nie wie, od jak dawna świętuje się najkrótszą noc w roku. Zwyczaj ten znano na ziemiach dzisiejszej Polski, Niemiec i Rosji już w X wieku. Tajemnicze obrzędy zaczynały się po zmroku, wtedy to zapalano ogniska zwane sobótkami. W ogniu płonęły nieraz całe drzewa, które kawalerowie ścinali, gdy panny plotły wianki.

Później księża chcieli zastąpić sobótkę kościelną uroczystością świętego Jana. Nie pozwalali parafianom na pogańskie zabawy i puszczanie wianków. Wierni niezbyt przejmowali się zakazami proboszczów. Tej nocy bawili się przede wszystkim młodzi ludzie. Sobótka była znakomitą okazją do poznania przyszłej narzeczonej czy narzeczonego.

Tym bardziej że rodzice nie mieli czasu zbytnio pilnować dzieci. W tym czasie szukali kwiatu paproci zaopatrzeni w święconą kredę i różaniec, które chroniły przed wampirami, strzygami, dwugłowymi psami lub utopieniem w bagnie. Czerwony lub złoty kwiat rozkwitał punktualnie o północy. Ten kto go znalazł mógł przepowiadać przyszłość i widzieć ukryte w ziemi skarby. Ale szczęście trwało krótko. Kwiat zwykle wykradał leśny diabeł, który proponował zmęczonemu wieśniakowi, że pomoże mu zanieść cenne znalezisko do wsi.

Do miast obyczaj sobótki przeniosły cechy rzemieślnicze. W czasach Augusta III Sasa czeladnicy rozpalali ogniska na ulicach i próbowali przez nie skakać. Pożary wybuchały tak często, że Marszałek Wielki Koronny zabronił niebezpiecznych ekscesów najpierw w Warszawie, a potem w innych miastach. Mimo zakazu zwyczaj ten długo się utrzymał.

Cudowne właściwości nasięźarła

Natomiast młode dziewczyny szukały w dniu sobótki zioła zwanego nasięźarłem. Zapewniało ono pannie szalone powodzenie przez cały następny rok. Żeby jednak nasięźarł poskutkował należało go zawsze nosić przy sobie. Dla upewnienia się co do ewentualnego zamążpójścia panna rzucała wianek na drzewo lub do rzeki. Jeśli zatrzymał się na gałęziach lub popłynął z prądem, dziewczyna mogła już szykować wyprawę. Młode mężatki, które chciały mieć liczne potomstwo skakały przez płonące ogniska. Gospodarze opasywali się własnoręcznie zerwanymi łodygami bylicy, żeby przy żniwach nie łupało ich w krzyżu.

Więcej wianków niż panien

Tysiące krasnych dziewic świeże wianki splata,

Każda spieszy do brzegu w towarzyszek gronie,

Rzuca wieniec, ten spływa, a ten z wolna tonie,

Twarz blednieje za każdem poruszeniem wody,

Drży niepewność, nadzieja krasi znów jagody

Tak w 1821 r. widział wianki Kajetan Jaksa Marcinkowski. Chociaż współcześni uznali go za grafomana, ten fragment wiersza dobrze oddaje atmosferę panującą nad brzegiem Wisły w noc świętojańską.

Marzenia i umizgi

W wigilię św. Jana 1821 r. nad Wisłę ruszyły tłumy mieszkańców stolicy. Byli ulicznicy i stateczni mieszczanie. Widywano też osoby z arystokracji. Najwięcej zaś było kawalerów i panien.

To one plotły wianki. Wtykały w nie świeczki lub smolne kaganki i puszczały na wodę. Kto wykupił "blaszkę mostową", mógł obserwować zabawę z mostu łyżwowego.

"Około godziny ósmej wieczór ciężko było dotłoczyć się i do kupienia blaszki mostowej. Najwięcej wianków puszczono między ósmą i dziewiątą. Lecz wróżba dla panien wypadła w tym roku nie najpomyślniej. Prawie wszystkie wianki zostały na wodzie złapane przez chłopców niedorosłych, a młodzieńcom pomimo ich gorliwej chęci i zręczności nie udawał się tak szczęśliwie połów. Takie zdarzenie według dawnej tradycji dowodzi, że dziewice w tym dniu badające wyroków zostaną ostatecznie staremi pannami" - wieszczył nazajutrz dziennikarz "Kuriera Warszawskiego".

Dwa lata później dziennikarz "Kuriera" donosił o szczęściu pewnego kominiarczyka. Tak się zapatrzył we wdzięki pewnej panienki, że kiedy chciał pochwycić rzucony przez nią wianek, przechylił się z łyżwy mostowej i wpadł do Wisły, ale go natychmiast, wcale nie strwożonego, wydobyto. "Dwie odniósł przy tym korzyści, bo i wieniec schwytał, i opłukał się mimowolnie" - przekonywał "Kurier".

"Jedna panna ledwie nie zemdlała z rozpaczy, że rzucony przez nią wieniec nie mógł być ujęty przez zręcznych kawalerów, tylko pudel przywykły do aportowania wskoczył w wodę i uchwyciwszy wianek, przyniósł go na brzeg. Uspokoiła się jednak właścicielka wianka, gdy ją przekonano, że pies jest godłem wierności i że to zdarzenie wróży najszczęśliwsze powodzenia".

Smutniejszy epilog miały świętojańskie zabawy dla pewnej 18-letniej panny służebnej w 1825 r. Zabawiła nad brzegiem zbyt długo. Gdy nad ranem powróciła do domu, zastała drzwi zamknięte.

"Chciała otworzyć okno z korytarza, włożywszy rękę przez stłuczoną szybę, ale przewróciła się, a szkło przecięło jej rękę. Wszelki ratunek był niepodobny. Od utraty krwi żyć przestała" - informowano żądnych sensacji czytelników "Kuriera Warszawskiego".

- Już to dwunasty roczek jak puszczam mój wianek! Może przecież w trzynastym zdarzy się kochanek - kartkę z takim wierszykiem przyczepiła do wianka jedna z mieszkanek Warszawy w noc świętojańską 24 czerwca 1834 roku. Kawaler, który wyłowił wianek z Wisły, zaniósł kartkę do redakcji "Kuriera Warszawskiego". "Na wczorajszej wiankowej przechadzce znajdowała się piąta część mieszkańców Warszawy wszelkich stanów. Tym razem kobiet sprzedających wianki znajdowało się nierównie więcej niż panien je puszczających. I widać było później bardzo zmartwione, wracające z nie sprzedanym towarem" - relacjonował reporter "Kuriera".

Oko namiestnika

W początku XIX w. organizację wianków wzięły na siebie warszawskie cechy. Wieczorem ku Wiśle maszerował orszak odświętnie ubranych rzemieślników cechowych z wielkimi ozdobnymi wiankami.

Piotr Marcinkowski na łamach "Stolicy" z 1974 r. pisał, że były to barwne kompozycje budowane na kształt altan, świątyń, portyków, ozdobione kwiatami, kolorowymi wstęgami i zapalonymi świecami. Każda z owych kompozycji była wzbogacona symbolami cechu.

W późniejszych czasach wianki urządzał też niemiecki Yacht Club i wreszcie w latach 80. - polskie Warszawskie Towarzystwo Wioślarskie. "W wigilię św. Jana czółna, fajerwerki i chorągwie Towarzystwa były ogniskiem spojrzeń wielotysięcznego tłumu" - pisał w 1882 r. Bolesław Prus.

W zabawie ludowej uczestniczyło wówczas dobre 60 tys. ludzi. Teraz marzeniem wielu panien było, aby ich wianki wyłowili przystojni wioślarze w cylindrach i o starannie przyczesanych wąsach.

"Były to czasy najświetniejsze. Miasto się wyludniało. Co żyło, biegło przed wieczorem nad Wisłę, by na razie bezpłatnie, a po paru latach za drobną opłatą, zająć miejsce na prawym chodniku żelaznego mostu Kierbedzia, skąd był najlepszy widok" - pisał w latach międzywojennych Franciszek Galiński.

Z kolei na łamach "Świata" z 1929 r. czytamy, że tradycyjne zabawy wiankowe o charakterze narodowym, urządzane przez Warszawskie Towarzystwo Wioślarskie, spotkały się z tak gorącym przyjęciem mieszkańców stolicy, że władze rosyjskie zaniepokoiły się tym i po pewnym czasie zakazały ich organizowania.

Tak było przed 1914 r. Ponad pół wieku wcześniej wianki chętnie obserwował namiestnik Królestwa Polskiego Iwan Paskiewicz - ze świtą zasiadał na tarasie zamkowym, przygrywała mu orkiestra, a on spoglądał w dal na bawiące się tłumy i płonące ogniska.

W latach międzywojennych wianki dla Warszawskiego Towarzystwa Wioślarskiego oznaczały rozpoczęcie sezonu.

Rzeka pełna żagli

Po II wojnie noc świętojańska stała się jeszcze jednym świętem ludzi pracy. Nad Wisłą organizowano kiermasze i festyny "Trybuny Ludu". A wieczorem wianki puszczały delegacje zakładowe i zespoły folklorystyczne.

W noc świętojańską 1953 r. eskadra samolotów zrzucała do Wisły tysiące identycznych wianków. Oficjalnie nie były to już jednak "wianki", ani tym bardziej noc świętojańska, lecz... Dni Morza.

Już od godz. 16 zaczynał się gromadzić tłum przy przystaniach. Podpływały statki. Kto miał bilety, wsiadał na nie i potem z roztańczonymi i rozśpiewanymi ludźmi statki wypływały na środek Wisły.

Nie obyło się bez defilady. Najpierw po Wiśle przepływali miłujący pokój kajakarze, potem przy rozpostartych żaglach - żeglarze, wreszcie wielkie łodzie wiosłowe i motorówki. Późnym wieczorem, już po przelocie samolotów, w niebo wystrzeliły fajerwerki, zaś chwilę później wzdłuż brzegów rozpalono ogniska, gdzie związki zawodowe i organizacje młodzieżowe urządzały potańcówki.

Samoloty pojawiały się nad Wisłą także w następnych latach. Lotnicy urządzali akrobacje, a spadochroniarze skakali w nurty rzeki.

Rankiem 26 czerwca 1954 r. "Express Wieczorny" zapraszał nad Wisłę na zabawy z okazji kolejnych Dni Morza. O godz. 19.30 miały być pokazy artystyczne, o 20.30 - defilada na Wiśle, zaś o 21.15 czerwona rakieta miała dać sygnał do puszczenia wianków i zapalenia wzdłuż Wisły ognisk.

Tragedia obok mostu

W takiej scenerii 26 czerwca 1954 r. rozegrał się prawdziwy dramat.

Warszawiacy szli się bawić tłumnie. Panowała atmosfera radości i swobody. Wiele osób było już nieco podchmielonych - prasa podała, że tego dnia wypito pół miliona butelek piwa. Przerzucano się dowcipami. Wybuchały śmiechy.

Tuż obok umierali ludzie. Gdy się topili, inni zwartą ciżbą pchali się do przodu, by wejść na statek zakotwiczony u brzegu, na którego pokładzie urządzono zabawę. Sporo czasu minęło, nim spostrzeżono, że trap się załamał. Orkiestra zagłuszała wołania o pomoc.

- Ludzie wpadali do wody między brzegiem a statkiem. Tam tonęli w ciemnościach. Byłam małym dzieckiem, gdy nad ranem, kołysząc się w sposób charakterystyczny dla marynarzy śródlądowych, przybiegł do nas sąsiad. Był roztrzęsiony. Chciał ratować tonących, ale okazał się bezsilny. Tonęli ci, co umieli pływać, wciągani pod statek przez innych. Wielu nieszczęśników było miażdżonych przez boczne koło statku - wspomina Jolanta Błaszczyk, kierowniczka działu varsavianów biblioteki publicznej na Koszykowej.

- Prasa nie rozpisywała się o tragedii na "wiankach". Informację podało chyba radio. Coś tam napisano w gazecie, ale były to wzmianki bardzo zwięzłe. Przynajmniej ja na takie trafiłem. Szeptano dużo między sobą. Kiedy to się wydarzyło? Nie pamiętam, chyba w latach 50. - przypomina sobie jeden z naszych czytelników.

Podobnie mówi kilkanaście innych osób. Wszyscy o tragedii słyszeli, nikt jednak nie może sobie przypomnieć, kiedy dokładnie to było. Jeżeli ówczesne władze chciały zatrzeć pamięć o dramacie, to z całą pewnością im się to powiodło.

Zwięzły komunikat podał na pierwszej stronie "Express Wieczorny": "W godzinach wieczornych na przystani wodnej na skutek skupienia ludzi, którzy w natłoku starali się szybko dostać na statek, poręcze wygięły się, przeciążony pomost uległ załamaniu, a ludzie znajdujący się na nim wpadli do wody. Dzięki ofiarnej postawie funkcjonariuszy MO, marynarzy i zebranej publiczności uratowało się kilkadziesiąt osób. Pomimo jednak usilnych starań i natychmiastowej pomocy lekarskiej nie udało się niestety przywrócić życia 18 osobom". Tylko tyle.

"Życie Warszawy" nawet się o tragedii nie zająknęło. Jedynym jej echem były dwa nekrologi zmarłych tragicznie - towarzysza Romana Dworakowskiego z MSZ i śp. Henryka Rosińskiego, członka zarządu spółdzielni Równość.

- O jakiej pomocy milicji pisano? Nie było mowy o natychmiastowej pomocy wydobytym z wody. Przecież oni wpadli pod pokład i jeszcze długo szukano zwłok - mówi jeden z naszych czytelników.

- Nie wierzę też w podaną przez prasę liczbę - 18 ofiar. Na pewno było ich więcej - mówi inny.

- Do tragedii doszło na przystani obok mostu Śląsko-Dąbrowskiego. Na wprost tarasów zamkowych. Ludzie ginęli, bo wpadli w pułapkę między statkiem a wysokim kamiennym nabrzeżem - wspomina Andrzej Wojciechowski.

Expressem po plaży

W 1955 r. "wianki" odbyły się normalnie. Nie wspominano o tragedii sprzed roku. Poziom Wisły był bardzo wysoki, a ludzi zjechało nad brzeg rzeki więcej niż zwykle. Od rana opalano się też na częściowo zalanych plażach.

Dziennikarzy "Expressu" zainteresowała raczej zbyt mała liczba kiosków z napojami oraz powolna obsługa w restauracji plażowej: "Kilka osób zajada z apetytem zupę pomidorową i pieczeń z kapustą. - Świetnie, zjedzmy obiad. Mhm... Zaraz wam zrzednie mina, gdy zobaczycie długi wąż opalonych postaci czekających przed okienkiem. A gdy postoicie małą godzinkę, uznacie - to nie wąż, to żółw. Nic dziwnego. Cała obsługa składa się z trzech osób" - czytamy.

Ta sama gazeta chwaliła za to pracę milicji. Dzielni milicjanci w motorówkach przechwycili szafirowy kajak, na którym dwóch jedenastolatków wybierało się do Bydgoszczy.

"Wianki" trwają do dziś. Są ogniska, fajerwerki i wymyślne popisy pirotechniczne, koncerty, w powietrzu rozchodzą się zapachy potraw z grilla, leje się piwo, zdarza się, że paradują wioślarze, harleyowcy i rycerze, a Wisłą spływają wianki.

Czasami są to wianki niezwykłe, jak wianek gigant o średnicy sześciu metrów puszczony w 1997 r., na kilka tygodni przez powodzią, i ozdobiony syrenką z Neptunem.

Nie ma już tylko prawie wcale wiślanych statków i coraz mniej osób pamięta o tragedii sprzed 40 lat.

Jerzy S. Majewski, Gazeta Stołeczna z 2000/06/24; iwo, les, Gazeta Stołeczna z 1992/06/25