Chętnie powiesiłabym sobie jego plakat w pokoju: Justin Timberlake sprawia, że jestem mentalną nastolatką

Nastolatki mają Biebera, ale ja też mam swojego Justina. I w ogóle nie przyjmuję do wiadomości, że jego najnowsza płyta jest słaba. To nie ma żadnego znaczenia, bo Justin po prostu zawsze poprawia mi humor.

Jest wiele powodów, dla których uwielbiam Justina. Na wszelki wypadek przytoczę tylko pięć. Mniej znaczy więcej, jak wiadomo. Poza tym wolę, aby to nie wyglądało na niezdrową obsesję. Moja obsesja jest naturalna, organiczna, bio i zdrowa! I żadne tam: w twoim wieku nie wypada. Mi wszystko wypada! (zwłaszcza z pamięci).

1. Justin to jedno wielkie, chodzące poczucie humoru. Nie bez powodu już pięciokrotnie prowadził kultowy amerykański program komediowy "Saturday Night Live". Lubię wiele skeczy z SNLa, ale duet Timberlake & Andy Samberg oraz ich piosenka "Dick in a Box" zawsze kładzie mnie na łopatki. Zasadniczo taki chyba mieli cel śpiewając ten kawałek.

2. Justin może i zaczynał karierę jako śliczny chłopaczek z boysbandu, ale dawno już pokazał swoją muzyczną elastyczność i skalę talentu. Dla mnie koronnym dowodem jest genialna "Historia rapu", którą przedstawia cyklicznie wraz ze swoim kumplem Jimmy'm Fallonem. Fakt, że na żywo przygrywają im The Roots na pewno nie pogarsza sytuacji.

3. Trzeci powód jest natury wyłącznie osobistej i sentymentalnej. Jeden z najszczęśliwszych momentów mojego życia: jadę nad ranem taksówką i wysyłam smsa o treści: "Would you date me on the regular?" Dowcip polega na tym, że adresat komunikatu nigdy nie był nie jest i nie będzie związany ze mną w żaden romantyczny sposób. Weź i zrozum kobiety. Ale kawałek nadal buja.

4. Justin wygląda tak dobrze w garniturze. I krawacie. I jeszcze o tym śpiewa. Co ja poradzę, że chciałabym aby jakiś przystojny mężczyzna w krawacie  śpiewał mi o miłości.

5. Justin kumpluje się z Ryanem Goslingiem. Za dzieciaka jeszcze występowali razem w Klubie Myszki Miki. Czy może być coś słodszego?

I weź mu się oprzyj teraz.