"Nie jesz mięsa? To żryj gruz!", czyli o niedolach jaroszy

Jarosze, wegetarianie, weganie i inni tacy. Dziwacy. Zachciało im się, mięsa nie jeść, to niech się żywią tymi, no, kurczakami. Albo o! Niech jedzą ryby. No bo jak nie mięcho, to co? Co gotować?! Jak żyć?!

Porozmawiałam ostatnio z kilkorgiem bezmięsnych znajomych - nie o zaletach diety, a o wszystkich jej niedogodnościach związanych z niewiedzą, niezrozumieniem i zwykłą wiarą reszty społeczeństwa, że jarskie menu to jakaś fanaberia, która prowadzi do nagłego zgonu. Więc może by tak jednak przemycić choć skwarki w kaszy?

Tak. Zaczęło się niewinnie. Od wizyty znajomej naszej rodziny, energicznej pięćdziesięciokilkuletniej przedstawicielki polonii amerykańskiej. Siadamy do stołu, wjeżdżają kotlety i wtem! Z jej ust pada ta przerażająca deklaracja: "Ale ja dziękuję, nie jem mięsa". Sztućce opadają dramatycznie zgrywając się z ruchem ramion Pani domu. W jej oczach widać tylko blady strach. To może rosołu? Jak to nie? Przecież wołowina już dawno odłowiona. Dobrze. Już się grzeje patelnia, już się smażą na niej ziemniaczki, albo kasza, albo makaron, bo taki gotowany to za mało pożywny, to nie posiłek. Ile razy przeciętny polski bezmięsny przerabia takie scenariusze? Setki.

- Tata kiedyś podał mi stertę ziemniaków i surówkę. Okazało się, że w pyrach był schowany kotlet, bo może przypadkiem dziabnę i zjem - opowiada Dominika, weganka, wcześniej wegetarianka, mieszkanka Łodzi, właścicielka najbardziej uroczej udomowionej świni ze wszystkich nabzdyczonych domowych świń. Michał, wegetarianin z  pomorza wspomina - Kiedyś jechałem do mojej cioci, krótko po tym jak przestałem jeść mięso, mój kuzyn profilaktycznie o tym przypomniał. Komentarz cioci był rozbrajający "A jak cienko pokroje to zje?".

DominikaSałatka bez skwarek - wegetariańskie marzenie ludzi żyjących w drodze.

- Na początku rodzina i znajomi patrzyli na mnie dziwnie, a nawet z góry. I w kółko te same oklepane przez wszystkich pytania i stwierdzenia - "Ale dlaczego nie jesz mięsa? Przecież człowiek nie może żyć bez mięsa, bo ono ma wszystkie potrzebne do funkcjonowania organizmu proteiny. No popatrz jaka pyszna kiełbaska. Człowiek zawsze jadł mięso, po to ma kły. Dzień bez mięsa to dzień stracony." - opisuje swoje perypetie Dominika. Dziś rodzina już wie, że zupy można też gotować bez wywaru z kości, a nabiał może być z powodzeniem zastępowany innymi produktami. Tylko niech to nie będą kartofle z pyrami.

- Bo w Polsce jak chcesz zjeść coś wegetariańskiego w knajpie to masz do wyboru pierogi i ziemniaki - wylicza pani z Ameryki. Oczywiście ma na myśli lokale, które nie są dedykowane wegetarianom i weganom. Ot zwykłe restauracje, takie w których umawiają się na spotkania towarzyskie ci, co zjedzą wszystko.

- Przestałem jeść mięso naprawdę dawno temu i tym, którzy dziś narzekają na brak oferty chcę powiedzieć, że za PRL wegetarianom w tej kwestii było zdecydowanie gorzej. Osobiście cieszę się, że kuchnia włoska stała się po roku 1989 popularna również i w Polsce, a wraz z nią pojawiło się wiele warzyw i przypraw słabo wcześniej nam znanych - mówi mi Piotr, pracownik dużej firmy, ale też muzyk, który od lat jeździ po kraju zarówno w delegacje, jak i grać koncerty. Jak opowiada, kilkanaście lat temu na pytanie o potrawy jarskie (bo wolał nie straszyć restauratorów tym przerażającym "wegetarianizmem"), pani z przydrożnego baru odparła, że owszem, jest bigos i są flaki.

DominikaWe flakach przecież mięsa nie ma! Czemu mi tu focha strzela?

-  Od tego czasu świadomość w branży gastronomicznej wzrosła, ale ciągle poza dużymi miastami oferta jest, delikatnie mówiąc, słabo rozbudowana - podsumowuje Piotr. Michał przykładów nie musi szukać daleko, jeden z najzabawniejszych zdarzył się u niego w pracy.

- Pan, który w mojej firmie rano sprzedaje kanapki, na moje pytanie, czy ma coś bezmięsnego zamyślił się o po chwili odpowiedział: "Razowa bułka z kurczakiem". Oczywiście niejedzenie ryb też wywołuje zdziwienie. Często się zdarza, że w menu w knajpach w kategorii "dania wegetariańskie" mamy łososia, dorsza, czy halibuta - mówi z ironicznym uśmiechem. Piotr musi bywać czasem na firmowych bankietach, imprezach integracyjnych i szkoleniach z cateringiem. I to nadal okazuje się być problematyczne. Kelnerzy najczęściej bez pytania rzucają na talerze porcję mięsa. Po długich błaganiach, tłumaczeniu, że nie, ryby też nie wchodzą w grę, w ostateczności mogą poprosić kucharza, żeby usmażył ser. Albo zrobił naleśnika.

Pojawiają się też pretensje. Bo nikt nie zgłaszał posiłku wegetariańskiego. Nikt nie zgłaszał, bo organizatorom nawet przez myśl nie przeszło, że w ich firmie pracować może  ktoś, kto z menu wykreśla produkty pochodzenia zwierzęcego. Wariactwo, albo choroba jakaś. Najpewniej coś z głową, tak postawę Dominiki odbierają niektórzy restauratorzy.

- Gdy idziemy na pizzę, to zamawiam bez sera. Raz pani zapytała dlaczego bez, przecież to będzie niedobre. Powiedziałam, że jestem weganką. "Ojej, a co to?" Wytłumaczyłam o co chodzi i znowu poczułam takie spojrzenie jak na osobę z jakąś dysfunkcją mózgu - przyznaje.

No i jak tu żyć, jak się ma focha i chce się dobrze dla zwierząt i dla siebie też? Agata, malarka z Poznania po prostu kapituluje i wybiera bułkę z kefirem, Dominika ma ze sobą w torbie jakieś drobne przekąski. Z przerażoną o stan zdrowotny bezmięsnego rodziną powoli udaje się wygrać. Wygrać prawo do zjedzenia dodatkowej porcji ogórka, albo kapusty bez mięsnego sosu, a nawet zupę! Tu jednak trzeba do końca wykazać się czujnością. Kuba, muzyk z Płocka wspomniał właśnie jak przy rodzinnym obiedzie okazało się, że zupa owszem, była ugotowana bezmięsna, a ten kawałek mięska, ten o, to tylko wrzucony był do zupy w celu podgrzania go. No dla dzieci. Wiadomo.

Wszyscy znajomi podkreślają jednak, że powoli świadomość  społeczna rośnie. Najlepiej jest w dużych miastach, ale nawet w sieciowych restauracjach bezmięsnych zdarzają się wpadki - na przykład gdy pani za barem sama nie wie, które potrawy są wegańskie, a które jednak zawierają nabiał albo miód. No, ale o co chodzi. Mają jarskie i jeszcze grymaszą? Pewnie. Bo warto. Wszyscy moi bezmięsni znajomi podkreślają jedno - czują się zdecydowanie lepiej niż w czasach, gdy mięso stale gościło w ich menu.

Nie zamierzają nikogo nawracać, opowiadam wam o ich perypetiach, bo "wszystkożercy" czasem nawet nie zdają sobie sprawy jakim wyzwaniem dla wegetarian może być wypad za miasto z opcją "nie bierz wałówki, zjemy coś na miejscu", a wyjazd w trasę koncertową po miastach i miasteczkach bez prowiantu? To dopiero zabawa. No ale wszyscy żyją.

A ja jestem ciekawa, czy wśród was są jacyś aktywni i podróżujący sporo po kraju bezmięsni. Jakie mieliście przygody kulinarne i jak sobie radzicie? Wygadajcie mi się - chętnie posłucham.

Więcej o: