Pół życia zwolnienia z WF: jak to się stało, że biegam? Cz. 1

Nie wiem, czy teraz się coś w tej kwestii zmieniło, ale za czasów mojej podstawówki (30 lat temu) wychowanie fizyczne służyło do tego, żeby dręczyć dzieci źle dobranymi ćwiczeniami i zniechęcać szczeniaki do jakiejkolwiek fizycznej aktywności. Nikogo nie obchodziło, że trzynastolatka, która zaczęła rosnąć w tempie bambusa może mieć niejakie problemy z kondycją i że zmuszanie na przykład jej do biegu na 600 metrów, dopóki nie zacznie rzygać na murawę jest średnim pomysłem, a uparte kontynuowanie procederu - jeszcze gorszym.

Nie wykluczam, że ktoś miał lepiej, ja miałam słabo również w liceum. Pierwszą oceną, jaką otrzymałam w szkole średniej była solenna szmata, która ozdobiła moje konto z tytułu - uwaga - słabego wyniku w biegu, na 100 m. tym razem. Szczęśliwie nie wpłynęło to na moją dalszą edukację, ale jakby zniechęciło do WF, a biegów w szczególności. Sytuacji nie poprawiał fakt, że w ciepłe dni II LO w Szczecinie ćwiczyło na Wałach Chrobrego. Nie zna smaku upokorzenia ten, kto nie był dopingowany przez uczniów tamtejszej Wyższej Szkoły Morskiej, do połowy wywieszonych z okien i entuzjastycznie zagrzewających:"Dawaj, mała/ruda/chuda/gruba/laska, dawaj! Ale cyc!".

Nie będę kłamać, wyfasowałam sobie lewe zwolnienie od tych przyjemności, o tym, że karma to suka najdobitniej świadczy fakt, iż na symulowaną chorobę w życiu dorosłym zapadłam faktycznie. Nie był to jednak efekt braku aktywności fizycznej, doskonale pływałam, nieźle jeździłam konno, a kiedy wyrosłam z łażenia po drzewach - ratowałam się rowerem, aerobikiem i czymkolwiek, za co nie byłam oceniana w dzienniku. I co nie było bieganiem.

Jak nie kijem go golfowym, to ramą od roweru, wszystko, byle nie podbiec, nawet do autobusu. Zaszczepiona w młodości trauma miała się świetnie.

W dorosłym życiu miewałam przelotne romanse z różnymi zabawnymi zajęciami, ciepło wspominam szczególnie aerobik połączony z elementami tańca, na tzw. "sexy dance" (niech mi historia wybaczy). Pląsałyśmy z zapałem w rytmach latino, po fakcie byłyśmy przyjemnie skonane i obolałe, choć przyznaję, nieco speszyła mnie prowadząca, która w trakcie dość gorącego z założenia układu krzyknęła ze zniecierpliwieniem "Nie tak, dziewczyny, nie tak! W trakcie obrotu oczy cały czas na widownię, nie tracimy kontraktu wzrokowego z klientem!"

Nieco wiary w siebie odebrał mi też instruktor hip - hopu. Coś nie miałam szczęścia do obrotów, gdyż zatrzymał mnie w połowie i rzekł surowo: "Ty co, z baletu się urwałaś?" Yo. No i tak to szło, jak nie kijem go golfowym, to ramą od roweru, wszystko, byle nie podbiec, nawet do autobusu. Zaszczepiona w młodości trauma miała się świetnie, aż do...

Przyszedł jednak moment, kiedy przestałam tak swobodnie, jak dotychczas dysponować swoim czasem. Nie zwalam na potomstwo, pewnie jakbym lepiej się zorganizowała - dalej nie traciłabym kontaktu wzrokowego z klientem i udawała łabędzia zagubionego w Harlemie. Próbowałam, nie mówię, że nie. Szybko jednak okazało się, że czas przeznaczony na dotarcie do placówki oferującej pożądaną aktywność w określonych godzinach, czas na aktywność, czas na ogarnięcie się po i powrót do domu - to wszystko jest poza moimi możliwościami logistycznymi. Nie pomógł nawet karnet na siłownie i nie pytajcie ile kosztowało mnie wymiksowanie się z tej kretyńskiej inwestycji.

Pamiętam jak dziś, był trzeci stycznia 2012, ciemność, mróz i przykrość na wadze. Podjęłam decyzję i ani myślałam czekać z nią do poniedziałku. Założyłam trapery i poszłam biegać.

Nie w placówce? W domu więc. W tak zwanym wolnym czasie. Och, cóż za cudowny sprzęt proponują mi telezakupy, jedną ręką złożę i wepchnę pod łóżko i za miesiąc będę miała kondycję Rączki, nie? Nikogo zapewne nie zdziwi, że sprzęt okazał się potwornie ciężką, nigdzie nie dającą się schować, nieporęczną kobyłą, która nawet ujeżdżana w maksymalnym tempie nie chciała nijak przyspieszyć mi pulsu do pożądanych wartości. Nie wykluczam, że coś robiłam źle.

Do tego wszystkiego doszły dodatkowe okoliczności, o których może kiedy indziej. I tak, pamiętam jak dziś, był trzeci stycznia 2012, ciemność mróz, śnieg, smutek i przykrość na wadze. Podjęłam decyzję i ani myślałam czekać z nią do poniedziałku. Założyłam trapery (tak było, Wysoki Sądzie), ciepłą, sztywną, grubą kurtkę (jak błędy, to po całości) i poszłam biegać.

foch.plMoje pierwsze buty do biegania. Można się śmiać.

Po chodniku. W tych traperach. Tak, jak stałam. Bez przygotowania, bez wstępnego treningu, bez choćby jednego elementu ekwipunku. Przebiegłam (dobra, głównie przeszłam) dwa kilometry.

Wróciłam do domu i rozpłakałam się rzewnie. Wszystko mnie bolało. Serce waliło jak młotem. Rzęziło w piersiach. Trapery ciążyły u nóg jak młyńskie kamienie. Już wiedziałam, że to jest miłość.

Ciąg dalszy nastąpi!

[dopisek red.nacz.: Redaktorska siekierka zawirowała w powietrzu i ciachnęła w połowie. Ale jutro będzie kontynuacja tej wzruszającej historii miłosnej.]

 

foch.plMam gdzieś jak wyglądam - bójcie się mnie! Fotka z zeszłorocznych mrozów