List Czytelniczki: z chodzeniem na terapię jest jak z chodzeniem na siłownię

Bywają sytuacje, kiedy głowa pęka ci w szwach, masz dość wszystkiego i pragniesz natychmiastowej poprawy sytuacji. Czy psychoterapia faktycznie potrafi zdziałać cuda? Na to pytanie odpowie dziś nasza czytelniczka Kasia, która postanowiła podzielić się z nami swoją historią. Jeżeli macie ochotę opowiedzieć nam o swoich doświadczeniach z terapeutami, czekamy na wasze listy.

rys. Magda Danaj

 

Fajnie jest podjąć decyzję o terapii. Czuje się wtedy delikatne ukłucie, dreszczyk emocji przed tym, że od teraz już wszystko będzie takie jak sobie wymarzyliśmy. Czujemy, że nasze problemy się właśnie kończą, bo idziemy do magika od naprawiania życia.

Poszłam. Podjęłam tę decyzję w sytuacji, kiedy uważałam, że mój związek potrzebuje jakiejś rewolucji. Bo to, co przerobiliśmy do tej pory na jakimś etapie zawodzi, a ja już sama nie mam siły zastanawiać się co jest przyczyną.

Siadam na krześle przed jakimś obcym człowiekiem. Pyta, z czym do niego przychodzę. W pierwszej chwili zaczynam opowiadać jakąś wersję swoich myśli. To, co chciałabym, żeby usłyszał o mnie, o moim życiu, o moich relacjach. Spotkanie jest miłe i bezpieczne. Pytania, które zadaje terapeuta są takie zwykłe i nietypowe zarazem. Odpowiedzi na nie są oczywiste, jednak jedno słowo lub jakaś intonacja zmusza do myślenia. Zaczynam uczestniczyć w procesie. Procesie polegającym na poznawaniu siebie. Brzmi banalnie? W rzeczywistości nic trudniejszego i bardziej wymagającego nie spotkało mnie w życiu.

Problemem jest to, że często nie rozwiązujemy trudnych kwestii na bieżąco, a upychamy je w tyle głowy w nadziei, że się już nie pojawią.

Cotygodniowe spotkania najpierw w pojedynkę, potem na terapii par - to jak mediacje. Dwoje ludzi siedzi a Pan/Pani, próbuje w lot łapać ich myśli, stosowane skróty. Próbuje zwracać uwagę na ważne słowa. Tłumaczy abyśmy reagowali na to, co druga osoba mówi, a nie na to, co myślimy, że chciała powiedzieć. Naprowadza nas na odpowiednią drogę. Problemem jest to, że często nie rozwiązujemy trudnych kwestii na bieżąco, a upychamy je w tyle głowy w nadziei, że się już nie pojawią. Nic z tego moi drodzy. Syf wychodzi dokładnie wtedy gdy kompletnie nie wiemy jak go uprzątnąć.

Czasem wychodzi się z takiego spotkania w dobrym humorze, czasem w fatalnym. Raz jesteśmy pokłóceni i nie rozmawiamy ze sobą, innym razem wychodząc śmiejemy się do rozpuku czując, że wszystko co złe już jest za nami. W trakcie terapii wątpliwości, które targają zmęczoną głową, są nieskończone. Bo kiedy mamy wiedzieć, że już jest koniec? Kiedy dostajemy to, na co czekaliśmy? Dlaczego kiedy rano wstaję, nie biją dzwony, nie leje się szampan i nie otaczają mnie płatki róż? Przecież "chodzę" na terapię!

Co tydzień dowiadujemy się o sobie i partnerze czegoś nowego albo zaczynamy rozumieć coś, dla czego brakowało nam do tej pory zrozumienia. Powoli otwieramy głowy, zaczynamy uważnie słuchać. Przestajemy oceniać. Uczymy się odrzucać nasze złożenia i pozwalamy pewnym rzeczom być. Wykonujemy ciężką pracę, która choć brzmi to paradoksalnie, sama w sobie jest nagrodą.

Zaczynamy odpowiadać na pytania w sposób prosty. Nie szukamy wymówek i osób winnych dookoła. Odpowiedzi znajdujemy w sobie. Utwierdzamy się w świadomości tego, do czego mamy prawo, skąd pochodzi nasze myślenie, a co wynieśliśmy z domów jako oczywistość. Uczymy się rozpoznawać co jest nasze, a co zaczerpnięte, pożyczone. Akceptujemy to, kim jesteśmy i w zgodzie ze sobą podejmujemy decyzje co chcemy zmienić. Zaczynamy naszą małą wolność.

Na ostatnim spotkaniu terapii par, potwornie pokłóciłam się z narzeczonym. Krzyczeliśmy na siebie, aż jakaś idiotyczna sytuacja spowodowała, że wybuchnęłam śmiechem i śmiałam się już cały wieczór. Dotarło do mnie, że skończyliśmy terapię. I że niczego więcej się na tych spotkaniach nie dowiemy. Teraz mamy wszelkie narzędzia do tego, by zbudować najlepszy związek, jaki może nas spotkać. Od nas samych zależy czy z nich skorzystamy, czy pójdziemy na łatwiznę i w obronie naszego ego będziemy tkwić w ograniczających nas schematach. Dziś myślę, że ostatni rok był jednym z lepszych w moim życiu. Ciężka praca opłaciła się, bo moja relacja jest lepsza niż była kiedykolwiek. I chcę ją pielęgnować każdego dnia.

Zdałam sobie jednak sprawę, że pójście na terapię oznacza złamanie wszystkiego, czego do tej pory dowiedzieliśmy się o sobie. Naruszenie bezpiecznego, znanego terytorium. I to wszystko po to, by zacząć budować postawę wolną od stereotypów, nakazów i zakazów, powinności i schematów. Problem jest jednak taki, że nikogo poza nami to nie obchodzi. Inni nadal będą na ciebie patrzeć przez pryzmat dotychczasowego życia, swoich mechanizmów. A jeśli nie mieli na tyle refleksji, aby skonfrontować siebie poza swoim wyobrażeniem, to raczej nie ma szans na budowanie z nimi zdrowych relacji - to dwa kompletnie różne światy.

A z chodzeniem na terapię jest jak z chodzeniem na siłownię. Żeby dobrze wyglądać nie wystarczy tylko chodzić, trzeba też poćwiczyć. Więc jeśli chcesz, żeby się coś zmieniło to przestań narzekać i zacznij trening.

Więcej o: