Co się zdarzyło w Downton Abbey, czyli oddajcie mi moje seriale

Nieoczekiwana wiadomość o premierze nowego sezonu "Downton Abbey" sprawiła, że popłakałam się ze wzruszenia i wdzięczności, zaraz pójdę zapalić świeczkę w intencji dobrych ludzi z szołbiznesu, tylko najpierw nakarmię wewnętrznego Misia Wkurwisia.

cast of TV serie

Już w 2014! Serio! Tacy jesteście dzielni, trzeba było odgwizdać nowy sezon na 2015, albo w ogóle za dziesięć lat, akurat moja córka osiągnie odpowiedni wiek i będziemy mogły razem delektować się losami posiwiałych arystokratów. Serial dla mamy, córki i wnuczki, mówiłam.

Jest to drugi z kolei brzydki numer, jaki wycinają mi twórcy mojego ulubionego (no dobrze, pierwsza piątka) serialu. Tego, na który czekałam całe życie, serialu, w którym życzę sobie egzystować po śmierci, o ile moja karma żuczka gnojarka mi na to pozwoli. Mam taką wizję - w niebie jest doskonale przystrzyżony, angielski trawnik, wypolerowane do ideału kryształowe kieliszki, a z bukietu róż na kredensie odrywa się jeden - tylko jeden - doskonały płatek i w zwolnionym tempie spada na nieskazitelny blat.

Jaki jest ten pierwszy, paskudny numer - wiedzą wszyscy, którzy dociągneli do końca trzeciej serii. Dobra robota, panowie producenci. Smażcie się w piekle. Oczywiście, co ja tam wiem o cyklu produkcyjnym serialu, jestem tylko ubogą staruszką, zbieram chrust i laboga, niemniej mam mocne wrażenie, że częsta praktyka "macie tu rozdzierający finał sezonu i poczekajcie rok na następny odcinek" jest strzelaniem we własną stopę. Szczerze, ile produkcji zarzuciliście, bo kontynuacja przyszła zbyt późno? Mam tłustą listę grzechów w tym temacie, oczywiście, ciągle sobie obiecuję, że złamię nogę i wtedy nadrobię (musiałabym połamać obie ręce, nic poniżej nie powstrzyma mnie od pracy). Niestety, "nadrobię" nigdy nie nadchodzi, rynek regularnie dostarcza młode, jędrne świeżynki, może by się i chciało wrócić do miłości sprzed lat, lecz te młode dupy zajmują czas, grafik, uwagę i w końcu zapominasz (droga ekipo "Newsroom" - nadal czekam, ale może mi się znudzić. "House of cards" - nie mam słów, sczeźnijcie).

A ja wcale nie chcę zapominać, kocham się w tym klimacie i będzie mi bardzo przykro, jeżeli go przemielę i odstawię na półkę, jestem wierna i cierpliwa, ale ile można. Zazdroszczę serialowym Penelopom. Bo ja tęsknię, no. Tęsknię za zimną suczą Mary, za jej lodowatym "Heavens!" jako za wyrazem najwyższych emocji, za zrezygnowanym gestem, jakim podnosi kieliszek do ust. Tęsknię za kopciuchowatą, przygłupią Daisy, uroczą Anną i - na moje oko ukrytym psychopatą - Batesem. Tęsknię za czarującą Corą, młodszą i piękniejszą od wszystkich swoich córek, za jej Robertem - upartym osłem z tendencjami do bycia pompatycznym fiutem. Za długozębną i długonosą brzydulą Edith, z rozpaczliwością w spojrzeniu, Edith, lowju i identyfikuję się. Nawet za okropnym Williamem tęsknię, zauważyliście, jaki on podobny do Strażaka Sama?

Downton Abbey

Czy jeżeli będę grzeczna i będę prowadziła dobre, pracowite życie - to na starość będę taka, jak Hrabina Babcia? Nie będę, wiem, z tym się rodzisz, albo nie.

Historycy bardzo chwalą serial - za wierne oddanie szczegółów z epoki i doskonałe osadzenie w ówczesnych wydarzeniach. Być może to właśnie ta dokładność przykrywa pewne bolesne fakty - na przykład ten, że - tadam - Downton nie jest serialem idealnym. Część wątków wydaje się być wzięta z małpiego tyłka, gubi sens zaraz na starcie, a potem bezsensownie rozpływa się we mgle. Błagam, kuzyn niedobitek z Titanica? Pokojówka, dla której Robert na krótko traci głowę (dlaczego, na litość )? Cudowne ozdrowienie? Trupy w porę, poślizg na mydle w jakże dogodnej chwili. Tu sztampa, tam tani chwyt. I co z tego? Nieidealny, ale kocham. Prawdziwa miłość wybacza niedoskonałości, nie?

Czekam, co mam robić. Oglądam zdjęcia, zajawki, delektuję się cytatami (Hrabina Babcia na wieść, że jej syn nie ma fraka, więc zejdzie na kolację w smokingu: "'Really? Well why not a dressing gown? Or better still, pyjamas?"), z przyjemnym zaskoczeniem rejestruję, jakimi seksownymi kotami w rzeczywistości są te wszystkie wyszorowane na potrzeby serialu, gładko uczesane podkuchenne Daisy i skromne Anny, nie mówiąc o cudownej sesji trzech sióstr Crawley dla "Love".

Mówiłam, że to będzie świetne, od początku mówiłam. Dobrem trzeba się dzielić, więc gorąco zachęcałam do oglądania mężczyznę, za którego wyszłam, lecz wzgardził moim wyborem, oglądałam więc sama, często płacząc, równie często wyjąc ze śmiechu, jak hiena, co tylko go utwierdziło w przekonaniu, że serial nie jest dla niego. Minęły dwa sezony. Mężczyzna, za którego wyszłam wrócił do domu bardzo podekscytowany.

- Słuchaj, jest nowy, świetny serial, Vadim Makarenko oglądał i bardzo poleca. Spodoba ci się, ty lubisz takie klimaty.

- Oczywiście, pokaż - rzekłam ulegle, gdyż uległość i pokora są moimi cechami dominującymi, w związkach i w ogóle.

Pokazał. Bez drgnienia powieki obejrzałam pilota "Downton Abbey". Prawdziwa miłość wybacza, wspominałam?

Więcej o: