Ja, DDA - dlaczego trzeba na ten temat rozmawiać?

Po liście od naszej Czytelniczki Ani oraz bardzo emocjonalnym tekście Agaty, o tym jak Dorosłym Dzieciom Alkoholików potrzebna jest terapia poczułam się wywołana do tablicy. Bo jestem DDA, ale na terapię się nie wybieram. Jednak chętnie podejmę temat.

Nie, nie podważam sensu takiej terapii - na pewno wielu osobom pomogła. Może nawet pomogłaby mi, zawsze przecież jest jeszcze coś do wyprostowania, ale szczerze mówiąc najbardziej pomaga mi świadomość, że przez lata metodą prób i błędów, nauczyłam się rozbrajać tę wewnętrzną bombę sama. Może nie jestem najsprawniejszym saperem, z udziałem terapeuty pewnie byłoby lepiej i łatwiej. Ale taka już ze mnie Zosia Samosia, taki mam okropny charakter. Czy to aby nie kolejny objaw syndromu DDA? Nadkontrola? Bardzo być może. Ale z tym akurat mogę żyć.

Nie mogłam żyć z ciągłą autodestrukcją, o której wspominała Ania. Z tym ładowaniem się w chore związki, niebezpieczne sytuacje. Z zabijaniem się na tysiąc pięćset sposobów. Od anoreksji przez narkotyki po torpedowanie swojego potencjału (Och, na pewno nie dostanę się na te studia. Jestem za głupia. Przecież nie przyjmą mnie do takiej fajnej pracy, na pewno się zorientują, że jestem najgorszą kandydatką. Więc może po prostu oleję sprawę? No to olewam: trzy-czte-RY). Wyjście z tego zajęło mi dobrych kilka lat. Ale wyszłam. I nie mogę się nadziwić, że potrafiłam się tak bardzo krzywdzić.

Nie mogłam żyć ze wstydem. Powiedzieć głośno i przy ludziach, że jestem córką alkoholika - kolejne lata wewnętrznych zmagań. Jakbym naprawdę ponosiła jakąkolwiek winę za taki stan rzeczy. Jakby fakt, że ktoś w mojej rodzinie ma problem z alkoholem rzucał cień na moją osobę. Absurdalne myślenie, prawda? Powiedz to DDA. DDA jest nauczone kłamać od kołyski (nie, nie jest pijany - po prostu źle się czuje, OK?) i może stąd ten wstyd. Za współudział.

Nie mogłam żyć z tym wiecznym podskórnym strachem. Czy to już? Ciąg? Nie ciąg? Trzeba po flaszkę, czy na odtrucie? I czy w święta będzie spokój, czy właśnie nie? Moja pamięć skrywa dziesiątki paskudnych sytuacji, moje sumienie i serce były milion razy rozszarpywane wrednymi wyborami. Ale odkąd mam własne dzieci nagle przestałam czuć się tak odpowiedzialna. Sorry, mam co innego na głowie - nie mogę się ciągle zamartwiać cudzym pędem ku samozagładzie. Mam swoje życie. I nie chodzi o jakieś odcięcie się, zbudowanie mentalnych zasieków, wystawienie rachunku krzywd. Kocham, staram się rozumieć, ale nie chcę czuć się częścią równania, w którym wiadomą-niewiadomą jest czyjeś picie.

I jest lepiej.

Do tego lata ćwiczeń w pewności siebie. Mozolne budowanie wiary we własne możliwości. Nauka pozytywnego myślenia. Nie obarczanie się winą za wszystko. Nie ocenianie się wedle najostrzejszych kryteriów i najwyższych standardów. Takie tam drobiazgi. Może daleko mi jeszcze do zen buddyjskiego mnicha, ale wiem, że oglądana z zewnątrz sprawiam wrażenie radośnie rozpędzonego walca drogowego - z cyklu: nic mnie nie powstrzyma. Obraz od środka jest trochę mniej ładny, ale staram się retuszować na bieżąco (ostatnio ćwiczę umiejętność przyjmowania komplementów. Może wyrobię się przed czterdziestką, bo potem może być już o nie trudniej). Na pewno mam swoje różne problemy, ale chcę wierzyć, że one są już MOJE a nie DDA.

Bardzo spodobało mi się, co w komentarzu pod tekstem Agaty napisała jedna z naszych Czytelniczek Katarzyna:

"Nareszcie zaczynamy o tym wszyscy mówić. W Polsce w domach leje się wóda i wszystkim nam się wydaje, że tak po prostu jest. A potem wychodzi na to, ze 1/3 społeczeństwa to ludzie z syndromem DDA. I męczą się w tych fatalnych mechanizmach myśląc, że tak trzeba dawać sobie rade ze światem.”

Mi też wydaje się bardzo ważne żebyśmy o tym mówili, żeby to nie był mroczny sekret. Żeby nie trzeba było się tak z tym zmagać w samotności, nim dojrzejesz do decyzji o terapii, albo odwalisz taką amatorską autoterapię jak ja. Fajnie, że terapia DDA jest w Polsce refundowana - aż dziw, że coś tak potrzebnego można dostać za darmo, istny ewenement. I też myślę, że syndrom DDA jest zjawiskiem bardzo powszechnym, a często nieuświadomionym. Bo alkoholizm wcale nie oznacza, że musi być jakaś patologia. Jest wielu świetnie przystosowanych alkoholików, którym nałóg nigdy specjalnie nie przeszkadzał w karierze, zarobkach, nie obniżał statusu. A i picie nie non-stop, tylko kulturalnie: do odtrucia i już można wrócić na łono społeczeństwa. Albo piwko co wieczór. Dziewięć piwek i spać. Żadna patologia przecież. Ale po takim alkoholiku syndrom DDA jest tak samo prawdopodobny, bo to też ślad w psychice zostawia.

Więc jeśli czytasz to i gdzieś ci w środku rośnie gula, bo masz to, bo znasz to - to hej! Nie musi być tak. Nie jesteśmy skazani na podłe samopoczucie przez resztę życia. Da się z tym walczyć. Naprawdę. Choć nawet pisząc ten tekst, gdzieś tam z tyłu głowy mam myśl, że dopuszczam się zdrady, ujawniam rodzinne sekrety, ranię. Nie no: stop! Nie jestem już w tej siatce współuzależnienia i samoużalania się. Jestem Dorosła. Dziecko Alkoholika już nie trzyma sterów mojego życia.

Więcej o: