Co dobrego zjeść w weekend? Trzy proste dania poleca kulinarna pierdoła

Rzadko gotuję, bo najzwyczajniej w świecie - nie umiem. Nie wynika to z braku talentu (choć mam podejrzenia, że ten rodzinny skoncentrował się jednak w osobie mojej szanownej matki), a raczej z mocno niefrasobliwego podejścia i duszy eksperymentatora (co w kuchni jest szalenie niebezpieczne). Zanim polecę trzy doskonałe dania, pragnę uświadomić Wam ich prostotę - muszą bowiem być proste, skoro udało mi się nie tylko je przyrządzić, ale też nie spaliłam kuchni. I (jak widać) jeszcze żyję.

Gości rzadko traktuję własnymi wyrobami - lubię ich jakoś i chciałabym aby te uczucia nadal były odwzajemniane. Doskonale kroję ser (choć nie zawsze w grzeczne trójkąciki), robię porządne drinki i świetnie dzwonię po pizzę. Od czasu do czasu udaje mi się zrobić przyzwoitą sałatkę z surowizn (ewentualnie z makaronem - to bywa wyzwaniem), ale jeżeli chodzi o obróbkę termiczną, opanowałam już prawie smażenie mięsa (choć nadal wolę, aby robił to ktoś inny). Dlatego też niezrozumiałą zdaje się być moja pasja przeglądania wszelakich stron z przepisami. Ale czasem w natchnieniu zbieram się w sobie i postanawiam coś ugotować.

Moje przygody kuchenne nie są tym, czym należałoby się chwalić. Pamiętam doskonale moje zdumienie, gdy wyciągnęłam z piekarnika upieczony filet z łososia. Wyglądał doskonale, pachniał dziwnie i błyszczał w świetle kuchennej lampy. Niestety okazało się, że nieprecyzyjna wskazówka mojej matki "upiecz go w folii" sprawiła, iż łosoś wyglądał tak doskonale, gdyż był po prostu zalaminowany...

Jeżeli coś uda mi się przygotować bez dramy w tle - musi być to nadzwyczajnie proste.

Gubi mnie też to, że myślę o przedziwnych rzeczach, a ponieważ nie przywykłam do gotowania, czasem po prostu zapominam, że rozpoczęłam cały proces i doskonale zadowolona z życia udaję się na przykład na sesyjkę z książką w wannie. Albo ktoś nie ma racji w internecie. Albo ktoś zadzwoni. W tym czasie w kuchni zdarzają się różne straszliwe rzeczy - makaron postanawia wyjść z garnka, jajka sadzone zmieniają się dymiące podeszwy butów sportowych, pieczone ziemniaczki wysyłają z piekarnika rozpaczliwe sygnały dymne... no i było tego jeszcze trochę. Ale nie ma co się samobitchować - tak mam i już. Uważam zatem, że jeżeli coś uda mi się przygotować bez dramy w tle - musi być to nadzwyczajnie proste.

Dzięki temu przez dwa tygodnie spożywałam codziennie z namaszczeniem szparagi, na które przepis dała mi Aleksandra. Przepis był nieskomplikowany, brzmiał bowiem: "Oblej zimną wodą, obetnij końce, wybełtaj w oliwie, posól, popieprz i wsadź do piekarnika". Najpierw oczywiście w oliwie wybełtałam końce, potem uświadomiłam sobie istnienie czegoś, co zwiemy skrótem myślowym i ruszyłam do dzieła. Aleksandra nie dodała co prawda ważnej podpowiedzi "stój przy piekarniku i gap się w szybkę", zatem po pierwszej próbie (gdy już oskrobałam blaszkę) przeszłam od razu do drugiej. Tym razem było łatwiej, bo wiedziałam już jak pachnie palony szparag. Teraz co prawda na szparagi patrzeć już nie mogę (tak w ogóle, to Wy też macie skojarzenia, prawda?), ale doskonałym smakiem cieszyłam się dość długo.

Już rozumiecie? Świetnie. Przejdźmy zatem do smakowitych polecanek. Dzisiejsze przepisy znalazłam w internecie i po zadaniu kilku głupich pytań moim zrozpaczonym koleżankom - zadziałałam. I polecam z całego serca

1. ŚNIADANIE

Pierwszy przepis jest z założenia śniadaniowy, ale kto by tam na to patrzył. Jajka Ranczera (przprszm, zmodyfikowałam nazwę, a mam chory umysł) to kombinacja, która w pełni zaspokaja moje kulinarne potrzeby. Przepis pozwala ponadto na całą masę wariacji (o czym za chwilę), ja zaczęłam od tej podstawowej wersji, eksperymentowałam później. Nie oszukujmy się też - jest to śniadanie raczej weekendowe, bo ciężko przygotować to danie naprędce o poranku. Przepis który podaję poniżej, jest nieco zmodyfikowany, bo nie przepadam za soczewicą.

Gdy jestem w sytuacji podbramkowej, olewam krówkę i grilluję w piekarniku bekon, jednocześnie podgrzewając tortillę na której bez skrępowania kładę ser.

Potrzebujemy do naszego arcydzieła: kawałek łaty wołowej (około 220 gramów), dwóch cienkich plastrów dobrego sera (w przepisie jest Pepper Jack), gotowych tortilli i dobrych jajek. Soczewicę z oryginalnego przepisu zastępuję zwykle zielonym groszkiem (nie z puszki, tylko świeżym, przygotowanym np. na parze) lub fasolką (tu zawsze z puszki - dowolna odmiana, nawet ta z sosem pomidorowym jak ktoś już bardzo musi). Przepis zakłada też chyba użycie gotowej salsy - ja tego chemicznego świństwa nie znoszę i uczula mnie, zatem używam zwykle obdartych już ze skóry pomidorów z puszki, podziabanych nożem (bardzo lubię te plastry z postaciami Disneya) i wymieszanych z kilkoma kroplami tabasco. Przepis proponuje nam usmażyć po prostu stek z łaty i później ukroić smakowite plastry. Ja zrobiłam to tylko raz, nie chce mi się bawić i przypalać kolejnej patelni. Używam zatem pastrami wołowego ze sklepu Befsztyk (jego odkrycie kompletnie mnie zrujnowało). Na temat tego pastrami mogłabym tu zresztą napisać cały poemat.

Gdy jestem w sytuacji podbramkowej, olewam krówkę i grilluję w piekarniku bekon, jednocześnie podgrzewając tortillę na której bez skrępowania kładę ser. Jajka sadzone, to oczywiście wyższa szkoła jazdy, ale kocham je tak mocno, że w końcu nauczyłam się je robić. Smażę je wtedy, gdy widzę, że w piekarniku już się mocno dzieje. Na miękką i ciepłą tortillę z serem wyrzucam podgrzany wcześniej groszek lub fasolkę (a czasem nie podgrzewam), na to wylewam trochę mojej "salsy", a potem już tylko mięsko i jajka. A potem jem... i jem... i jem... myśląc o tym, co mi rośnie. Ale nie jest tak strasznie źle (taaa, jasne) - porcja tego cuda ma około 350 kalorii, 12 gramów tłuszczu, 5 gramów tłuszczy nasyconych (pewnie nie chcę wiedzieć co to?), 35 gramów węglowodanów, 12 gramów błonnika i 30 gramów białka.

Wersja amerykańska: zamiast tortilli - smażone ziemniaki z przyprawami i cebulkąWersja amerykańska: zamiast tortilli - smażone ziemniaki z przyprawami i cebulką

2. OBIAD

Kiedy po kilku godzinach dojdziemy do siebie możemy zafundować sobie pyszne domowe hamburgery. Nie ukrywam, że przeczytałam setki tekstów o tym, jak to cholerstwo się smaży (wersja z grillowaniem w piekarniku, trzymaniem w folii, bez piekarnika, nad świecą, opalanie wzrokiem), ja zamykam oczy i rzucam moje kotleciki na przetartą zaledwie tłuszczem patelnię. Smażyłabym z chęcią na beztłuszczowej - takiej nieprzywierającej, ale każda patelnia tego typu traci swe szlachetne właściwości w moim domu. To musi być jakieś promieniowanie. Przepis oryginalny na te smakołyki prowadzi do uzyskania wspaniałego efektu (tak słyszałam) ja niestety jak zwykle nie przeczytałam dokładnie, ale chyba wyszło mi to na dobre. Ale zacznijmy od składników. A może jednak od zdumiewająco przydługiej dygresji na temat mięsa.

Beef Master

Na wielu rzeczach mogę oszczędzać, ale jak już zapewne wiecie - mięso kocham. A zwłaszcza krówkę. Dlatego też za dobrą wołowinę zapłacę każde pieniądze. O sklepie Befsztyk pisałam powyżej i jestem zdania, że to jeden z moich najlepszych dostawców (nie, nie mam krowy na balkonie w podziękowaniu za ten tekst). Mięso mają doskonałe, znakomite są także ich wędliny. I można nie fukać, bo dowożą zamówienia w każde miejsce w Polsce. Niestety jest to przyjemność zdecydowanie droga. Zwykle kupuję zatem w Lidlu świetne mięso firmy Beef Master. Ceny nie są przyjemnie "lidlowe", ale smak wynagradza. Żeby robić hamburgery kupuję zazwyczaj albo stek z rostbefu, albo stek z polędwicy. Ponieważ noże mam tępe jak ich właścicielka, rzadko siekam mięso ręcznie, jak przystało. Wrzucam je bez szacunku do tego urządzenia, no... (Ok, poszłam do koleżanek z redakcji kulinarnej i dowiedziałam się, że to jest rozdrabniacz kuchenny). I sieka się. Byle nie na miazgę. Nienawidzę robienia z mięsa pasty mięsnej i dlatego rzadko kupuję gotowe mielone.

Nie znam wartości kalorycznej tego posiłku, ale zupełnie mnie to nie martwi...

Wracając do naszych krów... to jest, baranów oczywiście: przepis na hamburgery bardzo mi się spodobał, bo jakoś dawno nie korzystałam z suszonych pomidorów i nabrałam na nie ochoty. Oryginalnie potrzebne są nam właśnie suszone pomidory, odpowiednia ilość wołowiny, sól i pieprz, świeża bazylia, szczodre plastry mozarelli i tłuszcz do smażenia. Wykończeniem są dobre bułki, nadające się do podgrzania. Jeżeli używacie gotowych bułek do hamburgerów, wiele tracicie. Dodajmy, że zdaję sobie sprawę, iż nie ma chyba nic głupszego niż przepis na hamburgery, bo każdy może wymyślić ich trzydzieści, ale ten wybrałam, bo podeszły mi chwilowo składniki. A to właśnie one zdecydowały o ostatecznym kształcie mojego posiłku. Ponieważ w przepisach najbardziej lubię zdjęcia, wgapiłam się w to pokazujące miksowane suszone pomidory (kazali je rozdrobnić na pastę) i ubzdurało mi się, że trzeba je zmieszać z mięsem. Co też radośnie uczyniłam. Po bolesnej chwili refleksji zdecydowałam się jednak usmażyć hamburgery w tej formie, a potem oblec je w wymienione dodatki. Rezygnuję jednak ostatnio z bułek, gdyż uważam je za zbędny zapychacz. W związku z tym do hamburgerów upiekłam sobie malutkie ziemniaczki (to przecież wcale, a wcale nie zapycha).

burger

Co prawda przez mój błąd nie byłam w stanie cieszyć się smakiem pysznej wołowiny, ale zapewniam, że zmieszana z suszonymi pomidorami okazała się nie tylko jadalna, ale i naprawdę pyszna. Na tyle, że do następnych hamburgerów dodam testowo... pesto. Nie splugawię jednak krówki, a zrobię je z indyka. Nie znam wartości kalorycznej tego posiłku, ale zupełnie mnie to nie martwi...

3. KOLACJA

Jeżeli po tych przyjemnościach jesteście w ogóle w stanie pomyśleć o kolacji (ej, macie tak, że im więcej jecie, tym bardziej jesteście głodne?), to polecam japońskie placki warzywne. Lubię robić je w lecie, bo mogę używać młodych warzyw. I to jest naprawdę super.

Potrzebujemy małej główki młodej kapusty, liści jarmużu (używam zamiennie rzymskiej sałaty lub włoskiej kapusty), soczystych marchewek i cebuli dymki - najlepiej młodej. Lubię też dodawać młode pory. Poza tym klasycznie - przyprawy, jajka, mąka i tłuszcz do smażenia. Do sosu przejdziemy za chwilę.

Sos jest prosty i smaczny, nie wiem jednak czy warto kupować sake tylko po to, aby czasem zrobić z niego sos, bo pić tego się stanowczo nie da.

W przepisie zaleca się pokrojenie liści naszych warzyw i marchewki w zgrabne wstążeczki. Ja to zrobiłam raz i uczciwie - więcej mi się nie chciało. Siekam to wszystko raczej swobodnie, byle nie na bardzo małe kawałki, bo nie lubię "pastowatej" konsystencji. Placki muszą chrupać i już. Po pracowitym posiekaniu wszystkiego - tym razem ręcznie, bo rozdrabniacz niestety przesadza - i opatrzeniu ran, dodaję delikatnie i ostrożnie jajka i mąkę, aby uzyskać pożądaną konsystencję tej masy. Nie muszę zapewne dodawać, że jest ona za każdym razem inna. Placki, w zależności od stopnia stanu mojego umysłu, albo smażę albo piekę w piekarniku. To co zostanie po obróbce termicznej - zjadam z japońskim sosem według przepisu autorki lub z moimi wynalazkami. Przyznam się też bez bicia, że oryginalny przepis jest co prawda wegański, ale ja i tak zawsze dodaję bekon...

http://smittenkitchen.comhttp://smittenkitchen.com

Sos oryginalny jest prosty i smaczny, nie wiem jednak czy warto kupować sake tylko po to, aby czasem zrobić z niego sos, bo pić to się stanowczo nie da. Poza sake potrzebujemy keczupu, sosu Worcestershire (kupuję pierwszy, na jaki trafię na półce w sklepie), musztardy dijon (chyba że wolicie coś łagodniejszego), świeżego startego imbiru, miodu i klasycznego sosu sojowego. W przepisie podana jest liczba łyżeczek wszystkich tych dóbr, ale ja zwykle robię na oko, bo nigdy nie wiem, gdzie mam łyżeczki. Nie przepadam też jakoś szczególnie za sosem Worcestershire. Zamiennie stosuję z upodobaniem inny sos, składający się z małej filiżanki sosu sojowego, dwóch łyżek miodu i startych trzech ząbków czosnku. Albo jogurt. Albo keczup. Albo nic. I tak jest dobre. Zdjęcie zabieram ze strony przepisu, gdyż moje nie nadaje się do publikacji. Ze smażeniem placków mam jednak duży problem.

Jeżeli macie jakieś sprawdzone PROSTE przepisy dla kaleki kuchennej - przyjmę z wdzięcznością. Ulubione kombinacje hamburgerowe? Za te Was ozłocę. Przydatne narzędzia kuchenne dla kulinarnej kretynki? DAWAJCIE. Na razie marzę o tym sprzęcie poniżej. I marząc idę na kolację. Buziaki.

Hamilton Beach Breakfast Sandwich MakerHamilton Beach Breakfast Sandwich Maker

Więcej o: