"Nie poszedłem do komunii: koledzy mówili, że jestem dziwny i żalowy" - moje dziecko nie jest katolikiem

Zainspirowana tekstem z serwisu eDziecko.pl postanowiłam podjąć temat "małego ateisty wśród katolików". Nasz syn nie poszedł do Pierwszej Komunii. Był jedynym dzieckiem w swojej klasie, jednym z trzech wśród wszystkich drugoklasistów z naszej szkoły. Rozmawialiśmy z nim o tym wielokrotnie. Tak jak o niechodzeniu do kościoła. Wydawało się, że nikt nie ma z tym problemu. Wydawało się.

Z okładki książki Monique Gilbert Z okładki książki Monique Gilbert 'Jest wiele wiar'


W ogóle w temacie obecności religii w naszym życiu wydawało mi się wiele rzeczy. Na przykład miałam mylne wrażenie, że nieuczestniczenie dzieci w życiu Kościoła katolickiego to temat już dawno przetrawiony zarówno przez bliskich jak i przez media.

No więc jak to jest kiedy Twoje dziecko nie uczestniczy w sakramencie przyjęcia Pierwszej Komunii? Jest łatwiej, omija cię cała masa wydatków, spraw organizacyjnych, omija stres związany z przygotowaniami i całą ceremonią. Jest trudniej, bo żyjemy w państwie, w którym, tak jak zostało to powiedziane w artykule Karoliny Stępniewskiej - otoczenie z reguły zakłada, że wszyscy jesteśmy katolikami.

Staramy się przekazywać wiedzę o religii w domu, na spacerach, podczas wyjazdów wakacyjnych, na żywo, w praktyce - spotykając się z innymi kulturami.

Gdy nadchodzi druga klasa życie kręci się wokół komunii. Na zebraniach co jakiś czas pojawia się Pani Katechetka (albo ksiądz - zależy kto w szkole udziela lekcji religii) i pomaga ogarnąć różne sprawy organizacyjne. Rodzice mniej lub bardziej burzliwie dyskutują o tym gdzie zamawiać stroje, ile pieniędzy przeznaczyć na przystrojenie kościoła, ile na prezenty dla księdza, kto będzie pomagał w przybieraniu świątyni, kto pomoże sprzątać. Dzieci wkuwają kolejne formułki, karnie chodzą na próby. Szkoła wychodzi naprzeciw i ułatwia młodym katolikom życie w Białym Tygodniu.

Ja to akceptuję. Większość rządzi, taka już jest demokracja. Etyka? Chętnych było za mało. Nadal mnie to nie drażni, bo przeczuwam, że chętni pojawią się w przyszłym roku, kiedy żadna komunia nie zmusi dzieci do regularnego uczestniczenia w lekcjach religii (mąż właśnie wrócił z zebrania w szkole i potwierdził, od trzeciej klasy mamy etykę!). Więc staramy się przekazywać wiedzę o religii, a właściwie religiach w domu, na spacerach, podczas wyjazdów wakacyjnych, na żywo, w praktyce - spotykając się z innymi kulturami.

Nie organizowaliśmy synowi "alternatywnej komunii", żeby nie czuł się pokrzywdzony, nie zasypaliśmy go prezentami, bo nie uznaliśmy tego za słuszne rozwiązanie.

Kilka razy w ciąg tego komunijnego roku pytaliśmy syna, jak mu tam jest poza stadem. Kilka razy rozmawialiśmy trochę dłużej. Kilka razy potwierdzaliśmy rodzinie, że nie, syn nie idzie do komunii, kilka razy dla świętego spokoju jedną czy druga ciotkę zbyłam ogólnikami ( "tak, tak, w tym roku dzieci z klasy mojego syna idą do komunii, tak, to ten rok, tak") bo ile razy można toczyć tę samą, de facto jałową dyskusję, która do niczego nie prowadzi? Nie organizowaliśmy synowi "alternatywnej komunii", żeby "nie czuł się pokrzywdzony", nie zasypaliśmy go prezentami, bo nie uznaliśmy tego za słuszne rozwiązanie.

Temat religii nie dominuje naszego życia domowego. Ostatecznie jednak, skoro mamy już czerwiec i jest po wszystkim, emocje opadły a niektórzy zapomniawszy, że jeszcze dwa tygodnie temu biegali w białych, oznaczających czystość i niewinność strojach do kościoła, obrzucają się mięsem i kopią po kostkach, to może spytam po raz ostatni. "I jak synu, jak przeżyłeś tych kilka miesięcy, szczerze powiedz, spotkało Cię coś niemiłego?". "Ja ci to mamo, wszystko napiszę na komputerze, dobra?". I napisał:

"Przez to, że nie poszedłem do komunii koledzy mówili, że jestem dziwny i żalowy oraz rozpowiadali w szkole, ale mi to nie robi."

Czy ktokolwiek w szkole kiedykolwiek podjął temat tego, że ktoś może funkcjonować poza wspólnotą katolicką? Nie. Teraz, przez krótki moment, z powodów osobistych, zrobiło mi się "żalowo". Może zamiast akceptować rządy większości, trzeba było wywalczyć jakąś przestrzeń na rozmowę o inności? Wydawało mi się, znów naiwnie, że sprawę załatwia to, że jesteśmy w klasie integracyjnej - o inności, o życiu w jednej grupie z dzieciakami z Zespołem Aspergera, o tym, że jedni mają lepsze predyspozycje do biegania a inni do matematyki, pewnie już było w trakcie tych trzech lat sporo. Ale nie, dzieci nie dokonują takich śmiałych uogólnień, dzieci lubią przeciwieństwa. I lubią czuć się lepsze. A ja nie lubię robić wielkiego halo z naszych odmienności.

Może szkoda, może to nauczka dla matek przyszłych drugoklasistów, żeby zawczasu zadbały o to, by pewne tematy zostały omówione ZE WSZYSTKIMI DZIEĆMI, a nie tylko z własnymi. A może właśnie nie, bo wizja równości, jedności i powszechnej akceptacji to utopia, a dziecka nie można cały czas trzymać pod kloszem.

[Dopisek red.nacz.: to w ogóle jest bardzo duży temat.

Bo po pierwsze, czy dziecko, które nie jest katolikiem i wychowuje się w rodzinie niewierzącej jest automatycznie "ateistą"? Chyba nie. Ateizm wymaga świadomego wyboru, określenia swojego światopoglądu w sposób, który wykracza poza możliwości dziecka.

Po drugie polski rodzic niewierzący staje przed wyborem pewnej strategii: mimikry (czyli ochrzczę, poślę do komunii - aby nie odstawało), albo kontestacji (nawet jeśli nie ostentacyjnej) norm i obyczajów. Obie strategie mają swoje plusy i minusy.

Po trzecie, jak domagać się równych praw dla niewierzących i jednocześnie nie dać się zepchnąć do kotła "wojującego antyklerykalizmu"? Dyskurs jest tutaj mocno zdominowany...

A może to w ogóle problem tak nieistotnej mniejszości, że nie ma o czym mówić?]

Więcej o: