Trudna walka z samym sobą: kto tu będzie przegranym?

Każdy z nas doświadcza dysonansu poznawczego. A tak po ludzku - dysonans pojawia się wtedy, gdy czujemy się niemądrzy lub niemoralni. Burzy to nasze wyobrażenie o nas samych. No bo jakoś tak niefajnie jest uświadomić samemu sobie, że zrobiło się coś złego, albo wyszliśmy na głupka...

Miss OlguMiss Olgu

 

Nie wszyscy oczywiście odczuwają dysonans na tym poziomie. Psychopata nie ma wyrzutów sumienia i empatii, więc dla niego temat niemoralności raczej nie występuje. Dobra, ale nie gadajmy o psychopatach, bo to mroczny temat i mało przyjemny. Skupmy się na nas, osobach z prawidłowymi osobowościami :).

Ja palę papierosy ku niezadowoleniu moich bliskich. No bo z czego tu się cieszyć, że bliska osoba się truje. Moja mama nie omieszka mi zwrócić na ten temat uwagi za każdym razem jak u mnie jest lub jak ja jestem w odwiedzinach u rodziców. Zawsze mi mówi, że "jejku, jak zalatuje dymem".

Owszem zalatuje dymem, więc palę na balkonie:) Na pytanie "dlaczego palisz?" mam kilka odpowiedzi:

-Bo lubię,

-Bo i tak na coś trzeba umrzeć,

-Ojezuuu, Ty też paliłaś/paliłeś. Jak mi się kiedyś zechce, to rzucę to.

Uczucie dysonansu pojawia się dopiero wtedy, jak ktoś mnie przyprze do muru.

Tak naprawdę, to tymi odpowiedziami redukuję właśnie dysonans. Bo ja wiem, że palenie papierosów jest złe. Ja wiem, że prowadzi do poważnych chorób serca, płuc, raka i źle wpływa na wszystko w sumie. Ale staram się tę wiedzę dyskredytować, a raczej - usiłuję zmienić jeden z elementów poznawczych, który spowoduje, że "przestaję widzieć" związek między chorobą a paleniem. Po prostu to, co robię, jest niemoralne (palenie), ale jednak to robię. Jak jestem sama ze sobą, to się nawet nie zastanawiam dlaczego palę. Po prostu odpalam papierosa i tyle. Uczucie dysonansu pojawia się dopiero wtedy, jak ktoś mnie przyprze do muru. Moje uzasadnienia palenia nie spotkają się zapewne ze zrozumieniem wśród osób niepalących. I oto w tym wszystkim chodzi. Bo to ja przeżywam dysonans w związku z faktem palenia fajek.

Czasami bronię swoich racji zupełnie bez sensu, żeby tylko zredukować uczucie dysonansu.

Jeszcze lepiej jest, jak palnę jakąś głupotę i zaczynam się z niej tłumaczyć. A że ja zazwyczaj plotę trzy po trzy, to uczucie dysonansu towarzyszy mi często. No bo wiecie, przyznać się do błędu to wielka sprawa. Trzeba mieć wewnętrzną odwagę i trzeba wierzyć mocno w siebie. Tylko człowiek głupi nie popełnia błędów- czy jakoś tak to idzie. I owszem, ja przyznaję się do błędów ale nie zawsze. Czasami bronię swoich racji zupełnie bez sensu, żeby tylko zredukować uczucie dysonansu. Ja już nawet wiem, że te moje racje są funta kłaków warte, ale się zaprę i brnę w to dalej. Czemu tak się dzieje? Ano dzieje się tak dlatego, że przyznawanie się przed samym sobą, że się jest momentami idiotą niczym miłym nie jest... Zupełnie już fatalnie jest, kiedy występuje tzw. dysonans podecyzyjny- czyli podjęliśmy jakąś nieodwracalną decyzję, a tu siup, zaczynamy się zastanawiać czy to było słuszne.

-Rzucenie kwitem w pracy (ojej, a jak opłacę rachunki?)

-Rzucenie partnera (Eh, kurde mi jednak było z nim dobrze, chociaż mnie wkurza)

-Niekupienie butów :) (Ale przecież one były mi tak bardzo potrzebne, a nie ma ich już w żadnym sklepie)

Tutaj, żeby zredukować dysonans, zazwyczaj zaczynamy zniekształcać nasze sympatie i antypatie. Czyli zniekształcamy w naszych głowach ocenę danej sytuacji.

-Rzucenie kwitem (I co z tego, że nie mam na rachunki, ale mam w końcu święty spokój)

-Rzucenie partnera (Tak mnie wkurza momentami, że jak sobie pomyślę, to tych momentów jest więcej niż tych miłych sytuacji)

-Niekupienie butów (Bardzo dobrze, że ich nie kupiłam, mam już podobne. Na co mi kolejna para butów)

W przypadku nieodwołalności decyzji, uczucie dysonansu jest największe i najbardziej jednocześnie pobudza nas do jego redukcji. Najsilniej CHYBA uczucie takie może towarzyszyć podczas brania ślubu. No bo to tak już na zawsze i tylko z tą osobą i już nigdy więcej z nikim innym... Przecież wybierając się za mąż czy się żeniąc, nie myślimy od razu o rozwodzie czy śmierci ukochanego. I tutaj jak wiemy, każdy radzi sobie na swój sposób. Dla niektórych uczucie to jest tak silne, że zrywają zaręczyny, uciekają sprzed ołtarza itd. I nie musi to wcale oznaczać, że oni nie kochają tego partnera. Oni po prostu nie są gotowi na podjęcie "nieodwołalnej decyzji". Tutaj dochodzi dodatkowo pogodzenie się z własnym nieetycznym zachowaniem. No bo zerwałam zaręczyny- co ludzie powiedzą, skrzywdziłam partnera, skrzywdziłam swoich rodziców i jego rodziców itd, itd. Samonakręcająca się spirala. W końcu to osoba zrywająca jest tą złą - a nikt nie chce się tak czuć. Zrywający redukuje swoje napięcie poprzez mówienie sobie, że nie był gotowy na taką decyzję, że właśnie to, że zerwał, czyni go osobą dojrzałą. Bo nie chciałby, aby trzeba było przechodzić przez rozwód, a pewnie małżeństwo by się nie udało.

Każdy z nas ma inny próg odczuwania dyskomfortu podczas podejmowania jakichś decyzji lub robienia czegoś "złego".

Oczywiście to są tylko jakieś tam przykłady, a każdy z nas ma inny próg odczuwania dyskomfortu podczas podejmowania jakichś decyzji lub robienia czegoś "złego". O dysonansie powstają całe publikacje naukowe, ale ja chciałam tak tylko zajawić ten temat. Na koniec powiem Wam, że codziennie wieczorem w okolicach 22.00 robię się głodna jak wilk. I tłumaczę sobie, dlaczego nie powinnam jeść, albo dlaczego właśnie powinnam. No i tutaj często gęsto jednak kończy się na zniekształcaniu obrazu. Jem i mówię sobie, że głodna to nie zasnę, a rano pójdę na trening przecież... Czy idę zawsze na ten trening, który sobie obiecuję? NIE. I kółko się zamyka:).

A jak Wy sobie radzicie z dysonansem?

Więcej o: