Jak mnie załatwić jednym zdaniem: mężczyźni, którzy rozbierają głosem

...o tych wielu, naprawdę idących w dziesiątki, którzy zdejmują ze mnie bieliznę jednym, dobrze zaakcentowanym zdaniem (och tak, bo akcent i wymowa robią jakieś 50% tego czaru - staranne, zdradzające doskonałą szkołę, bezlitośnie sugestywne), nie napiszę tego wszystkiego wcale...

Lubię brzydkich. Nawet wolę. Tak mam. Już mniejsza, skąd mi się to wzięło, ileż się biedna musiałam naodpowiadać na: "Weeeeź, on ci się podoba? Wygląda jak... (na przykład jak samiec kota sfinksa, tak też bywało, owszem)". Jak tu wytłumaczyć, że nie podoba się, bo mam oczy i widzę, że ładny nie jest, ale strasznie na niego lecę, kolana mi miękną i ogólnie, no nikt nie wyrazi tego lepiej, niż doskonała swojego czasu Max Black oraz tak, jak pomyślę, to w sumie podoba mi się bardzo, tak bardzo, że aż.

max

Bo jakoś Natura - Suka jest co do zasady sprawiedliwa i oni, ci pozorni brzydale (och, nie znacie się, piękni są, mniam) nader często otrzymują w rozliczeniu cechy, których bym nie zamieniła na nic, za nic. Ja jestem takim wrażliwym kwiatuszkiem, wiecie, rozumiecie i te wszystkie cechy dostrzegam i odczuwam do tego stopnia, że nie ma mowy, żebym uznała za mało atrakcyjnego mężczyznę, który mówi takim głosem:

Słysząc powyższe wrażliwy kwiatuszek we mnie miauczy głosem pumy w rui i wstydzę się tego równie mocno, jak chcę więcej. Głos Mirosława Baki od lat łamie mi serce na drobne kawałki we wszystkich opcjach: w serialowej masówce i w "Demonach wojny", na każdej scenie i w każdym wygłupie, w każdym wywiadzie i kiedy czyta Sapkowskiego, zresztą niech czyta co chce, niech czyta podręcznik matematyki dla klas trzecich, niech tylko mówi, przy czym chcę też na niego patrzeć, bo tak pięknie gra gorzko - słodkie klimaty, taki mi smakuje jego weltschmerz, jego grawitacja, jestem groupie kompletnie obłąkaną, lecz nieszkodliwą, zapewniam, sądowy nakaz trzymania się z dala jest zbędny, proszę, nieeeeee.

Moja audio miłość może mieć sto lat i zaczynać wyglądać jak własna ciotka, być może nawet to dostrzegę w przebłysku trzeźwości, lecz wystarczy mi pięć sekund tego poniżej i słabnę bezkrytycznie, jak w ramionach dra Hałsa, (który zresztą też wokalnie nie jest od macochy, tak tylko wspominam, nie?).

Och, Alanie, mam pojemne serduszko, mowa tu o naprawdę imponującym litrażu, zmieścisz się tam we wszystkich wcieleniach i tonacjach, tylko mów do mnie, mów, nie przestawaj, dla mnie jesteś wiecznie młody i dziki, kiedy mówisz - zawsze widzę cię tak (oraz - Sharleen, ty szczęśliwa dziwko, ty):

Jestem starszą panią, dożywającą swych dni na obrażonej kanapie, ma to swoje zalety, pamiętam bowiem dokładnie, jak to było, kiedy cudownie męski mężczyzna zbyt dobrze zagrał dwie role: neurotycznego zniewieścialca i przerysowanego - zgodnie z duchem pierwowzoru - groteskowego arystokraty. Odezwały się wtedy te, no, jaszczurcze głosy, poszły w ruch wężowe języki, świt zakrył bladymi dłońmi poczerniałą od zgrozy pożarów twarz i lilie nagrobne zapachniały z rozpaczą. Nie lubicie Mniszkówny? Ja uwielbiam, nic tak nie dyscyplinuje frazy jak kwadrans z mistrzynią. Dyscyplinując więc frazę - chyba was, moi drodzy, pogięło. Teleszyński mało męski? Teleszyński zniewieściały? Teleszyński niewrażliwy na wdzięki pań? To proszę posłuchać darmowego fragmentu. Ja już posłuchałam i idę uzupełnić płyny, a wy macie, o TU.

Każdy kij ma dwa końce, brzydal może urokiem zwalać z nóg, a długorzęsy, aksamitnooki mężczyzna może być  doskonale wychowanym, po staroświecku szarmanckim, dyskretnie skrywającym bestię, chodzącym testosteronem. Zresztą ok, dobra, hołdujcie tym omszałym oszczerstwom, proszę bardzo, ja go będę wielbić sama, ja, tylko ja będę jego Oleńką, impetycznie olewającą Jędrusia, jego Stefcią Rudecką, której na złość ani się śni odwalać kitę, będe pomocną Anną Roche dla redaktora Maja i wszystkim, wszystkim, co nie wymaga sprawnych kolan, bo te, po raz trzeci tego wieczora są jak z ciepłej plasteliny.

Wiecie, mam wrażenie, że się krępująco rozpędzam i za chwilę lista moich usznych miłości straci wszelki umiar i granice. Nie napiszę więc o tym, jak mnie cudownie przeraża głos Zborowskiego i to, co Zborowski potrafi głosem wyczyniać,  jak chodzę na wszystko z Więckiewiczem, bo Więckiewicz tak potrafi, że wierzę, we wszystko, co powie, nie wspomnę o tych wielu, naprawdę idących w dziesiątki, którzy zdejmują ze mnie bieliznę jednym, dobrze zaakcentowanym zdaniem (och tak, bo akcent i wymowa robią jakieś 50% tego czaru, staranne, zdradzające doskonałą szkołę, bezlitośnie sugestywne), nie napiszę tego wszystkiego wcale, zostawię was tylko z takim nieoczekiwanym - bo w głowie nadal Clay Morrow - bonusem. Naprawdę, czasem lepiej mieć otwarte uszy, niż oczy.