Polski Bałtyk? Nie, dziękuję - wolę szwedzki, łotewski lub estoński

Przeludnione Kąty, bananowy Hel, wieśniackie Mielno i przereklamowane Międzyzdroje. Bałtyk nasz kochać trzeba i szanować. A ja z miłą chęcią zdradzam "nasz" Bałtyk. I wcale z południowymi morzami, po prostu wybieram cudze wybrzeże.

Już słyszę, jak nadmorskie lobby hotelarskie ładuje Uzi i jedzie spuścić mi łomot. Już widzę tych patriotów, którzy grożą mi pięścią. Bo jak to tak fochować się?

Owszem. Morze nasze samo w sobie uwielbiam. Ma swój urok i ma te momenty, dla których warto poświęcić osiem do dziewięciu godzin w pociągu. Niestety nie w wakacje. Te przywodzą momentalnie łomoczącą z głośników, samochodów i pobliskich kwater muzykę drugiej kategorii i trzeciej świeżości, atakują feerią barw chińskiego badziewka, kołyszą już samym rozbujaniem zabawek typu "wrzuć dwa złote i patrz jak twoje dziecko przez pół minuty giba się na słoniku" i otumaniają swądem smażonej ryby, panie, prosto z mrożonki, którą mrozili jeszcze dziś z rana rybacy.

foch.pl Estonia, szczyt sezonu

Nad morzem polskim, piastowskim, naszym można spotkać więcej sąsiadów niż u siebie w mieście. Można też wpaść przypadkiem na nauczycielkę matematyki z podstawówki, wreszcie zostać rozjechanym przez jakiegoś tępaka, który bryluje jeżdżąc w te i z powrotem po całej miejscowości, bo drzwi jego fury otwierają się do góry. Wieczory słodkie i upojne, wieczory romantyczne, to czas, gdy jakaś znana i lubiana przez Polaków z Polski marka piwa przytaszcza w pobliże polskiego, naszego, ukochanego morza scenę i głośniki, oraz zaprasza fajnych artystów, żeby śpiewali o życiu i miłości o tym co jest i co minęło, i o tym, że fajnie, dłoń, broń, serce, więcej, ja lecę. Lato wszędzie. Lato na maksa. Jak dobrze trafić, można też usłyszeć, że ona tańczy dla niego na rurze, to gorące ciało, może zdziałać niemało i tak dalej. Ryba prawie wszędzie śmierdzi tak samo. Frytki też.

Dobrych kilka lat temu odkryłam, że moje najlepsze wakacje nad polskim morzem zaczęły się w połowie września i spędziłam je porzucając ulokowany w takim leśnym Nigdziebądź ośrodek na rzecz samotnych spacerów plażą. Moczenie nóg w chłodnym morzu, delektowanie się pustką, przepuszczanie wiatru przez palce i czekanie na nadchodzący sztorm. Zero fajnej muzyki, zero pamiątek, zero innych plażowiczów, wreszcie zero upałów. Pewnie dlatego ostatnie kilka lat z przyjemnością poświęcaliśmy na rodzinne eskapady na północ. Szwecja, Łotwa, Estonia, szybka wizyta w Helsinkach. Tak, nadal mam w sercu Bałtyk, ale bardziej ten cudzy.

foch.pl Łotwa, szczyt sezonu, 26 st.

Szwedzki jest uroczy, bo piegowaty od małych skalnych wysepek z jeszcze mniejszymi, rudymi domkami, czasem biały od żaglówek i promów. Fiński wyparłam z pamięci, bo podróż wodolotem przyprawiła mnie o mdłości, jakich nie zafundowała mi wcześniej żadna z ciąż. Łotewski jest cudny. Półwysep Kolka ma wszystko to, co zbiorowa pamięć moich rodziców utrwaliła jako archetyp morskiego wypoczynku. Nawet w sezonie, czyli w czerwcu i lipcu trudno tu o tłumy na plaży, piasek wciąż jest sypki, sosny pachną żywicą, bryza nie ziębi a orzeźwia, a miejscowi są gościnni i pomocni. Rybacy wciąż wędzą własnoręcznie złowione ryby w przydomowych wędzarniach a potem wystawiają je na sprzedaż. Po zwyczajnych cenach, ani za wysokich, ani też jakoś szałowo niskich, ot zgarniają należną marżę. Co robiliśmy na Kolce? Przez kilka dni szlajaliśmy się beztrosko po okolicy. Witaliśmy dzień pijąc samemu zaparzoną kawę jednocześnie mocząc nogi w morzu.

foch.pl Haapsalu, godz. 21.30

Jeszcze bardziej bajecznie było w Estonii. Estoński Bałtyk w czerwcu to marzenie rodziców z małymi dziećmi. Zwłaszcza w Haapsalu. Małe, płytkie zatoki sprawiają, że woda jest ciepła, ale nie zarasta glonem. Długie dni powodują, że można się taplać w promieniach słońca nawet o 22:00. Jest spokojnie, po skandynawsku czysto, a po słowiańsku serdecznie. A przy plażach są place zabaw.

Hiuma, mała wysepka usiana pomnikami postaci z lokalnych legend poukrywanymi w najróżniejszych często zaskakujących miejscach (jakieś chaszcze na rozstaju słabo uczęszczanych dróg) kupiła nas tym, że w pełni sezonu liczebność osiągała tu w porywach stan bliski Dębkom zimą. W sercu wsi oddalonej od naszego kempingu dawali za to 15 odmian cydru i darmowe wi-fi dla wszystkich. A po drodze na kolejny bezludny cypel ktoś zbudował gigantyczną huśtawkę. Huśtawki dla dorosłych to taka estońska tradycja.

foch.pl Hiuma, edukacyjna zabawa kamyczkami

Saaremaa, sąsiednia, większa wyspa za to oferowała setki atrakcji. Plażę i morze też, bo czemu by nie, ale nad samą plaża jakiś zamek, jakieś latarnie morskie, stare kościoły i wiatraki, których na palcach obu rąk nie dało się zliczyć. Trudno. Serce utopiliśmy więc w Bałtyku bardziej północnym. Tym, który można było podziwiać z tej samej ławeczki, na której siadał dawniej Piotr Czajkowski. Tym, który nie dał się osaczyć tandetnym straganom i zagłuszyć nachalnym dźwiękom. I pachniał raz to świeżością bryzy, innym razem jałowcowym dymem. Ech, och, ten łotewski, estoński, szwedzki Bałtyk. Mój ci on.

Na deser jakaś banalna pioseneczka od miłych ludzi z Estonii, którzy w zeszłym roku zagrali chyba w każdej wsi i miasteczku, które nawiedziliśmy na naszej trasie. A skończyli w Sopocie.

Więcej o: