Dobija mnie promowanie się idiotek: o wywiadzie z Iloną Felicjańską

Są takie wywiady, które aż przykro jest czytać. Głównie ze względu na zażenowanie, które rośnie z każdą kolejną stroną. Takie uczucie towarzyszyło mi podczas zapoznawania się z wywiadem przeprowadzonym z Iloną Felicjańską.

Wywiad ukazał się w formie książkowej, w końcu tak się na pewno drożej sprzeda. No i taka moda. A zwłaszcza na brudne sekreciki, wstydliwe sprawki i dramy rodem z serialu "Dynastia". Bo jak się promować, to już z pompą, to już na maksa, bez spoglądania na to z boku. I pewnie dlatego tak koszmarnie żenująco.

Nie będę dziś pierwszą osobą, która to napisze, ale naprawdę muszę. Sprawia mi fizyczny wręcz ból autopromocja idiotek i wspieranie egoistycznych pragnień celebrytek. Umówmy się, że Ilona Felicjańska nie jest nawet gwiazdką, jest miniaturą celebrytki, a to, w jaki sposób promuje swoją osobę, jest zaiste odrażające.

Oczywiście bardzo zacnym znajduję fakt, że po słynnym wypadku samochodowym, spowodowanym nadużyciem alkoholu, Felicjańska miała odwagę przeprosić, przyznać się do choroby alkoholowej i stawić czoła tej nieprzyjemnej sytuacji. Tylko że to był ten idealny moment, aby skończyć i zgodnie z deklaracjami poświęcić się odbudowywaniu rodzinnego życia i świętego spokoju. Jednakże zamieszanie medialne wokół tej sprawy zadziałało na naszą gwiazdkę jak koło zamachowe...

I machina ruszyła. Najpierw sesyjki dla kolorowych czasopism, parę groszy więcej w kieszeni. Za kolejne grosze słynna okładka, na której Matka Roku pokazuje swoich bardzo szczęśliwych synów. I może dobrze się stało, że ta okładka powstała, bo jest spora szansa, że będzie to jeden z ostatnich uwiecznionych momentów tego "rodzinnego szczęścia".

Felicjańska z synamiFelicjańska z synami

Bo jakbym miała taką matkę, to spaliłabym się ze wstydu nie raz, ale dwa razy. Są rzeczy, których o swoich rodzicach wiedzieć się nie powinno, nie powinno nigdy usłyszeć. Zwłaszcza jeżeli ma się właśnie około dwunastu lat, dostęp do internetu i mamę wątpliwej sławy. Łzawe wyznania są oczywiście w cenie, ale czy naprawdę wypada zarabiać na krzywdzie własnych dzieci? Och, na to Felicjańska oczywiście też ma przemyślaną odpowiedź. Interesujące to pytanie zadała już bowiem ta niedobra Karolina Korwin Piotrowska, gdy wydano książczynę Felicjańskiej "Wszystkie odcienie czerni".

Felicjańska odpowiada: "Ona nie ma dzieci, więc nie ma pojęcia, co znaczy ich posiadanie, nie wie, jaką bliskość się z nimi tworzy. Uprzedziłam chłopców, że może być znowu o mnie głośno, bo napisałam książkę erotyczną, która jest postrzegana jako skandal. Wiedzą, co to jest erotyzm, że to jest książka dla dorosłych i fakt, że to ja ją napisałam, nie znaczy, że jest o mnie. Przecież to jest jasne, że dzieciom wystarczy powiedzieć: Nie puszczam się, nie jestem prostytutką. To, że napisałam taką książkę, naprawdę uderza w moje dzieci? W jaki sposób?"

Po przeczytaniu tej odpowiedzi, bawi mnie niezmiernie wcześniejsza wypowiedź "chyba nie jestem głupia i naiwna". I naprawdę chcę tu powiedzieć wprost - no przykro mi Ilono, uważam, że jednak jesteś. Zwłaszcza jeżeli uważasz, że to słodkie zdanko przy porannym kakao naprawi wszystkie rzeczy, które twoje dzieci usłyszą już wkrótce, przeczytają w internecie. I myślę, że możesz im do usrania tłumaczyć, że ci ludzie to debile, że nie mają racji, że to tylko trolle z sieci. Bo ta szkoda została już wyrządzona, a jeżeli będziesz się tak bawiła, to będzie tylko gorzej.

No i w zasadzie to gorzej jest, a ściślej - już w tym samym wywiadzie, w którym Felicjańska sprzedaje swoje wychowawcze mądrości. Bo o ile głupia do bólu powieść erotyczna może jeszcze jakoś zostać... ekhem... łyknięta, to od wyznań z wywiadu włos jeży się na głowie. Ale kasa do skarbonki leci. Dobrze, będzie na terapię dla Młodych.

Nie ma to bowiem jak poczytać sobie urokliwe opisy pożycia małżeńskiego własnej mamusi. O taki jak ten, który już lotem koszącym przelatuje przez wszystkie serwisy sieciowe:

"-Gdy mówisz 'obowiązki małżeńskie', myślisz o seksie?

- Tak. Przychodził i... dobrze, powiem to... kazał sobie robić laskę, bo jestem jego żoną i to jest mój obowiązek. Pewnego razu, tuż po moim powrocie ze szpitala po próbie samobójstwa, znowu przyszedł. Powiedziałam mu: 'Czy jeśli kiedyś zastaniesz mnie ze sznurem na szyi, to zanim wykopnę spod siebie krzesełko, też każesz mi zrobić sobie laskę?"

Miło też zapewne dowiedzieć się paru rzeczy o gachach mamusi, próbie samobójczej, dość intrygującym podejściu do małżeństwa i jeszcze paru innych sprawach. Może te informacje zostaną zagłuszone przez brzęk spadających złotówek, za które można dzisiaj kupić wszystko. Nawet cudze dzieciństwo i godność.

W trosce o dzieci mam poradę, jak zarobić więcej mamony (poruszyły mnie te łzawe wyznania o życiu w biedzie), mam zatem pomysł na sesję foto. Widzę bohaterkę w eleganckiej sukni i naszyjniku z pereł, klęczącą na kosztownej posadzce, męska ręka popycha ją w stronę rozporka nienagannie skrojonych spodni. A na drugim planie dwóch płaczących chłopców. Już ich znamy z innej okładki. Przetrenowani, odporni, przecież mama już im wytłumaczyła.

Drogie tabloidy, macie na to copyright. Mam nadzieję, że zapłacicie przyzwoicie. Bo przestraszyła mnie wizja wydania drugiej powieści...