"Trzeba mieć etat, żeby zajść w ciążę" - dlaczego pracodawcy nie chcą zatrudniać Polek?

- Zbyt dużo pań w tym kraju ma niskie lub żadne ambicje. Idą do pracy, bo z pensji męża na wszystko nie wystarczy. Niestety, według naszych smutnych statystyk prawdziwe problemy zaczynają się przy ciąży i wczesnym rodzicielstwie - twierdzi pracownica międzynarodowej korporacji (mającej swój oddział na północy Polski), która zajmuje się rekrutacją. Jej firma właśnie zrezygnowała z zatrudniania pracowników z Polski oraz odwołała plany utworzenia kolejnych placówek. Podobno dlatego, że z Polkami nie da się normalnie współpracować.

W zagranicznych korporacjach - jak mówi nasza rozmówczyni - panuje przekonanie, że Polki mają roszczeniową postawę i wykorzystują pracodawców (choć de facto mowa jest głównie o przypadkach w granicach wytyczonego w Polsce prawa). W maju 2013 przegłosowano dodatkowo zmiany w kodeksie pracy, dotyczące między innymi urlopów macierzyńskich. Wydłużono urlopy, co  oznacza dodatkowe koszty po stronie i pracodawców, i państwa. Matki chwalą, pracodawcy jednak mają obawy i coraz częściej można usłyszeć wypowiedzi "nie zatrudnię już kobiety". O co właściwie chodzi pracodawcom i co nam, kobietom, może grozić w przyszłości?

Międzynarodowa korporacja, w której pracujesz, właśnie zamroziła zatrudnienia nowych pracowników w Polsce i zrezygnowała z otwarcia kolejnych filii. Okazało się, że przyczyną jest "brak zaufania do rynku ze względu na problemy z powrotami kobiet do pracy i wypełnianiem przez nie obowiązków zawodowych", czyli nadużywanie prawa przez kobiety. O co w tym naprawdę chodzi? Przecież podobno Polki są ambitne, cenione i chcą robić kariery, zwłaszcza w międzynarodowych firmach?

- Oczywiście, na spotkaniu rekrutacyjnym dziewczyny zawsze powiedzą, że są nowoczesne, zorientowane na karierę i mają żądzę rozwoju. A później z plotek "na papierosku" dowiadujesz się, że szukały pracy, bo trzeba spłacać kredyt, a mąż się awanturował. Albo że trzeba mieć etat, żeby móc zajść w ciążę i korzystać z abonamentu medycznego firmy. I to jest mówione głośno i otwarcie. Osłabłam, kiedy nowa dziewczyna, z którą osobiście prowadziłam rozmowę kwalifikacyjną ,rzuciła mi takim tekstem parę tygodni później, podczas prywatnej rozmowy na papierosie. Czy ona zapomniała z kim rozmawia? Wątpię. Dla niej to nie był powód do wstydu, tylko norma. Powinnam ją zapewne poprzeć!

Moim zdaniem zbyt dużo pań w tym kraju ma niskie lub żadne ambicje. Idą do pracy, bo z pensji męża na wszystko nie wystarczy. Niestety, według naszych smutnych statystyk prawdziwe problemy zaczynają się przy ciąży i wczesnym rodzicielstwie.

OK, o złych babach na zwolnieniach i urlopach macierzyńskich mówi się niby bez przerwy i, jak słusznie kiedyś zauważyła jedna z waszych czytelniczek, głównie cięte są na to kobiety. Niby powinny rozumieć i być współczujące, bo kiedyś może czekać je to samo. Jednak trudno się tym wkurzonym kobietom dziwić, skoro - według naszej zagranicznej specjalistki od HR - za dwa lub trzy lata nie będziemy mieli gazetowych nagłówków o dramatycznym bezrobociu, ale wieści o dramatycznym bezrobociu wśród kobiet 25+.

Mówiłaś, że twoja firma jest przyjazna matkom. Skąd zatem zmiana podejścia do tematu uprawnień rodzicielskich?

- Każda międzynarodowa firma chce być "mother friendly", bo to są certyfikaty, dobry PR i ogólnie promocja. Nasze podejście podkreślamy na każdej rozmowie kwalifikacyjnej: nikt nie zrobi dramatu z ciąży i normalnego urlopu macierzyńskiego. Nie ma problemu z BHP - 4 godziny przed komputerem dziennie, ewentualnie na życzenie dostajesz laptopa i możesz pracować z domu, choćby i z łóżka w piżamie, jeśli tak ci wygodnie. Możesz jechać do matki na drugi koniec kraju i klikać stamtąd. Firma się cieszy, szykuje dziecku wyprawkę.

I wszystko działało doskonale, dopóki nie weszliśmy na polski rynek. Moja firma jest jak na polski rynek dość hojna: właściwie każdy, kto dobrze pracuje i się sprawdza, dostaje po trzech miesiącach umowę na czas nieokreślony. I wszystko pięknie, ale... Ostatnio zatrudniliśmy dziesięć kobiet i dziesięciu mężczyzn, po okresie próbnym wszyscy dostali etaty. Teraz mamy, niestety, tylko siedem dziewczyn, bo pozostałe trzy są na zwolnieniach. Poszły na nie wkrótce po tym, jak dostały etat (dosłownie kilka miesięcy temu). I to nie jest pierwszy raz.

Ktoś może powiedzieć, że trzy dziewczyny to i tak mało, a firma przecież bogata, zapłaci? OK, ale nadal to jest 30 proc. zatrudnionych kobiet- i tak jest z każdą falą rekrutacji.

Ale na czym dokładnie polega dla firmy problem z ciążą pracowniczki? Przecież to wszystko brzmi bardzo dobrze i faktycznie przyjaźnie.

- Oczywiście, na początku wszystko wygląda zawsze ładnie. Mania się chwali, wszyscy gratulują, ja się cieszę, bo ona się cieszy, kombinuję jak to teraz wygodnie dla wszystkich urządzić. Mania, oczywiście, mówi, że przeszkoli kogoś na zastępstwo. Szukam zastępstwa. Nie zdążę jeszcze poumawiać się na rozmowy, a tu nagle zwolnienie. Może? Może. Podważysz święty argument zdrowia dziecka? Zaszlachtują cię jak w uboju rytualnym.

To co dzieje się dalej? Przez miesiąc szukam na gwałt sensownego pracownika. W tym czasie pracę Mani wykonuje reszta zespołu, która ma przecież także swoje zadania. Za Manię pracuje jej kolega Grześ. Sam ma dwójkę dzieci i przez miesiąc nie będzie się z nimi bawił wieczorami, bo odwala cudzą pracę. Pomaga mu Wera, najlepiej jest ładnie poprosić ją, bo jest singielką. Mania wspiera kandydaturę Wery z ulgą, bo (cytat autentyczny) "da radę, ma kupę czasu, cóż ona może robić wieczorami?" Sama jestem singielką, zatem zaciskam zęby i milczę.

Ktoś zapyta, czy oni muszą za nią pracować. Większość na początku chce, bo są zespołem i im zależy. Ale wytrzymałość jest ograniczona. Ja przez cały czas ciągnę tę rekrutację, bo wiem, że jak nie będzie dodatkowej pary rąk, to nie wyrobimy, projekt się przesunie, pracownicy nie dostaną premii, bonusowego urlopu. Lubię swój zespół, biorę więc kawałek działki Mani i pomagam, ale wiem, że tak długo nie pociągniemy. Grzesia opieprza żona, że tyra po godzinach, Wera ma dość i boisz się, że odejdzie, Gaba zdradza objawy nerwicy (nie będzie premii, a chciała spłacić więcej kredytu).

I to jest ten moment, w którym dzwoni twój zagraniczny szef. Oczywiście, głównym tematem jest Mania - no, jest przecież w ciąży. Super nowina, szef się cieszy. Potem tłumaczysz ostrożnie, że Mani już nie ma. Zapada cisza na linii. Szef jest przerażony, że Mania ma ryzyko poronienia, albo że już leży pod kroplówką. Tłumaczysz, że nie, że czuje się super, badania też super, no, po prostu ma zwolnienie. Ma do tego prawo. Czujesz absurdalność ostatniego zdania i nie wiesz, co tu można rzec, żeby nie powiększyć zażenowania. Ale jest OK, trzymamy się, projekt idzie planowo - tylko musimy z budżetu wysupłać na nadgodziny (tak, w naszej firmie się płaci).

Ale masz też dobrą wiadomość: mamy nowego pracownika, przyjdzie za miesiąc, udało się, a to super, bo normalnie okres wypowiedzenia trwa trzy miesiące. Biegniesz też do zespołu oznajmić wieść "Habeamus pracownikus"! Jest radość. Krótka. Nowa dziewczyna (tak, zwariowałam i zatrudniłam dziewczynę) wydaje się miła, inteligentna. Ogarnia. Po trzech miesiącach nie odczuwamy już braku Mani i dajemy nowej dziewczynie umowę. W końcu się sprawdziła. Projekt zapowiada się super, szef się cieszy, że polska ekipa znowu w grze.

Czyli nie jest tak źle, bo udało się rozwiązać problem. Skąd zatem narzekanie?

- Nie znasz dalszego ciągu. Mijają dwa miesiące. Dostaję maila od naszej nowej koleżanki: "Możemy pogadać?". Pewnie, że możemy. Dziewczyna właśnie wróciła z fajnego szkolenia, może ma jakiś nowy pomysł. "Jestem w ciąży" - słyszę na wejściu. Krew odpływa mi z twarzy. Idziecie powiedzieć zespołowi. Chłodno gratulują. Wera pewnie pójdzie w diabły. Gaba zostanie i się wykończy. Grzesiek niechybnie się rozwiedzie. Mój urlop właśnie odjechał tak na co najmniej pół roku, projekt jawi się jako zgliszcza.

Zostawiasz towarzystwo w lodowej jaskini i dzwonisz do szefa, który chłodnym głosem oznajmia, że tym razem sam przeprowadzi rekrutację. I zatrudnia faceta. I nie, nie w Polsce. W Wielkiej Brytanii, choć nadal do mojego lokalnego zespołu. Bo do niego można mieć zaufanie. Do polskich pracowników już go nie ma. Jakimś cudem potem te nowe stanowiska, co miały otwierać się w Polsce, otworzą się gdzieś indziej. Oczywiście, oficjalnie szef nie powiedział skąd ta zmiana. Ale fraza, że nie czuje się z nami pewnie, mówi wszystko...

Konkrety usłyszałam od naszej specjalistki od HR na wewnętrznej konferencji, na której przedstawiła statystyki zatrudnienia w polskich siedzibach. W sumie 60 proc. kobiet zatrudnionych w ciągu ostatnich dwóch lat jest aktualnie na zwolnieniach i urlopach. Żadna z nich nie pracowała w firmie dłużej niż rok.

Ale może aż tak nie demonizujmy. Przecież wiele kobiet spokojnie wraca do pracy po macierzyńskim. Oczywiście, muszą zwykle nadrobić zaległości i przystosować się od nowa, ale czy naprawdę to jest taki problem?

- Trafiłam na taką współpracowniczkę raz. Interesowała się tym, co dzieje się w firmie już pod koniec urlopu i wróciła w miarę zorientowana. Niestety, pozostałe przypadki były znacznie gorsze. Dziewczyna niby chce pracować ale... maluch został w domu, trzeba więc dzwonić co pół godziny. Czy zjadło, czy odbiło mu się, czy mu się nie odparzyło, a skąd ten kaszelek, a ile spało? Bez skrępowania mówi, że ona to by w sumie z dzieckiem siedziała ale musi tę pensję przynieść. Chce przede wszystkim spokojnie i bez wysiłku. Nie chce się rozwijać i awansować.

Aktualne prawo pozwala na takie rozwiązania, dlaczego zatem zżymamy się, że kobiety z niego korzystają. I dlaczego obwiniamy je, a nie prawodawcę? Bo wygląda to na skandaliczną niesprawiedliwość.

- A kto będzie obwiniał prawodawcę, który pozwala kobiecie na maksymalne wykorzystanie takiej sytuacji? Mogą obwiniać go firmy, owszem. Mogą lobbować za zmianą prawa. Ale wyobraź sobie, co ryzykują partie, które poprą w Polsce taki pomysł? Przecież to byłby koniec świata. Prawo mamy w tej chwili bardzo wygodne dla sprytnych kobiet, które potrafią je wykorzystać. To z kolei budzi niepokój u tych dziewczyn, które wiedzą, że na takich zachowaniach "koleżanek" mogą dużo stracić.

Tak naprawdę nowe prawo dotyczące urlopów macierzyńskich bardzo nam zaszkodziło. Nowe przepisy pozwalają na naprawdę długą nieobecność w firmie, której koszty ponosi w dużej mierze pracodawca. Bo ZUS płaci, za co płaci, ale już za późniejsze urlopy (do których kobiety nabierają prawa w czasie macierzyńskiego), zastępstwa, przeszkolenie pracowników i kłopoty wynikające z nieprzewidzianej (czyli znacznie wcześniejszej niż to przyjęte) nieobecności płaci pracodawca.

Do tego mówi się jeszcze, że to przecież firma jest zła, bo interesuje ją kasa i że chce wykorzystywać maksymalnie pracowników. U nas chęć do zarabiania pieniędzy myli się z chciwością, a to dwie różne rzeczy. Firma jest nastawiona na zysk i po to zatrudnia ludzi. I nie ma żadnego obowiązku zajmować się problemami demografii polskiej!

Ciężko mi uwierzyć, że nie macie podobnych problemów w innych krajach. To naprawdę zaczyna wyglądać na osławione szczucie Polek na Polki.

- Dziewczyny w Wielkiej Brytanii (mam dużo doświadczeń z tym rynkiem) pracują zwykle do porodu. Tam naprawdę trzeba mieć w ciąży ogromny kłopot ze zdrowiem, żeby dostać zwolnienie lekarskie. Oczywiście, zdarzało się, że ktoś był przykuty do łóżka i nie było mowy o pracy, ale to są naprawdę sporadyczne wypadki.

I dlatego, gdy usiłowałam wytłumaczyć problem moim szefom z Londynu, oni nie mieli pojęcia, o czym ja w ogóle mówię. A jak do nich to wszystko dotarło, najpierw były żarty o "dziwnym powietrzu w Polsce", potem szok, aż w końcu zamrożenie zatrudnień w Polsce.

To jest naprawdę niedobre, że nie możemy z kandydatką omówić jej planów rodzinnego rozwoju podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Przecież jesteśmy ludźmi, to są ludzkie sprawy i gdyby było wolno o tym rozmawiać, bylibyśmy w stanie odpowiednio zabezpieczyć i pracownicę i siebie. Chcesz zajść w ciążę? To super, ja się szczerze ucieszę i ci pomogę, ale ustalmy sobie, jak to ma wyglądać. Oczywiście, nigdy nie można przewidzieć wszystkiego, ale zawsze można się dogadać. Przyjdź do mnie i powiedz: "Jestem w ciąży/planuję, spodziewany termin to XXXXX, chcę pracować tak długo, jak będę mogła, ale nigdy nic nie wiadomo, znajdźmy może już stażystkę, którą na wszelki wypadek wdrożę".

Niestety, z reguły jest cisza, potem nagle na moim biurku ląduje zwolnienie, bo "niby nic się nie dzieje, ale lekarz powiedział, że komputer może zaszkodzić dziecku". Myślisz sobie, że pewnie i racja, trudno, trzeba to ogarnąć. A potem krew cię zalewa, jak się okazuje, że komputer taki szkodliwy, ale Facebook to niweluje i w domu to można i 12h przy nim siedzieć, wrzucając linki do dziecięcych mebelków na Allegro.

Nie chcę uciekać się do stereotypu, że w Polsce lepiej kombinować niż się starać. Ale chyba jednak tak myślę. Bo jak słyszysz w telefonie płaczliwą informację o zagrożonej ciąży i miesiącach w łóżku, a tydzień później na parkingu w IKEI widzisz, jak zagrożona ciąża dźwiga regał do pokoju dziecięcego, to co masz myśleć?

Czyli podczas rozmów kwalifikacyjnych staracie się o tym mówić, ale ostrożnie?

- Nikt tego głośno nie powie, ale już teraz już przy pierwszym etapie rekrutacji odrzucamy często panie około trzydziestki, z podwójnym nazwiskiem - tak na wszelki wypadek. Co mądrzejsze dziewczyny same wpisują "niedozwolone" informacje w CV, ale to już jest ten etap, na którym nie mamy zaufania nawet do "zdeklarowanych lesbijek". To jest dramat.

Czy pomimo tej trudnej sytuacji nadal prowadzisz rozmowy w Polsce? Wiemy już, że nie otworzycie nowych siedzib, ale czy w ramach istniejących szef już odpuścił?

- Rozmowy prowadzę, ale nie w Polsce.

Komentarz od Redakcji Foch.pl:

Nie ma lekko. Młoda kobieta jako pracownica jest zakładniczką brzucha. Bo opisane w wywiadzie zachowania to niejedyne okołociążowe patologie na rynku pracy.

Nasza rozmówczyni zarzuca kobietom, które zachodzą w ciążę, brak ambicji i kombinatorstwo. OK, pójść na całą ciążę na zwolnienie, choć nie ma wskazań medycznych, to nie jest fajne zachowanie ze strony pracownicy. To jest kłopot dla pracodawcy i tych, którzy będą musieli podjąć porzucone z dnia na dzień obowiązki.

Ale to zjawisko, które faktycznie może przynieść ponure konsekwencje w postaci wzrostu bezrobocia wśród młodych kobiet, ma więcej niż jeden wymiar. Dziewczyny nie grają fair, ale nie są też fair traktowane. Stąd pewna nieufność we wzajemnych kontaktach: bo może zajdzie? bo może mnie zwolnią?

1. Etat to coraz częściej trudny do zdobycia święty Graal. Pracodawcy wolą zatrudniać na śmieciówki, zwłaszcza kobiety w wieku rozrodczym. Wtedy ciąża jest tylko i wyłącznie problemem pracownicy.

2. Inną stosowaną przez pracodawców techniką jest zatrudnianie pracownicy na etat dopiero, kiedy zajdzie w ciążę i zmuszanie jej do wzięcia zwolnienia. Wtedy koszt zatrudnienia ponosi ZUS.

3. Lekarze wypisują zwolnienia jak zalecenie łykania kwasu foliowego. Niby ciąża to nie choroba, ale gdyby doszło do komplikacji, to doktor jest kryty - kazał siedzieć na zwolnieniu.

Do tego dochodzi ogólna etyka pracy, traktowanej jako zło konieczne - w takim krajobrazie społecznym kiedy jesteś dwudziestoparo- czy trzydziestolatką i dostajesz ten wymarzony etat, to naprawdę mocno kusi, by się rozmnożyć TERAZ (o ile w ogóle masz takie plany. By się rozmnażać). I odpuścić sobie robotę, bo przecież ona nie jest najważniejsza.

Ale jest też druga strona - ja ją reprezentuję: urodziłam dwójkę dzieci pracując na śmieciówkach. Było to możliwe tylko dzięki temu, że moi bezpośredni przełożeni byli bardzo przyzwoitymi ludźmi i potraktowali formalną umowę o dzieło jako de facto umowę o pracę - nie zostałam zwolniona, mogłam też posiedzieć na macierzyńskim w domu. Owszem, szybko wracałam do pracy. Owszem, przepracowałam obie ciąże do końca. Nawet leżąc w szpitalu na patologii ciąży w związku z komplikacjami, pracowałam.

Czy to powinno być normą? Nie wiem. Ale rozumiem laski, które traktują etat jako gwarancję dla swoich planów rozrodczych. Pewnie nie robiłyby tego, gdyby miały większe zaufanie, że pracodawcy potraktują je w razie czego przyzwoicie.

red.nacz. Kasia Nowakowska