Punkowe poszukiwania straconego czasu - recenzja książki Jaroslava Rudisa

Ostatnio rządzą mną sentymenty. O kasetach już pisałam, a wspominam je znów, bo nawet lektury takie jakby bardziej sentymentalne wybieram. Może jeszcze nie czas polecać "W stronę Swanna", a Marcel Proust jest zawsze spoko - to jest gdzieś blisko. Pierwszą książką, którą pochłonęłam w te wakacje był ozdobiony ilustracją taśmy magnetofonowej "Koniec punku w Helsinkach". Tytuł doskonale zaś oddaje wymowę treści.

Nigdy nie byłam punkiem w tym dosłownym znaczeniu. Urodziłam się za późno, Siwa, to była ksywa mojej ciotki, i to ona latała pić wino patykiem pisane pod mosty, to ona słuchała dziwnych wrzasków na kasetach i miała swoja paczkę. Ja załapałam się na zupełnie inny bunt. Ale w książce Jaroslava Rudisa też tak po prawdzie chodzi o rzeczy bardziej uniwersalne. Muzyka jest ważna, muzyka bohaterów jednoczy i pomaga się określić. Wzmacnia też wymowę całości. Nic bowiem nie świadczy bardziej dobitnie o przemijaniu, jak koniec pewnych bardzo radykalnych ideałów.

foch.plKoniec? Jaki koniec! Nostalgia jest wieczna

Akcja rozgrywa się w teraźniejszości i w przeszłości. W niemieckim mieście, gdzieś na pograniczu z Czechami, Ole - stary punk, muzyk, trochę niebieski ptak - prowadzi swoje "Helsinki", ostatni taki pub, gdzie można palić, a poza piwem w ofercie jest ledwie jedna zupa i kilka mocnych trunków.

W czeskich Jesenikach w latach osiemdziesiątych żyje natomiast ona, młoda dziewczyna, która jak każda nastolatka musi robić wszystko na sto procent. Zwłaszcza olewać system. Marzy o płytach punkowych zespołów, szlaja się na wagary, sypia ze swoim chłopakiem i nieustannie się angstuje. Czyli boi się. Trochę o to, że ten Czarnobyl, co niedawno pierdolnął, to zrobił jej źle na zdrowie, ale życie to syf. Więc ona bardziej się boi, że jej chłopak jednak zrobił jej dziecko. Czyli Nowe życie. Nowy syf.

Jest tak po czesku małą wielką książeczką. Jest jak połączenie "Sprzedawców" Kevina Smitha z "W poszukiwaniu straconego czasu".

Syfu w tej książce nie brak. Sypie się wszystko. Miasto Olego, które drążone jest od spodu i od środka. Sypią się "Helsinki" i relacje międzyludzkie. Wreszcie sam Ole też się sypie i bez tabletki przeciw śmierci już nawet się zaczyna kolejnego dnia. W świecie dziewczyny z Jesu też wszystko takie rozpieprzone. Sam Jes, Jesioniki, to wreszcie nie tylko miasteczko, ale pasmo górskie, po którym, niech wybaczą mi czescy bracia, porozpieprzane są mniejsze i większe miejscowości.

Początkowo rozpisanie książki na dwugłos, na opowieść Olego i pamiętnik tej dziewuchy, irytowało mnie. Bo i gówniarskie podejście tej bohaterki było wkurzające. Koniec końców jednak zdałam sobie sprawę, że jakby tak ktoś wziął i wykopał z czeluści przedwiecznych nasze nastoletnie dzienniki... To nie byłaby Virginia Woolf, ani Thomas Pynchon. Ani Kapuściński. Ewentualnie może Masłowska. Gówniarski wiek to i myśli gówniarskie.

Co mnie urzekło w "Końcu punku w Helsinkach"? Że jest tak po czesku małą wielką książeczką. Że jest jak połączenie "Sprzedawców" Kevina Smitha z "W poszukiwaniu straconego czasu". Że oferuje trochę nostalgii i trochę fajnej zabawy, przede wszystkim jest zaś opowieścią o ludziach z pogranicza. Ludziach w okresie przejścia. W świecie, w którym coś się kończy i coś się zaczyna. Kończy się dawne miasto Olego, znikają Stare budynki, powstają Nowe bloki. Kończy się totalnie ta niewinność i naiwność w świecie czeskiej punkówy, zaczyna się pierwsza praca, pierwsze śluby znajomych, pierwsze punkowe dzieci w Jesie. Kończy się też czas miejsc takich jak "Helsinki".

Rudisa zawsze kupuję w ciemno. Bo opisuje miejsca, które kojarzą mi się z dzieciństwem spędzanym często w drodze między Wrocławiem a Pilznem, w cieniu Karkonoszy.

Nie jest to jednak historia beznadziejna. A to, co stało się z taśmami, które sam Ole znalazł (boję się pisać coś więcej, żeby nie odsłonić zbyt wielu kart) pokazuje, że każda epoka ma swoich punków, każdej epoce coś po tych punkach zostaje, może niekoniecznie to, co sami chcieli, ale zawsze to coś. I to też jest fajne.

A ta mała żółta książeczka... Oferuje coś jeszcze. Coś, co mnie totalnie rozrzewniło. To przepis na solankę i sposób na zrobienie sznyta z każdego piwa. Oto cały Jaroslav Rudis. Skoro zaczęłam od sentymentu to na nim też skończę. Rudisa zawsze kupuję w ciemno. Bo opisuje miejsca, które kojarzą mi się z dzieciństwem spędzanym często w drodze między Wrocławiem a Pilznem, w cieniu Karkonoszy. Zimą zwłaszcza po czeskiej, a w zasadzie, by dochować wierności realiom- czechosłowackiej stronie. Opisuje też trochę realia tego pogranicza polsko-niemiecko-czeskiego. Serwuje coś w rodzaju przeglądu slajdów.

A kibicuje mu odkąd w Polsce ukazał się komiks z jego senariuszem, komiks o Białym Potoku, Aloisie Neblu, o zwykłym życiu i zwykłych, pokręconych, karmiących się marzeniami ludziach. I wreszcie Rudisa miałam okazję poznać osobiście, gdy kilka lat temu przyjechał promować kolejną swoją książkę. Wiem już jaką jest jego ulubiona Polska zupa. To żurek. Może zdradzi swój ulubiony przepis na niego w następnej książce...

Więcej o: