Zagrajcie to jeszcze raz, czyli moje marzenia o spin-offach

Serial się wypalił, umarł i już zaczyna śmierdzieć, a takie piękne złote jaja kiedyś znosił, widzowie tak w końcu pokochali tego idiotę, który grał trzecioplanową rolę właśnie, zaraz, co on teraz robi? Pani Marzenko, pani zadzwoni i spyta.

Chciałam Was uradować lekturą wątku o tym, czy spin-offy to zło, czy dobro prosto z nieba, ale pamięć i wujek gugiel mnie zawodzą, może to i lepiej, dyskusja równie sensowna, jak ta, czy placki ziemniaczane na słodko, czy na słono. (NA SŁONO, BŁAGAM)

Spin-offy (wybaczcie, nie znalazłam sensownego i dobrze mi w uchu brzmiącego polskiego zamiennika) są oczywiście dobre. Sentymenty są dobre. Piosenki, które już słyszeliśmy są dobre. Powrót ulubionych bohaterów jest dobry. W innej aranżacji, dla niepoznaki. Jeżeli coś się sprawdza w kurniku, a potem kurnik idzie z dymem - czemu nie przenieść tego, co zostało i nadal działa na wybieg dla świnek? Serial się wypalił, umarł i już zaczyna śmierdzieć, a takie piękne złote jaja kiedyś znosił, widzowie tak w końcu pokochali tego idiotę, który grał trzecioplanową rolę właśnie, zaraz, co on teraz robi? Pani Marzenko, pani zadzwoni i spyta. Tak, tylko do niego. Reszty nie chcę już więcej widzieć. Zaraz, może być też ta chuda, ta, co grała jego żonę. Niech dzwoni, co się patrzy?

Ja bym na początku zadzwoniła do Ariego Golda. Wiem, wiem, już się o nim rozmarzałam. Nadal marzę. Ari, twój własny serial, pierwszy plan tylko dla ciebie. Jakoś to zmieścisz w grafiku, nawet, jeżeli z "Entourage" zrobią w końcu film. Pomyśl tylko, całe odcinki pełne twojej furii, frustracji, wielopiętrowych przekleństw, kunsztownych manipulacji, kłamstw, whisky, wygranych bitew i wiecznie nierozstrzygniętej wojny. Na złość wiedźmowatej żonie dołożymy ci dużo młodych, jędrnych cycków z romantycznym podtekstem (telewizja z misją), choć wiadomo, że i tak finalnie wrócisz do chudej jędzy i problemowego potomstwa. Po drodze podpalając świat szołbiznesu. Ari, zgódź się, proszę. Wiesz, studia dzieciaków kosztują, zaraz, moment, Jeremy Piven nie ma dzieci. Ok, cygara i samochody nie są za darmo. To jak?

 

Jeremy PivenJeremy Piven

 

Poważniejąc i uspokajając puls - pierwszy spin-off z jakim się zetknęłam to "Private Practice" i to był dobry początek. Piękna, pełna klasy Addison, z godnością znosząca kalifornijski klimat, kalifornijskie ceny i kalifornijskich świrów z punktu przekonała mnie do idei starego bohatera w nowym miejscu. Skoro tak świetnie poszło z "Grey's Anatomy" - mam skromną prośbę i nieśmiały pomysł. Dajcie mi tu Cristinę. Cristina Yang i jej skalpel, oraz jej mokre sny o krojeniu ludzi. Cristina i jej niewyparzona gęba. Cristina i jej socjopatia. Cristina - żeński odpowiednik Sheldona Coopera. Genialna i nieprzystosowana. Seksowna i nieprzyjemna. Rozważna i nieromantyczna.

Za to bez Meredith Grey przy boku, bez tego nieświeżego karpia z rozmazanym błyszczykiem, bez tej nużącej, wiecznie i nieciekawie mędzącej o sobie, głupio i nudno pokomplikowanej starszej pani, nieudolnie odgrywającej trzydziestkę. Cristina Yang i - dla równowagi - śliczna, wdzięcznie popieprzona, przebojowa wychowanka przyczep kempingowych, dzielna uciekinierka ze świata białych śmieci - Izzie Stevens. Och, jak ja bym to oglądała. Proszę, proszę, ładnie proszę?

"Prison Break" to doskonała ilustracja wykładu "jak zatłuc dobry serial uporczywym kontynuowaniem". Jak wiadomo - "Skazany na śmierć" (jedno z zabawniejszych tłumaczeń w historii) skończył się po pierwszym sezonie. No, góra po drugim. Ok, skończył się na Kill' em All. Niestety, zginęli najlepsi. Uwaga, spoiler, mam taki postulat, żeby Paul Kellerman wykonał klasyczny skok przez rekina, wydostał się z wiadomej furgonetki, jednym pociągnięciem rozwalił obstawę i udał się w świat. Chcę bowiem zapomnieć o spantoflałym Cooperze z "Private Practice". Paula Adelstaina chcę pamiętać jako długorzęsego twardziela, piękny przykład całkowitej przemiany bohatera na oczach widza, mężczyznę trudnego, a pociągającego. Życzę sobie całego serialu o tym, jak ze spluwą pod marynarką patrzy w oczy kobiet (możliwie rudych), na ustach ma gorzki uśmiech, na nogach wypastowane buty, a w głowie bałagan i mroczną przeszłość. Może też te (rude) kobiety w furii łapać za nadgarstki i przypierać do ściany, jakoś umie ten gest obedrzeć z brutalności i zaprawić erotyzmem. Zresztą same (sami?) popatrzcie.

Skoro już o tym mowa, to bardzo zazdroszczę Lizie Weil i mam nadzieje, że rzeczona docenia swoje szczęście i swojego męża. Ciekawe, czy jej ślubny, pan Adelstein w zaciszu domowym łapie ją za nadgarstki, czy raczej posłusznie i w kapciach pomyka pod ścianami, a zamiast spluwy dzierży żelazko? Nieważne, Lizo, co do ciebie również mam plany. Nie powiem, żebym lubiła Paris Geller. Nie powiem, żebym się z nią identyfikowała. Pedantyczne frustratki budzą moją niechęć i aż nóżka mi lata z pragnienia wymierzenia celnego kopa, a umówmy się, Lizo, w twoim przypadku jest w co celować (bez urazy, mam to). Jednak, mój ty archetypie bogatej kujonicy, nieładnej dziewczynki z kompleksami, zapiętej pod samą szyję i smutnej pod płaszczykiem agresji - byłaś naprawdę dobra. "Gilmore Girls" bez ciebie byłoby serialem jakby uboższym. Nie bardzo wiem, na czyim tle mogłaby jaśnieć bez ciebie neurotyczna myszka Rory. Swoją drogą wolałabym, żeby mój syn umawiał się z tobą, niż z nią. Jestem ciekawa, co było dalej z Paris. Jakoś mam wrażenie, że nie byłby to nudny serial. Paris w drodze. Paris odchodzi. Paris powraca. Paris robi karierę. Paris wykańcza swojego męża, psychoanalityka, chomika i listonosza, bez użycia przemocy, samym gadaniem. Paris odbija Rory Logana. Paris zostawia Logana i ucieka w lasy Nowej Zelandii. W towarzystwie Paula Kellermana. Widzę to.

Chciałabym jeszcze trochę Gemmy Teller z "Sons of Anarchy". Co było, zanim był Ron Perlman? Czy szesnastoletnia Gemma była już tak nieodparta, wulgarna, pociągająca silna i wspaniała, jak ta dużo starsza? Czy tatuś Jaxa był wart tego wszystkiego?

Chcę też wiedzieć, co robi Jesse Pinkman z "Breaking Bad", kiedy nie ma go w scenach. Dlaczego tak rzadko zdejmuje koszulkę i całuje dziewczyny? Czy puściłabym córkę na randkę z tym młodzieńcem? (Absolutnie nie. Córka spać, ja i Jesse wychodzimy.)

I - skoro już o tym mowa - czy Jesse nie mógłby wpaść z raną postrzałową na dyżur do doktora Chase'a z "House MD"? Myślę, że to byłby początek pięknej przyjaźni.

A ty? Placki na słono, czy z cukrem?

Więcej o: