Wakacyjna przerwa w przedszkolu i rozmyślania o państwie opiekuńczym

Dziennikarz Dziennika Gazety Prawnej napisał ostatnio, że państwo opiekuńcze w Polsce to mit. Chciałabym zerwać się z krzesła i energicznie mu przyklasnąć, tylko się lękam. A co jeśli przy tym się uszkodzę i znów, zamiast na państwową służbę zdrowia, będę musiała liczyć na siebie i na medyków prywaciarzy?

Gdy ktoś ze znajomych napisał ostatnio "nie interesuję się polityką", zaraz jakiś miły cynik odpowiedział mu "nie martw się, polityka interesuje się Tobą". Najczęściej brzmi to jak groźba. O, na przykład  kilka miesięcy temu wszyscy ci, którzy zwani są "tymi cholernymi freelancerami", nerwowo spoglądali na doniesienia prasowe o zmianach podatkowych w umowach o dzieło. Tak, wtedy dało się odczuć to, że "polityka", "państwo" - no, wiecie, ci z góry interesują się mną, moim mężem, naszymi znajomymi i bliskimi, którzy zarabiają w podobny sposób. Zarabiają tak chcąc, lub nie chcąc, bo przecież znam sporo historii z cyklu "póki co jeszcze raz podpisz mi tu tę umowę o dzieło, ale już za miesiąc, no serio, za chwilę dostaniesz ten etat, kto jak nie ty?". Ale są też sytuacje, w których może nawet chcielibyśmy poczuć, że państwo o nas myśli, a nawet - zaryzykuję tutaj to słowo - opiekuje się nami.

Pomyślałam o tym czytając ostatnio tekst "Państwo opiekuńcze to w Polsce mit. Musimy radzić sobie sami" autorstwa Rafała Wosia z Dziennika Gazety Prawnej. Nie dało się z nim nie zgodzić. Przytaczane przykłady spotkań z opiekuńczym państwem znam aż za dobrze z autopsji. Zwłaszcza historię o państwowych przedszkolach. Za każdym razem, gdy ubiegaliśmy się o miejsca dla naszych dzieci zachodziłam w głowę jak to możliwe, by dwójka pracujących rodziców miała czas na dopełnianie wszelkich niezbędnych procedur, by zyskać choć cień nadziei na miejsce w państwowej placówce.

Owszem, są miejsca, gdzie wszystkie zgłoszone dzieci są przyjmowane z automatu. To fajne miejsca. Tak powinno być wszędzie. Tak czy siak rodzice pracujący, czyli powiększający PKB, muszą wziąć sobie wolne, żeby zanieść, dostarczyć, dopilnować. Jeśli już uda się im dostać miejsce w takim przedszkolu z lękiem wyczekują wakacji. Jasne, że wakacje są od wakacjowania się, a nie przedszkolenia. Autor słusznie pyta, co w takim razie wydarzyłoby się, gdyby wszyscy nagle wzięli wolne właśnie w wakacje? Z własnego doświadczenia wiem, że wakacje to jeden z najintensywniejszych okresów w pracy. Ja doskonale rozumiem, że dzieciom należy się wypoczynek, że zdrowiej, jak sobie wyjadą.

Patrzę na to, jak rozwiązują te sprawy znajomi. Jeśli mają już dziadków na emeryturze, dzieci w wieku przedszkolnym wysyłane są na wakacje właśnie z nimi. Jeśli nie - maluchy wyjeżdżają z jednym z rodziców, a chcę tylko dodać, że w przypadku wielu średnio zarabiających rodzin wyjazd w wakacje z dziećmi to jeden z największych, często wspieranych jakąś drobną pożyczką, wydatków powtarzających się każdego roku.

No dobra, uciekając od martyrologii. Nasi instytucjonalni opiekunowie nie są tak krótkowzroczni - przecież są państwowe przedszkola czynne w wakacje. Czego się czepia baba z chłopem, czego marudzi? A próbowaliście kiedyś zrobić coś z dwójką dzieci, pracując na etacie? Woś pięknie opisuje sztafetę między kolejnymi placówkami, dyżurującymi w wakacje - każda po dwa kolejne tygodnie. I zwraca też uwagę jak to wszystko tylko pogłębia różnice między tymi średnio zarabiającymi, których nie stać na prywatne przedszkola, czy opiekunki, a tymi, którzy bez kłopotu mogą sobie na to pozwolić.

To tylko jeden z wielu przykładów irracjonalnie funkcjonującego "opiekuńczego państwa". Inne przypadki? Zamiast szybkiego i racjonalnego wsparcia w przypadku choroby, promowane są długoterminowe zwolnienia lekarskie. Woś opowiada tu o bardzo fajnym rozwiązaniu oferowanym przez niemiecką służbę zdrowia, dlatego polecam sięgnąć do jego tekstu. Równie krótkowzroczne wydaję się być działania pracowników Państwowego Urzędu Pracy opisane przez jednego z przedsiębiorców w liście do gazety.pl:

Miałem około 10 wizyt osób skierowanych z PUP. Osób całkowicie przypadkowych, bez wykształcenia jakiegokolwiek, które zostały do mnie kierowane "żebym im podbił papierek, bo ubezpieczenie się skończy" - to wszystko za PRZYZWOLENIEM PUP. Tylko dlatego do mnie te osoby przyszły.

Cóż. Wychodzi na to, że każdy dyma ten system jak może. Albo go omija - jeśli go stać. Prywatne przedszkola dla lepiej zarabiających, prywatna służba zdrowia dla tych, których na to stać. Dla pozostałych - strata i złość, że zamiast cukierka (choćby i na kaszel) dostają samo pozłotko.

Tak. Dobrze gada Woś, polać mu! Nasze państwo jest ćwierćopiekuńcze! Jest opiekuńcze fasadowo! Bo wiecie, jak czytałam wszystkie te gwarantowane koszyki świadczeń NFZ, wszystko było teoretycznie okej. Czytałam dokładnie, bo podpisywałam z nimi umowę indywidualnie. Już taka jestem nienormalna, że oddałam się w ich ręce sama, a teoretycznie nie musiałam, znaczy musiałam, ale tylko na papierze - tak, to skomplikowane. Po prostu wychodzi na to, że jak raz cię z NFZ wykreślili, bo skończyłeś studia, ale nie pracowałeś na etat, jak się tym sam nie zainteresowałeś w porę, to lepiej do nich nie wracać, kary (!) finansowe są monstrualne.

No ale teoretycznie nagrody są lepsze. Żaden bowiem prywatny zakład zdrowotny nie da wam w najtańszym abonamencie takiej opieki, jaką daje teoretycznie NFZ w wypadku chorób przewlekłych i śmiertelnych, skomplikowanych operacji, nagłych wypadków poza granicami dużych miast. W praktyce wszyscy wiemy, że czasami bywa dobrze, najczęściej jednak całość jest niewydolna.

Szlachetne zdrowie, nikt sie nie dowie ile kosztujesz...Szlachetne zdrowie, nikt sie nie dowie ile kosztujesz...

Jest więc fasadowo opiekuńcza służba zdrowia. Fasadowo wyrównujące szanse państwowe przedszkola, potem szkoły, gimnazja i licea. Fasadowe ubezpieczenia społeczne, o których aż boję się pisać, bo na ZUSie tak łatwo jest wieszać psy. Gdyby ZUS z tych psów wieszanych, nierzeczywistych miał futro, to futro otulałoby już zapewne pół Drogi Mlecznej. Więc nie. Przemilczę ten temat za pomocą starego, ale wciąż jarego mema o owocu żywota Twego.

Woś sugeruje, że tę fasadę można wypełnić, że do tej "ćwierćopiekuńczości" warto dołożyć pozostałe 3/4, bo państwo opiekuńcze najzwyczajniej się opłaca. Normalne, ludzkie i mające uzasadnienie w liczbach jest to, że warto inwestować w pomaganie, zapobieganie, wyrównywanie szans i edukowanie społeczeństwa.

Tylko co robić, żeby to się faktycznie działo? Zacznę płacić wyższe podatki, tak jak to robią na przykład Szwedzi? Lękam się, że nasze państwo mimo wszystko pozostanie wciąż ćwierćopiekuńcze. I tylko większa ilość kasy zostanie zmarnowana.