Skóra jak u nosorożca? Peeling i kwasy. Niekoniecznie u kosmetyczki!

Nie lubię lata. Po pierwsze z powodu stóp, którym poświęcę uwagę wkrótce. Po drugie z tego powodu, że nie mogę wykonać większość zabiegów na skórę, które lubię. No, może poza mezoterapią. Ale tej akurat nie lubię. Poza tym dziś mam dzień, że mało co i kogo lubię.

Jeśli się nie wyśpię, nie jestem miłością, jak mówiła Tilda Swinton w filmie o tym samym tytule. Gdy się nie wyśpię, jestem nienawiścią. Czystą, bez sztucznych dodatków w postaci zrozumienia, potakiwania czy chęci słuchania kogokolwiek. Do tego wyglądam źle. Jestem nosorożcem. Pierwszą myślą, jaka mi wtedy przychodzi do głowy, jest chęć schowania się. Marzę o peelingu (może być zwykły albo kawitacyjny) i o kwasach. Niech ta skóra nabierze blasku! Do kroścet! Taki eufemizm, bo w rzeczywistości mówię teraz coś zupełnie innego.

Pod tą skórą kryje się księżniczkaPod tą skórą kryje się księżniczka

Ale latem to dość ryzykowne. Łatwo można nabawić się przebarwień. Oczywiście, wiem, że jest milion kremów rozjaśniających. Wiem też przy okazji, że nie działają zbyt dobrze. Sprytni producenci podkreślają, że po około czterech tygodniach plamy stają się niemal niewidoczne. Tyle że stałyby się takie nawet jeśli byś to miejsce smarowała psią śliną albo wodą święconą. To czas sprawia że bledną.

Niech się to lato skończy. Zacznę wtedy od peelingu kawitacyjnego. Uwaga, ten zabieg nie jest dla dziewczyn w ciąży! Polega on - w wielkim skrócie - na tym, że kosmetyczka jeździ ci po buzi głowicą, która jest pod napięciem. To prąd zabija wszelkie bakterie. Buzia rzeczywiście wydaje się mieć jędrniejszą skórę. Zresztą, jaka ma być po rażeniu prądem? Tyle że jeśli długo nie robiłaś sobie żadnego peelingu, pomyśl może o klasycznym. Efekt będzie bardziej spektakularny, bo pozbędziesz się szarego naskórka.

Na pewno nie polecam mikrodermabrazji. Już mam to za sobą. Wkrótce po tym poczułam się jak nastolatka. Obsypało mnie. Wiem, że niby na tym polega oczyszczanie się skóry z toksyn, ale nie. To nieestetyczne. Chyba że dla turpistów.

Kwasy? O tak. Polecam. Trzy serie sprawią, że twoja skóra znów będzie świeża. Obiecuję. W zależności od grubości twojej skóry kosmetyczka dobierze produkt odpowiednio dużą zawartością procentową. I z praktyki wiem, że lepiej nie startować z wysokiego pułapu. Możesz dostać przebarwień. Ile kosztują odświeżające zabiegi z kwasami? Cóż, mogą całkiem sporo. Za jeden możesz zapłacić od 200 do 300 złotych. Piszę o cenach w Warszawie. Jak jest w innych miastach, niestety nie wiem. Wiem za to, jak można wykonać podobny zabieg w domowych warunkach. Nie będę czarować, że wynik jest identyczny jak ten, jaki oferuje profesjonalny salon. Nie jest jednak rozczarowujący.

Przepis na ten zabieg zdradziła mi dobra znajoma, która mieszka w Nowym Jorku. Ach, zapachniało wielkim światem. Anna Rekosz, moja koleżanka z liceum. Fanka ekologicznego trybu życia i tym podobnych wymysłów, jest przy okazji niezłą skarbnicą przepisów polecanych jeszcze przez nasze babcie. Oto jeden z nich.

Alternatywna metoda dla kwasów robionych u kosmetyczki

Łyżeczka mleka (kwas mlekowy)

Łyżeczka soku z cytryny(kwas owocowy)

Zmieszaj składniki. Oczywiście mikstura się zwarzy ale nie ma to znaczenia. Zamocz wacik i napaćkaj na twarz, a jak zacznie wysychać znowu napaćkaj. I tak ok. pięć minut, przez pięć do siedmiu dni. Spłucz potem i pamiętaj o kremie z SPF. Skóra robi się gładziutka jak u niemowlaczka.

Gdy patrzę na jej zdjęcia, widzę, że warto jej posłuchać. Jeśli uzyskam jej zgodę też wam pokażę. Ma piękną twarz. I takie też ciało. Mimo że o Ewie Chodakowskiej nie słyszała...

Więcej o: