Bieganie doprowadza mnie do seksu...

Nasza Korespondentka z Wydziału Odzyskiwania Zdrowego Rozsądku, która co poniedziałek odkrywa przed nami meandry urzędowej rzeczywistości, postanowiła raz dla odmiany porzucić tematykę biurowo-pracową i zająć się czymś przyjemniejszym... choć właściwie to historia pewnej klęski!

Kiedy wszystkie ubrania mi się skurczyły (te dzisiejsze pralki są takie podstępne) byłam po prostu poirytowana. Ale w ubiegłym tygodniu koleżanka z biura zwróciła mi uwagę, że mam opuchnięte kostki. Z udami było podobnie. Spójrzmy prawdzie w oczy: to nie pranie w 100 stopniach, to nie opuchlizna, lecz perfidny tłuszcz, który zagościł na moich nogach oraz korpusie. Teraz już wiem, że wyszły mi bokiem te wszystkie magnumy, gofry i kiełbasy z grilla (co, ja nie zjem czterech?).

Szalę goryczy przelał uprzejmy młodzieniec, który patrząc z uznaniem na mój bebech zaproponował mi wolne miejsce w tramwaju.

Normalnie ludzie tyją na zimę, ja na przekór ogółowi przybieram na wadze latem. Z reguły tydzień na diecie sałatowej wystarczał, żeby ubrania nie sprawiały wrażenia takich "po młodszej siostrze" (wiecie o co mi chodzi: efekt marynarki, która nie chce się zapiąć, spódnica, która z powodu opony podjeżdża tak, że robi się z niej prawie mini -i nie nadaje się już do biura). Niestety dieta nie pomogła a ja naliczyłam stanowczo za dużo fałd na brzuchu. Normalnie dojdzie do tego, że jedyne spodnie, w które się z jeszcze zmieszczę, to te ciążowe (których nie udało mi się opchnąć na allegro). Szalę goryczy przelał pewien niezwykle uprzejmy młodzieniec, który patrząc z uznaniem na mój bebech zaproponował mi wolne miejsce w tramwaju (a nie był to dzień, w którym objadłam się śliwkami).

foch.plSłuchajcie uważnie, bo nie będę powtarzać

Postanowiłam podjąć walkę z tłuszczem - czyli zniszczyć wroga ruchem. I tu pojawił się dylemat: którą bronią się posłużyć. Fitnesy odpadają, bo nie lubię wdychać zapachu potu innych ludzi. Ćwiczenia w domu też nie wchodzą w grę, bo dzieci już raz miały ze mnie straszną polewkę, kiedy próbowałam być jak Ewa Chodakowska.

Zaliczyłam bieg do tramwaju, niestety spaliłam tylko 5 kalorii, co nie było wynikiem wartym odnotowania na fejsbuniu.

I nagle mnie olśniło - bieganie. Codziennie widzę masę biegających rodaków. Robią to niezależnie od pory dnia i pogody. Zawsze ich podziwiałam, są tacy dzielni i zgrabni. W dodatku można się publicznie pochwalić swoimi osiągnięciami w sporcie. Opis trasy będę zamieszczać na feju, znajomi będą mi gratulować. W dodatku aplikacja wyliczy ile spalę kalorii. Po prostu bosko a park mam blisko domu, poza tym to sport nie wymagający nakładów finansowych - wiec wprost idealny dla mojej skąpej natury. No może nie do końca, ponieważ ceny niektórych butów do biegania są dobre dla żony szejka, ale rozumiem że w podeszwę wbudowano osobistego masażystę.

Na początek wypróbowałam stare adidasy i w sumie dobrze zrobiłam, gdyż kariery a la Irena Szewińska to ja w tym sporcie nie zrobię. Ale po kolei, czyli teraz będzie opis klęski. Postanowiłam biegać rano przed pracą - co oznacza, że musiałam nastawić budzik na 4.30. Jak można się domyślić, gdy zadzwonił o tej chorej porze wyłączyłam go i oczywiście zaspałam do roboty. Dzięki temu zaliczyłam bieg do tramwaju, czyli w sumie osiągnęłam zamierzony cel (grunt to znaleźć jasne strony swojej porażki). Niestety spaliłam tylko 5 kalorii, co nie było wynikiem wartym odnotowania na fejsbuniu.

Kiedy wiekowy pan minął mnie po raz trzeci podczas gdy ja dyszałam jak lokomotywa, zrozumiałam, że bieganie nie jest dla mnie.

Postanowiłam, że choćby nie wiem co następnego dnia rano muszę zaliczyć jogging. Pech chciał, że wieczorem przyszli do nas znajomi, jesteśmy dorośli, więc alkohol pojawił się w kieliszkach. Podsumuję to tak: bieganie na kacu jest tak zdrowe dla żołądka jak obserwacja zawartości zbiornika na gnojowicę po zjedzeniu tortu. Po przebiegnięciu 50 metrów musiałam wrócić do domu, gdyż mój organizm nie był przygotowany na takie eksperymenty.

Trzeciego dnia podeszłam do tematu na poważnie: ruszyłam w teren wypoczęta i wyspana (położyłam się o 21). Po dobiegnięciu do parku zauważyłam, że będę mieć towarzystwo innych maratończyków. Ucieszyłam się, gdyż nic tak nie mobilizuje jak wspólny wysiłek i odrobina zdrowej rywalizacji. Dość szybko zorientowałam się jednak, że jestem już bardzo zmęczona (w końcu dobiegłam do tego parku) oraz że wszyscy mnie wyprzedzają włączając w to sąsiada, któremu stuknęła 70tka. Kiedy wiekowy pan minął mnie po raz trzeci, wciąż wyglądając rześko i promiennie, podczas, gdy ja dyszałam jak lokomotywa zrozumiałam, że bieganie nie jest dla mnie.

Pozostaje mi jeszcze seks i basen. Wybieram seks. Po namyśle jedno i drugie albo jedno w drugim.