Nie jestem damą, piję wódkę, a zamiast konfitur robię nalewki

Kobieta z kieliszkiem wina wygląda pięknie, elegancko i seksownie, czyli dokładnie tak, jak chciałabym wyglądać. Niestety fatalnie znoszę wino - dostaję zgagi, robię się senna, a świat zaczyna pląsać. Piwa nie lubię. Filmowe trunki typu whisky czy koniak trudno mi przełknąć i tak, oczywiście, mam zgagę.

Zostaje mi wódka. Nie choruję po niej, nie zasypiam, kaca mam prawie zerowego (zaleta podstawowa jeśli rano musisz wstawać do dzieci). Poza tym zwyczajnie lubię wódkę. Smak, zapach, drinki. Nie jest to szczególnie kłopotliwe, choć nie zapomnę przygotowań do imprezy firmowej, podczas których mój dyrektor krzyczał przez cały parking do cateringu: "I wódkę przywieźcie koniecznie, bo pani Ania tylko wódkę ".

NalewkiNalewki

Oprócz wódki lubię też jej pochodne, NALEWKI. Bardzo przydatne zamiłowanie, bo przenosi mnie na wyższy poziom bycia "panią domu" - awansuję do grupy gospodyń robiących przetwory. Co z kolei w dzisiejszych czasach jest czymś cudownym, klimatycznym, zdrowym i przydatnym. Przynajmniej w moich oczach, bo wielbię ludzi robiących przetwory. W ogóle robiących jedzenie własnymi rękoma, bez półproduktów. Ale przetwory szczególnie, bo kojarzą mi się, z dzieciństwem, babciami, bezcennym domowym jedzeniem.

Oczywiście sama też próbuję coś tam zrobić, ale niewiele, bo póki co Moja Mama odwala za mnie całą robotę zaopatrując mnie w powidła, konfitury, marynaty i kompoty. Mnie pozostają nalewki, co uważam za całkiem wdzięczny, choć nieco chybotliwy krok do przyszłego tytułu królowej spiżarni.

Trochę sobie żartuję, ale nie do końca, bo naprawdę cenię domowe wyroby i to coraz bardziej. Uważam, że jest w nich zamknięty smak lepszego życia. Są wspaniałe na prezenty, zwłaszcza jeśli poświęci się chwilę na dobranie ładnej butelki, czy słoika i zrobienie eleganckiej lub chociaż zabawnej etykiety. Lubię takie prezenty. Na razie częściej je dostaję, ale zdarzyło mi się kilka razy podarować. Nalewkę oczywiście. Na spirytusie - moje babcie miały zawsze w kuchni spirytus, więc nie śmiałabym szargać tradycji. Co do owoców, to wybór dyktuje mi mój ogródek. Ale marzy mi się jakaś nalewka zielono-leśna. Z jałowca, nie mam pojęcia czy z sosny albo świerku można zrobić coś pijalnego?

A i zapomniałabym o najważniejszym. Przecież nalewki mają właściwości lecznicze! Ha! Tym samym w sezonie jesienno-zimowym możemy je wręcz traktować jak lekarstwa. Na katar, czy inną chandrę. Drugim plusem jest to, że nie trzeba być mistrzem kuchni, żeby zrobić domową nalewkę (z winem sprawa się komplikuje).

PhotoSGH/Shutterstock.com

Nalewki są bardzo proste, ale czasem o ich smaku decyduje maleńki drobiazg, jak stopień dojrzałości zebranego owocu, jego odmiana, czy ilość pozostawionych pestek. Dlatego zanim rozpoczniemy własne eksperymenty, warto podpytać kogoś z doświadczeniem. Ja zostawiam wam własne, sprawdzone już przepisy. NA ZDROWIE

PIGWÓWKA

3 kg owoców pigwy lub pigwowca (owoce pigwy są większe)

3 kg cukru

1 litr alkoholu (1,5 jeśli wolimy mocniejszy smak)

1 litr wody

Owoce myjemy (o pestkach piszę pod przepisem), kroimy w małe kawałki, może być kostka. Naczynie, w którym przygotowujemy nalewkę, musi pomieścić 6 kg składników, więc najlepiej kupić duży słój. Pigwę układamy warstwami na przemian z cukrem w równych proporcjach. Wylot słoja zakrywamy ściereczką/gazą i odstawiamy na dwa tygodnie. W tym czasie owoce puszczą soki. Po dwóch tygodniach przelewamy sok przez sitko i mieszamy go z alkoholem. Jeżeli zamierzamy użyć spirytusu, dobrze jest przygotować go dzień wcześniej, czyli wymieszać z wodą i odstawić.

Ja wlewam do dużego naczynia część soku i część spirytusu, a potem stopniowo dolewam jeden i drugi składnik sprawdzając czy smak jest odpowiedni (nie za mocny, nie za słaby). Tak przygotowaną nalewkę wystarczy przelać do butelek. Niektórzy piją ją już po 3 tygodniach, ja uważam, że 3 miesiące to minimum dla przegryzienia się soku z alkoholem.

PESTKI: są dwie szkoły robienia pigwówki - w jednej usuwa się pestki, w drugiej nie. Oba sposoby są dobre, chociaż ja wolę bez pestek bo pigwówka jest wtedy słodsza i delikatniejsza, ale niektórzy lubią z pestkami - nalewka ma wtedy lekko ostry posmak.

Podobnie z kolorem owoców użytych do przetworu - im bardziej żółty, tym słodszy trunek, za to lekko zielone dadzą cierpkawy posmak.

Fot. Paulina Kolondra

WIŚNIÓWKA (lub nalewka z czarnej porzeczki, albo śliwek)

2 kg wiśni

2 kg cukru (można wziąć 1,5 kg, wtedy jest mniej słodka)

1 litr alkoholu (1,5 jeśli wolimy mocniejszy smak)

1 litr wody

Są prostsze sposoby zrobienia wiśniówki, ale ten jest naprawdę dobry, bo gwarantuje, że nalewka będzie klarowna, a jednocześnie gęsta (nie lubię, kiedy nalewka ma konsystencję wody, bo smakuje wtedy jak zwykła wódka z sokiem).

Wiśnie myjemy, drylujemy (drylujemy je zmysłowo owinięte folią spożywczą, nie nalegam oczywiście, tylko ostrzegam). Układamy w garnku, przesypujemy cukrem podobnie jak pigwę. Zamykamy gazą i pokrywką, zostawiamy na kilka dni (mają puścić sok, ale nie sfermentować). Podczas tego czasu kilka razy mieszamy zawartość garnka, żeby nie zostały grudki cukru. Najlepiej mieszać tradycyjną, drewnianą łyżką.

Po 2-4 dniach, całość przelewamy do słoja - w wiśniówce nie odsączamy owoców, ale w całości zalewamy alkoholem (spirytusem bez rozcieńczania) i odstawiamy na 3 miesiące. Musimy jednak pamiętać, żeby co jakiś czas porządnie potrząsnąć słojem. Po 3 miesiącach (tak, niektórzy robią to już po miesiącu i też wychodzi, ja piszę o wersji "jak to dawniej bywało") odsączamy wiśnie i przekładamy je do drugiego słoja, w którym zalewamy je wodą.

W efekcie mamy więc dwa słoje - w jednym spirytus wiśniowy, w drugim wiśnie zalane wodą. Po 3-4 tygodniach odsączamy wiśnie, a oba płyny - wodę z wiśni i wiśniowy spirytus - mieszamy i rozlewamy do butelek. Tak jak w poprzednim przypadku, niektórzy piją prawie że po rozlaniu, ale szkoda, bo po 2-3 miesiącach leżakowania wiśniówka jest znacznie lepsza.

PESTKI: Podobno nalewka jest szlachetniejsza jak się zostawi w owocach część pestek (20-30 sztuk).

WIŚNIE: mają alkoholowy posmak i można ich użyć do deserów, a część zwyczajnie pomrozić (chociaż mi takie nie smakują). Niektórzy pozostałe wiśnie zalewają jeszcze raz rozcieńczonym spirytusem i przechowują w słoikach. Nie wiem z jakim efektem, nie próbowałam.