Mam prawo robić co chcę, mam prawo być ostrożna - krajobraz po gwałcie

Czytając resztę tekstu miejcie proszę w głowie, to, co teraz napiszę: ofiara gwałtu nie jest nigdy winna. NIGDY. Nawet wtedy, kiedy pijana i upalona pójdzie topless na imprezę bractwa studenckiego. Nadal - winnym gwałtu jest gwałciciel. Ofiara jest natomiast ofiarą. O jej cechach umysłu i osobowości można dyskutować. O winie - nie.

Nie będę zatem dyskutować o samym fakcie gwałtu w Lesie Kabackim, bo to tragedia dziewczyny i jej bliskich, niewyobrażalna dla mnie - jak dla każdego, kto nie doświadczył. Chciałabym natomiast podyskutować o reakcjach.

Wspominałam już, w obrzydzenie i stupor wprawił mnie komentarz Twórcy Ziemkiewicza, choć w sumie ani moje obrzydzenie, ani stupor nie mają sensu, są zwykłym marnowaniem energii i negatywnych emocji, nic bowiem nie przebije laurki, jaką swojej osobowości, inteligencji i uczuciom Twórca Ziemkiewicz tym komentarzem wystawił. Nie życzę bynajmniej Twórcy Ziemkiewiczowi, żeby jego osobisty dramat ktoś kiedyś z równym wdziękiem wykorzystał do śmierdzącej politycznej zagrywki - są bowiem poziomy, do których nie można się zniżać za żadną cenę.

W przeciwieństwie do Twórcy Ziemkiewicza, którego intencje były jednoznacznie paskudne -  tę wypowiedź burmistrza Ursynowa uważam raczej za  niezręczną i nieprzemyślaną w tym kontekście. Ot, pan coś sobie chlapnął, jak sądzę - nie mając na myśli nic złego, w ogóle mając na myśli niewiele, zapytany w locie o zdanie, starając się powiedzieć coś między "przykra sprawa" a "nie należy samemu po lesie" (czy należy - to już całkiem inna kwestia).

Natomiast bardzo poważnie - bez obrzydzenia, ironizowania i lekceważenia - skłoniło mnie do myślenia to wydarzenie.

Zaproszenie na fb. Zaproszenie na fb.

O całej akcji dowiedziałam się - oczywiście - z Facebooka, jeszcze zanim na Gazeta.pl ukazał się tekst. Pozwoliłam sobie zapytać kilkoro z moich znajomych czy i jaki widzą sens w organizowaniu takich rzeczy, a jeżeli widzą - żeby spróbowali mi go wyjaśnić. Sama z siebie bowiem sensu w zbiorowym galopie po miejscu, gdzie kogoś spotkało coś złego - zobaczyć nie umiałam. Że co, to ma być wyraz wsparcia, tak? I komuś zrobi się od tego lepiej? Problem zostanie choć częściowo rozwiązany? Jakieś zło naprawione i zastopowane? Jak?

Wyjaśniono mi. Całkiem sensownie i racjonalnie. Że na fali postawy "sama sobie winna, po co biegała po odludnym lesie" wynikającej z bardziej ogólnego trendu "sprowokowała (strojem, zachowaniem, słowami) - to ma" - należy zaprotestować. Gromadnie, żeby pokazać, jak wielu ludzi myśli inaczej.

Skoro chodzi o bieganie - to pobiegnijmy razem, żeby powiedzieć głośno i wyraźnie: Nikt nie będzie robił z naszego miejsca do biegania strefy niebezpiecznej i zakazanej. Możemy bywać gdzie chcemy i nikt nie ma prawa nam z tego powodu robić krzywdy.

W ogóle ostrzeganie i pilnowanie się nawzajem jest przerzucaniem odpowiedzialności za potencjalny czyn na potencjalną ofiarę. Należy więc skończyć z tą kulturą strachu i zapobiegania, niech to przestępca się boi mnie napaść, a nie ja - łazić po lesie, lub po Brzeskiej w Warszawie nocą.  Nie ma, że: "Nie chodź tamtędy, bo to żulernia". Nie ma, że: "Przyjadę po ciebie, żebyś nie jechała nocnym, bo to paskudna dzielnica i w ogóle późno". Nie ma (choćby do narąbanej koleżanki na imprezie): "Siedź, nigdzie nie pójdziesz, jesteś po butelce wina, idź spać i nie rozrabiaj".

I ja się, oczywiście, zgadzam. Częściowo. Można bywać gdzie się chce, to nie uprawnia nikogo do krzywdzenia osoby bywającej. Można chodzić gdzie wola, kiedy wola, w stroju, jak wola. Ale przyznam, że kompletnie wykładam się na powyższej argumentacji. Naprawdę? Naprawdę bez drżenia w głosie powiesz swojej córce, siostrze, koleżance, żonie, matce: "Jasne, kochanie, idź sobie teraz i tamtędy, proszę. Troszkę się zataczasz, albo jest trochę późno i przed końcem ulicy natkniesz się na trzy patrole pijanych dresów, ale to nie ma znaczenia. Jesteś wolną osobą i możesz robić, co chcesz. Ja tu sobie zostanę, nie będę cię upokarzać swoją opieką i towarzystwem. Jak coś ci się stanie, to nie będzie twoja wina".

Ano, wina nie będzie twoja. Ale cierpienie i dramat - już twoje.

Więc pytam - po co? Po co szarżować, ryzykować, sprawdzać? W imię czego, ideologii? Wiary w człowieka? Świadomości, że sprawiedliwość i prawo są po naszej stronie?

Nikt, absolutnie nikt nie ma prawa powiedzieć tej dziewczynie: "po coś tam szła, biegła tamtędy, sama się prosiłaś". Ale ja sobie uzurpuję prawo do mówienia UWAŻAJ i BĄDŹ OSTROŻNY swojej córce, synowi, komuś bliskiemu. Przyznaję sobie prawo do ostrzeżenia kolegi z innego miasta, że ta dzielnica to trochę nie bardzo, nie polecam, można dostać po pysku. Prawo do powiedzenia koleżance, której nie mam ochoty utopić w łyżce wody: "Przenocuj, nie ma sensu, żebyś o tej porze tłukła się do domu, wiesz, może zmień trasę biegów, tam nie jest bezpiecznie". Na tej samej zasadzie, na której mówię komuś bliskiemu: "Idź z tym do lekarza, po co ryzykować".

Jedyny sensowny poradnik.Jedyny sensowny poradnik

Zamykajmy bandziorów, piętnujmy, ucinajmy im narzędzie zbrodni w dybach na rynku, ja jestem cała za. Nie wysyłajmy sobie kretyńskich łańcuszków w stylu: "jak się ubierać, żeby cię nie zgwałcili", bo to jakby nie o to chodzi i nie mówcie mi, błagam, że to to samo. Nigdy, w żadnych okolicznościach nie obarczajmy winą ofiary gwałtu. Ale myślmy, kalkulujmy, przewidujmy. Za siebie i za bliskich. Ja zamierzam. Jeżeli to wstyd, dyshonor i upadlanie się - trudno. Jakoś zniosę.

Więcej o: