Przepraszam, a dla kogo te klocki? Zabawki są też dla dorosłych!

Scenariusz zazwyczaj jest ten sam. "Synku, a może jednak chciałbyś ten zestaw z promem kosmicznym? Nie? Dlaczego! Zobacz, jest znacznie lepszy niż jakaś mała śmieciarka, ja ci go kupię, zasłużyłeś sobie, taki piękny prom kosmiczny i tu mu się będzie klapa na górze otwierała, no zobacz. Jak to nie?" No dobrze, to ja go sobie sama kupię. Kiedyś.

Tak, jestem takim trochę AFOL-em, czyli dorosłym fanem LEGO. Określam swoje "fanostwo" jako umiarkowane, bo jednak większości klocków, które chciałabym mieć - nie kupuję sobie. Uprawiam tradycyjne napatrzanie się na zapas, często odwiedzam pobliski i dobrze wyposażony sklep. I chodzę i biorę z półki pudełka i zaglądam od tyłu i od przodu. I ten Sokół Tysiąclecia i ta piękna, gigantyczna Gwiazda Śmierci. Taki fajny ciągnik z prawdziwym silnikiem i ten pojazd z napędem ręcznym...

Najbardziej na świecie chciałabym jednak mieć takie miejsce w domu, w którym mogłabym sobie ustawiać miniatury budynków z serii LEGO Architecture. Są dość ascetyczne, a jednak mają w sobie coś, co sprawia, że brałabym, budowałabym, a potem patrzyłabym.

"O nie, ona chce na nas patrzeć, ja uciekam!"

Niestety mam też dzieci, one brałyby i niszczyłyby, jak przystało na rasowe Godzille. To niezły paradoks, bo z drugiej strony to dzięki dzieciom miałam przez ostatnie lata sporo frajdy i dobrą wymówkę, by usiąść sobie i trochę pobudować. Nie martwcie się, nie zdobywałam dominującej pozycji przy pudełku podczas krwawej walki z niziołkami, zwyczajnie mój syn nie zamierzał ogarniać instrukcji, wolał wziąć pudło dowolnie wymieszanych klocków i budować coś wedle własnego pomysłu. Tymczasem tuż obok matka z zapałem nastolatki przeglądającej magazyn z plakatami ulubionych muzyków, budowała piękną pizzerię, autobus, furgon z lądowiskiem dla helikoptera. Najczęściej żywot oryginalnych zestawów kończył się z chwilą pierwszego synowskiego focha. I może teraz dałoby się nawet odtworzyć wszystkie te budynki i pojazdy, powstałoby z tego zajebiste miasto, ale po co? Koniec końców on uważa, że to, co robi budując kolejne cudeńka "z głowy", jest znacznie dla niego lepsze. Poza tym jak chce, to sam już doskonale buduje zgodnie z instrukcją. I wtedy jest mi smutno, bo mi już nie wolno, nie mam się czym bawić... Ja chcę swoje klocki!

I tu wracamy do AFOLi. Mam kilkoro takich znajomych, którzy już dawno przeszli na mroczną stronę i znów, jak w czasach dzieciństwa, mają LEGO tylko dla siebie, a nie, że podbierają potomstwu. Niektórzy jeszcze się na potomstwo nie zdecydowali, przypuszczam, że jedym z powodów jest lęk przed zdewastowaniem misternych konstrukcji z klocków. Pozdrawiam z tego miejsca Roberta, który jest już prawie dorosłym chłopcem, a przy okazji urzekł mnie tym, że na swoje dwudzieste szóste urodziny kupił sobie w prezencie bardzo fajny zestaw  LEGO z bohaterami z Władcy Pierścieni.

"Przez Ciebie musiałem posprzątać", czyli Robert pokazuje fragment kolekcji

Mam też znajomych, którzy, tak, jak mój syn, budują swoje pojazdy i budowle, co jakiś czas pytają drżącym głosem, czy aby nie mam takiego czy innego elementu w ilości 100 sztuk odsprzedać taniej, bo już nie mogą przerzucać internetowych aukcji, już nerwy tracą. No i mam koleżanki, o tak, one też lubią się bawić klockami LEGO. I choć są starsze ode mnie i mają własną dziatwę, czasem to one, a nie ich potomstwo znajdują pod choinką czy obok urodzinowego bukietu kwiatów jakiś fajny zestaw. I potem wrzucają na Instagram fotostory z konstruowania pociągu czy innego Azylu Arkham. No dobra, to teraz ręka do góry, kto z Was ma tak samo?