Faza borsuka: nie chcę przesiedzieć całej jesieni w domu

Niestety należę do tych przewidywalnych do bólu nudziarzy, którzy marudzą, że jesień, deszcz i deprecha, a jak tylko zaczyna się ściemniać, włażą pod koc i czekają wiosny. Tylko, że to całkowicie bez sensu: jesień nie ma tu nic do rzeczy, trzeba przemóc wewnętrznego borsuka. Zaczynam od dziś!

Im krótsze dni, tym mniej mi się chce. Nie pójdę na spacer z psiatą koleżanką, bo deszcz pada, nie zabiorę dzieci na plac zabaw, bo ciemno, na zajęcia sportowe nie dojadę bo za zimno i za daleko, nie pójdę na imprezę bo jestem taaaaaaaka zmęczona. I musiałabym się ubrać. A dresik taki ciepły i miły. I mam w domu wino (zawsze mam).

Im brzydsza aura, tym mniej lubię ludzi. Z natury towarzyska zamykam się w sobie i nie mam ochoty z nikim gadać, nigdzie chodzić. Ani kawka, ani kino, ani epicki melanż. Po prostu pozwólcie mi tak leżeć na mojej kanapie, w moim dresiku i czekać aż kwiatki znowu zakwitną. Bo ja nie mogę tak bez kwiatków. I tęczy. I jednorożców.

Żoliborz jeszcze zielony, za chwilę pieprzo... jesienny/fot. Sony Xperia ZŻoliborz jeszcze zielony, za chwilę pieprzo... jesienny/fot. Sony Xperia Z

Wolę dziadzieć w domu i pławić się w poczuciu, ze nikt za mną nie tęskni, nikt mego braku nie zauważa. Żegnaj, okrutny świecie - puszczę sobie Joy Division i będę szlochać w poduszkę (no dobra, tu już się nabijam. Z siebie, z siebie). I owszem: zjem całą tabliczkę czekolady. I śledzie. Co mi tam.

Kompletna aberracja mojego jesienno-zimowego niechciejstwa strasznie mnie drażni, że to, co przychodzi mi łatwo latem nagle okazuje się niewykonalne. Wiem przecież: można się cieplej ubrać, wziąć parasol, zamówić taksówkę i pójść nawet w tym cholernym dresie, bo kto to zauważy i co mnie to obchodzi? Byle tylko wywlec się z domu, z tej borsuczej nory, z tego skapcaniałego humoru, z tej chmury smutków. Pójść do ludzi, do miejsc, do wydarzeń. Do śmiechów, kolorów i muzyki. Zwłaszcza, że jak już wyjdę, to nagle mam tyle energii co rozbrykany jelonek i trzeba raczej pilnować, bym sobie nie nabiła guza.

Ze zmęczenia tym "nie chcę/nie mogę/nie mam siły" postanowiłam wdrożyć plan Wielkiej Ucieczki z Domu (Dominika pisała kiedyś o domofobii, to pokrewne zjawisko). Zamiast wlec się beznadziejnie z przedszkola do domu - chodźmy na gorącą czekoladę i pozbierajmy kasztany (ach jak świetnie się zbiera w ciemnościach!). Zamiast oglądać serial na ekranie komputera - do kina marsz (Łukasz, te tanie środy chyba nadal obowiązują - nawet gdy pada?). Zamiast ćwiczyć z wirtualną instruktorką z YouTube'a - lepiej pobiegać z koleżanką w pobliskiej siłce (czynnej 24/dobę). No dobrze, tu już dostałam lekkiej zadyszki od tych kłamstw (i tak dobrze, że nie zeza).

Na kawce z Mickiewiczem/fot. Sony Xperia ZNa kawce z Mickiewiczem/fot. Sony Xperia Z

Zamiast hurra-optymistycznych mocarstwowych planów, podejmę więc politykę małych kroków. I pójdę dziś na wernisaż do zaprzyjaźnionej kawiarni Mały Format na Żoliborzu. Super-utalentowany Alek Morawski znany jako Lis Kula i pięciu innych młodych rysowników i rysowniczek przedstawi swoje portrety patronów żoliborskich ulic: Mickiewicza, Wilsona, Rydygiera. To tylko kilka kroków od domu, więc do dresu, koca i kanapy będę miała blisko. Gdyby jednak borsuk zwyciężył.