A Ty jakim noł-lajfem jesteś?

Wymyśliłam sobie temat, który wcale nie jest dla mnie łatwy. Bo co to znaczy być no-life? Czy to osoba, która tylko i wyłącznie siedzi w sieci lub gra w komputer (tak się mówiło w dzieciństwie), czy może osoba, która od razu po przebudzeniu sprawdza co tam w tym internecie słychać i tak co pięć minut dopóki nie pójdzie spać?

W przypadku pierwszej osoby to odpowiedź jest dość oczywista, w przypadku drugiej jest mi ciężej. Jest mi ciężej bo ja jestem właściwie taką osobą... Kurcze, to wcale nie jest miły wniosek. Oczywiście prowadzę życie poza internetem i jest ono całkiem satysfakcjonujące, ale jestem uwiązana do swojego smarfona jak pies do budy. W momencie w którym widzę, że nie mam dostępu do sieci, czuję się zaniepokojona. Nie chodzi nawet o to, że mam w tej chwili odebrać jakiegoś maila - ale mogłabym. Mam wizję, że właśnie w tym momencie ktoś bardzo ważny próbuje się do mnie dodzwonić, albo, że komuś się coś stało i nie może się ze mną skontaktować. Wszystkie myśli są nasycone złymi emocjami. Czarnowidztwo do kwadratu. Gdzieś tam w podświadomości odzywa się głos rozsądku - uspokój się wariatko!uzależnienia

Wariatka trochę się uspokaja i zaczyna skupiać się na tym co dzieje się dookoła niej. No i nawet całkiem nieźle funkcjonuję w tym czasie. Czyli jednak można...

no więc jak to ze mną jest?No więc jak to ze mną jest?

Dostanie mi się pewnie od koleżanek z redakcji, ale wiecie co, one też są no-life pod tym względem. Każde nasze spotkanie towarzyskie lub zawodowe wygląda mniej więcej tak: gadu gadu, śmichu chichy i wtem! któraś już z głową w swoim smartfonie. Już wrzuca do sieci nasze zdjęcie, odpisuje na komentarze, śmieje się z jakiegoś mema, albo pisze ukochanemu sms-a. To nie jest tak, że przerywa rozmowę z nami. O nie, nie - mamy po prostu cudowną podzielność uwagi. Takie z nas cudeńka.

Przypomniała mi się też impreza urodzinowa jednej z koleżanek (Kasiu Z. całusy), na której to w pewnym momencie zalogowanych do fejsbuka była ponad połowa imprezowiczów. Doszło do tego, że zaczęliśmy ze sobą gadać przez fejsbuka. Ktoś pytał się czy ma iść do baru, ktoś inny zapraszał do tańca itd. Pamiętam, że red. Nacz, akurat prowadziła ożywioną rozmowę z Lucasem na ŻYWO i przegapiła zamówienie na wino. Oj dostało nam się wtedy od niej! Oczywiście napisała to na fejsbuku pod rzeczonym postem. Umówmy się to było trochę specjalnie, to było na śmieszno, ale czy to jest aż tak bardzo niesamowite zjawisko? Śmiem wątpić niestety.

Mój znajomy powiedział mi ostatnio: "Co ty wiesz o byciu no-life'm?! Ja to dopiero potrafię. Wziąłem tydzień urlopu, żeby przejść grę na konsoli. Zaopatrzyłam się w jedzenie, picie i fajki. Nie ruszałem się z domu! Nie dosypiałem! Ale grę przeszedłem". No dobra - jesteś wygranym w tym smutnym konkursie.

Żeby nie było tylko tak żałośnie, to powiem Wam, że znane są mi przypadki ludzi, którzy pocztę sprawdzają raz na kilka dni i w ogóle internet może nie istnieć dla nich przez ten czas. Najpierw pomyślałam, że im zazdroszczę tego. Ale później nie, wcale nie zazdroszczę. Oni mają po prostu inne potrzeby.

Jeszcze kilka lat temu ja też byłam po drugiej stronie tęczy. Teraz jestem już po ciemnej stronie mocy. Przynajmniej kilka razy dziennie muszę zalogować się do sieci. Podkreślam kilka razy dziennie. Bo nie umiem teraz powiedzieć, czy to jest dwa (taaa, Olczak nie oszukuj) czy dziesięć. Kilka razy dziennie jest w momencie gdy jestem na urlopie lub w podróży, gdzie dostęp do sieci jest ograniczony. Normalnie jestem zalogowana praktycznie non stop. To nie chodzi nawet o to, że muszę cały czas przeglądać wiadomości, to jest świadomość tego, że mogę. Po części za taki stan rzeczy jest odpowiedzialna moja praca.

Zaczęło się to jeszcze w agencji reklamowej - czyli czasach przed Chrystusem, gdzie podczas pracy z amerykańskim klientem masz taką niedogodność jak różnica czasu. Zaczęło się to niewinnie, od odpowiedzi na jednego maila, na dwa, a później już poleciało z górki. Długo się wzbraniałam przed tym, ale jeżeli dostajesz smsa od przełożonego: "Słuchaj napisał X, to pilne, spójrz proszę do maila", to ciężko jest odmówić. Czasami odmawiałam, ale moje poczucie odpowiedzialności powodowało, że nie mogłam przestać o tym myśleć. Tak, to się nazywa brak asertywności i lekki pracoholizm. Na szczęście jest to już poza mną.

Pracowej asertywności uczę się, ale w przypadku pracy w redakcji nie jest to mi nawet jakoś specjalnie potrzebne. Tutaj wazelina w stronę Kasi - po prostu jest dobrą red. nacz i nie muszę się spinać i naginać do rzeczy, które są dla mnie niemiłe. Mamy swoje harmonogramy pracy i tyle. Robota ma być zrobiona na wyznaczony czas. Czas jaki poświęcam na odpisywanie na Wasze komentarze zależy w dużej mierze od tego czy jestem w chwili obecnej w domu. Jeżeli jestem i mogę to odpisuję od razu, jeżeli gdzieś wychodzę to zrobię to dopiero po powrocie.

To co przemawia na moją korzyść na razie... to, że o ile dzień zaczynam praktycznie od internetu to na nim nie kończę. Od momentu, kiedy nauczyłam się czytać czytam przed zaśnięciem. To jest rytuał, któremu jestem wierna. Nieważne jak bardzo jestem zmęczona muszę sięgnąć po książkę. To może być strona albo cały rozdział, ale muszę czytać. W weekendy jak tylko mogę robię sobie dłuższe przerwy od internetu. Różnie mi to wychodzi, ale staram się. Dziś jak pisałam ten tekst rozmawiałam w międzyczasie z I. na czacie o tym, że wolę z nim rozmawiać na żywo. Chodzi o przekazanie emocji w rozmowie, tych drobnych gestów, które nie są widoczne przez okienko czata. Ale powiedzmy sobie szczerze, że to, że możemy w ciągu dnia sobie porozmawiać na czacie też ma plusy. Po prostu rozmawiamy.