Naszych starych błędy powszednie, czyli kto ci to zrobił

Zakładam, że na pewnym etapie - wieku, samoświadomości, jednego i drugiego - wiemy już, co nas ukształtowało. Dom, towarzystwo, szkoła, lektura, jakieś przeżycie przełomowe, czy traumatyczne, jakiś człowiek, który wywarł wpływ na całe życie (zdarzają się jeszcze tacy?), czasem choroba, czasem porażka.

Jesteśmy już chyba w stanie powiedzieć: "boję się ptaków, bo kogut babci gonił mnie kiedyś przez całe podwórko", albo "nie lubię wielkich, rudych facetów, bo ten, co w podstawówce skopywał mi tornister ze schodów, a mnie w ślad za tornistrem był wielki i rudy".

I jasne, nie ma co zwalać wszystkiego na otoczenie i wychowanie - wszak od pewnej chwili sami mamy na siebie wpływ i  - banał nad banały - od nas zależy gdzie i jak popłyniemy. Ale z drugiej strony - nie oszukujmy się - coś, całkiem sporo, wynosimy z domu. I nie mówmy, że to nas nie kształtuje, bo po co się oszukiwać.

I ciągle sobie powtarzamy (zakładając, że mamy, albo planujemy potomstwo): "Och, ja na pewno nie popełnię błędów moich rodziców". Jasne, że nie. Popełnię całkiem inne. Takie, których teraz nawet nie umiem przewidzieć, prawda?

Jestem wścibska i lubię podsłuchiwać, taka prawda. I okropnie mnie ciekawi, czy wiecie, co Wasi rodzice zrobili źle. Rzeczy oczywiste są oczywiste, "mama piła i nie miałem czystych ubrań" - smutne i proste. Ale już "mama piła i nie miałem czystych ubrań, więc teraz mam obsesję prania" - bardziej złożone. (Nawiasem - ja mam obsesję prania, ale to dlatego, że to była pierwsza czynność domowa, którą umiałam porządnie wykonać, a w dodatku jaka efektywna! Więc do dziś mnie uspokaja.)

To jak, panienko z dobrego domu, co starzy zrobili źle, że poszłaś w tango, tunel w uchu i tatuaż rozebranej zakonnicy na plecach? Trzymali krótko przy pysku i pilnowali na każdym kroku, więc postanowiłaś zmylić kuratelę? Czy nieudolnie bawili się w nowoczesnych rodziców, udawali, że wszystko rozumieją i dręczyli cię zaangażowanymi pytaniami, a gówno wiedzieli i rozumieli? A może nie interesowali się i nie dbali, miałaś się tylko uczyć i mieć kolana zakryte odpowiedniej długości spódniczką, więc im POKAZAŁAŚ?

Czemu jesteś takim tchórzem? Darli się na ciebie, kiedy tylko wychynęłaś spod stołu i wyszłaś przed szereg? Czy zawsze wszystko było twoją winą, nawet kiedy wpadłaś pod samochód, przechodząc na zielonym? Nigdy nie stanęli po twojej stronie? Każdy przejaw indywidualności był pyskowaniem i bezczelnością? Czy w końcu cię wychowali i dlatego teraz nie umiesz się postawić, walczyć, odezwać, działać? Dlatego pozwalasz się gnoić na każdej płaszczyźnie?

Można tak. Można tak.

Nie radzisz sobie kompletnie, bo hodowali cię w przekonaniu, że jesteś gwiazdą zaranną i darem bogów dla świata, a kiedy tylko wychynęłaś spod klosza - dostałaś między oczy od serdecznie ubawionego Twoimi oczekiwaniami świata? I jakoś ten świat nie chce się ścielić do stópek, ani kulić wystraszony jednym tupnięciem nogi księżniczki, ludzie nie naginają się do Twoich wyobrażeń i nie dają owinąć wokół palca?

Bali się bardzo, że będziesz zarozumiała. W końcu byłaś takim ładnym, zdolnym dzieckiem. Albo inaczej - wyglądałaś jak w połowie ugotowany kurczak, a w Waszym domu nie zwykło się prawić pustych komplementów, więc konsekwentnie, od małego, uświadamiali ci prawdę.  Żebyś wiedziała i umiała sobie z tym radzić. Poszło świetnie, przynajmniej w kwestii uświadamiania.  Do dziś masz o sobie bardzo niewygórowane mniemanie i zadręczasz wszystkich dookoła, a siebie najbardziej - swoimi kompleksami.

Tak też można. Tak też można.

Ucz się, bo będziesz nikim.

Wiedza to nie wszystko, trzeba mieć charakter.

Szanuj się, wtedy inni będą cię szanować.

Twój wygląd świadczy o tobie.

Musisz być mądra i pracowita, bo ładna już nie będziesz.

Nie bądź taka próżna, stoisz przed lustrem, a w głowie pusto. Książkę byś poczytała.

Wyjdź gdzieś, nawiąż kontakt z ludźmi, siedzisz tylko w tych książkach, zostaniesz sama, jak palec.

Dziewczynka powinna być szczupła i nie wstaniesz od stołu, dopóki nie dokończysz kartofli.

Chcieli dobrze. Tak jak my dla naszych dzieci, prawda?