"Ocean na końcu drogi" - jest nowy Gaiman!

Bardzo i z drżeniem czekałam na tę książkę. Bardzo - bo to Neil Gaiman. Z drżeniem - bo nie wielbię go bezkrytycznie. Co jakiś czas robi mi smak swoją kolejną książką (jak ta, do której wracam każdego listopada), a potem rozczarowuje następną. A im większy smak, gdy doskonałe - tym większe rozczarowanie, gdy nie spełnia oczekiwań.

Tym razem jestem ciężko zachwycona, choć nie wiem, czy każdy będzie. Nie wszyscy lubią taki akurat klimat, mam tego świadomość. Z drugiej strony - czy to nie pięknie świadczy o autorze, ta wielość nastrojów i tonacji, omal - dla każdego coś miłego? Dla ułatwienia powiem, że moje ulubione gaimany to: "Amerykańscy bogowie", "Gwiezdny pył" i "Nigdziebądź" (choć to ostatnie dopiero po trzeciej, czy czwartej lekturze). To, jak sądzę, wyznacza jakiś wzór moich upodobań.

Oh hai, mistrzu. Oh hai, mistrzu.

Tylko nie dawajcie tej książki dzieciom. Albo nie, albo właśnie dajcie. W nagrodę, kiedy będą bardzo grzeczne. Nie, nie, zmieniłam zdanie, za karę, niech bachor dygocze ze strachu, niech przyjazna kołderka zmieni mu się pod powiekami w przerażającą... dobra, już jestem cicho.

Ale to przecież takie ładne. Pisane z taką czułością, miłością i zrozumieniem. Właściwie bardzo wychowawcze - o odwadze, przyjaźni, sprycie, poświęceniu. No dobra, krew, flaki i seks są może mniej odpowiednie dla smarkaczy (i robal, robal drążący żywe ciało i odrywanie strupa!). Oczywiście w końcu i tak się z wymienionymi zetkną. Prawdopodobnie - w mniej wysmakowanej formie. Cóż, naturalne ryzyko.

Okładka też mnie ucieszyła. Okładka też mnie ucieszyła.

No właśnie, sama nie wiem. Może zbyt straszna dla dzieci i zbyt bajkowa dla dorosłych, a jednak mnie ujęła. Kombinacją ciepła i grozy. Staroświeckiego, przytulnego klimatu i atmosfery lepkiego, dręczącego koszmaru sennego. Szczególiki, jak w moich ulubionych książkach z serii "W kuchni i salonie ziemiańskiego dworu w osiemnastym i dziewiętnastym wieku" (nie, nie ma pozycji o takim konkretnie tytule, a szkoda, czytałabym) i niepokojąca, bolesna wiedza o tym, co dzieje się w głowie wystraszonego dziecka (skąd pan to zna, panie Gaiman, nie, chyba nie chcę wiedzieć, chyba wolę nie, chyba wolałabym mieć gorszą pamięć). W tej książce mruczą koty, potwory są elegancko ubrane, pachnie najlepsze, domowe jedzenie, mała, mądra dziewczynka od lat ma jedenaście lat i wszystko jest strasznie prawdziwe, choć przecież okropnie niemożliwe.

Tendencyjnie dobrany fragment. Tendencyjnie dobrany fragment.

 

Bardzo jestem łasa na plastyczne, barwne, pachnące opisy o wyraźnej fakturze, przyznaję więc, że tu ma źródło spora część mojego uznania. Czuć smak i zapach świeżego plastra miodu, miękkość futra kota, nieprzyjemnie mokre ubranie po potwornej przygodzie, lepkie błoto, krew na stopach, oślepiające światło i dotyk krochmalonego płótna. Czasem aż zbyt wyraźnie czuć.

Dobrze jest wrócić do dzieciństwa i czasów, kiedy kałuża była światem, a ogród sąsiada - kosmosem. Wraz z tym sielskim powrotem przychodzi pamięć dawnych, bardzo realnych koszmarów. Czego tu nie lubić, doprawdy.

Kolejny tendencyjnie dobrany fragment. Kolejny tendencyjnie dobrany fragment.

[UWAGA! Z okazji pojawienia się tego tekstu, nieocenione Publio.pl postanowiło zaproponować "Ocean na końcu drogi" w promocyjnej cenie :) Korzystajcie! Wystarczy kliknąć TUTAJ.]

Więcej o: