Komu kredyt, komu?

Jestem przeciwniczką kredytów. Uważam, że nie powinno się kupować czegoś, na co nas nie stać. Wyjątkiem jest mieszkanie - niestety, normalnie pracującego człowieka, który zarabia średnią krajową (albo i nie), w życiu nie byłoby stać na to, żeby zaoszczędzić parę dużych stów na mieszkanie. Ale kredyt na samochód? Albo na mikrofalówkę? Błagam.

Z tym mieszkaniem to też różnie bywa. Od kilku lat (trzech? czterech?) chcę zmienić mieszkanie. To, w którymi mieszkam, jest trochę za małe na czterech ludzi, dwa koty i dochodzącą opiekunkę. Raz na jakiś czas coś mnie więc porywa i szukam. Szukam, szukam, czasem coś oglądam. Przeglądam oferty deweloperów. Niestety, chociaż jest kryzys i teoretycznie ceny spadły, mieszkanie dla mojej rodziny to przynajmniej bańka. Duża bańka (tak, mieszkam w stolicy, chaty szukam w dobrym miejscu. Nie, nie mam zamiaru przenosić się na przedmieścia, ani budować domu, który jest tańszy, ale za to stoi w dupie bez dojazdu). Na początku nie dawałam się tej bańce przestraszyć. Liczyłam, liczyłam, czarowałam, zaklinałam. Myślałam o kredycie. Ale kiedy się do niego przyłożyłam na poważnie, okazało się, że pochłonąłby całą moją pensję. I co? Mam żyć w zajebistym metrażu, za to z niekończącym się ściskiem dupy i żołądka? Wolę ciasnotę, ale za to mieć na wakacje, zajęcia dodatkowe dla dzieci, przyjemności i żarcie na mieście. Takie mam priorytety (nie wspominając spokoju, spaniu po nocach i braku lęku o pracę).

Także większego mieszkania nie będzie, chyba że wygram w totka, w którego nie gram. Albo, nie wiem, zostanę prezesem lub trzasnę jakiegoś bestsellera (ale to za chwilę, bo teraz mi się nie chce). Innych kredytów nie mam. Kartę kredytową - nawet tak, ale tylko po to, żeby móc z niej nie korzystać. Wiem, moje poglądy nie przystają do dzisiejszych czasów. Bo, jak wiadomo, dzisiaj trzeba dużo mieć i nie ma znaczenia, że cię na to nie stać. Banki marzą, by udzielać nam pożyczek, chwilówek, marzą, by obdarować nas kolejną, jeszcze lepszą kartą kredytową, której limit sięga gwiazd (i w życiu go nie spłacisz). Dzięki nowej, wspaniałej karcie kupisz sobie i sukienkę od projektanta, i torebkę za parę tysi, i wieżę, i telewizor. Co dalej? Za pięćdziesiąt parę dni trzeba spłacić, z tej mizernej pensyjki, a jak nie wystarczy, zawsze można zorganizować sobie kolejną kartę, w innym banku, a potem żonglować spłatami. Znam takich, którzy wpędzili się w niezłą spiralę kredytową, z której bardzo ciężko było się potem wyplątać. Bardzo mi ich szkoda, ale nie do końca rozumiem, jak można tak bardzo pożądać rzeczy, żeby pozwolić wpuścić się w takie maliny. Bo najlepszy nawet kredyt zawsze jest gigantycznym oszustwem. Oszukuje bank. My przymykamy oczy na rzeczy napisane drobnym druczkiem w imię czego? No właśnie?

Ja wiem, oszczędzanie jest strasznie niemodne. Bo dzisiaj liczy się tylko "już i natychmiast”, trzeba żyć tu i teraz, chwytać dzień i na maksa go wykorzystać. Tylko nie rozumiem, dlaczego wykorzystywanie życia musi się wiązać z zakupami? Dlaczego co roku muszę mieć nowy model telefonu (pomijam fakt, że się psują), a oprócz iPada jeszcze iPada mini? Dlaczego dajemy sobie wmówić, że tylko wtedy będziemy szczęśliwi, kiedy będziemy mogli pochwalić się przed światem nowymi wspaniałościami, kupionym, rzecz jasna, na kredyt? I dlaczego na tych wszystkich listach najbogatszych, które tak chętnie drukują opiniotwórcze tygodniki nie pokazuje się, ile ich bohaterowie mają długu w kredytach? Albo ich firmy? Bo niestety, rzeczywistość bardzo często jest taka - im więcej masz, tym więcej masz. Kredytu.

A co, jeśli nagle źródełko potrzebne do spłaty wyschnie?

Więcej o: