Foch! i Och! Blogowe potyczki z popkulturą

Jestem zwierz popkulturalny. Konsumuję komiksy, seriale, filmy, książki i muzykę. Jaram się przy tym jak nastolatka, a na niektórych sprawach nawet trochę się znam. Lubię też poczytać teksty tych, którzy znają się lepiej. W tym tygodniu jednoosobowa lotna brygada Foch! i Och! wpada więc na blogi z recenzjami, fanfikami i wszelkim innym bezeceństwem.

Miałam napisać w tytule: cycki, porno, seks i darmowe minuty, bo wiem, że "kogotoobchodzi" jakaś tam kultura, nawet w wydaniu lekkim i popowym. No ale mam takie małe zboczonko, że mnie obchodzi i mam też wrażenie, że wśród Czytelniczek i Czytelników Focha całkiem spory odsetek zdradza to nienormalne odchylenie. Podejrzewam nawet, że niektórzy dramatycznie zawyżają normę czytelnictwa w Polsce tzn. czytają więcej niż jedną książkę rocznie. Żarty żartami ale doroczny raport Biblioteki Narodowej zawsze wprawia mnie w absolutny stupor, rzężenie i bezbrzeżny smutek. O blogach książkowych pozwolę sobie jeszcze kiedyś pomarudzić - może jak znajdę taki, który rzuci mnie na kolana (wskazówki i linki mile widziane, jak zawsze!) i wyrwie mi tego OCHA! z ust.

Jeśli chodzi o pop-kulturalnego OCHA! to przychodzi mi on naturalnie i bez trudu za każdym razem jak zaglądam na bloga Piotra Plucińskiego: Z górnej półki. Poziom istotnie jest wysoki - nie przypominam sobie tekstu, z którego nie dowiedziałabym się czegoś nowego i ciekawego jeśli chodzi o stronę czysto faktograficzną, a forma w jakiej Piotr wyraża swoje opinie i spostrzeżenia dotyczące filmów, seriali i gier (rzadziej książek i komiksów) nie pozostawia wiele do życzenia. Są to klarowne, spójne ze swadą pisane teksty, z których wyziera znajomość tematu, nienaganny warsztat i zaangażowanie. Czapeczka z głowy sama spada.

"Grawitacja" w swym ogólnym założeniu nie jest mniej prymitywna od słynnego "Wjazdu pociągu na stację Ciotat" braci Lumiere z 1895. W obu przypadkach chodzi w zasadzie o to samo: wprawić widza w zdumienie, popłoch i fascynację; sprawić, by zapomniał na chwilę, gdzie się znajduje. Wracając do najbardziej pierwotnych założeń kina, a zarazem odzierając swój spektakl ze zbędnych treści, Alfonso Cuaron przypomina, że pomimo ewolucji, jaka się przez tych 118 lat dokonała, tak naprawdę zmieniła się tylko skala widowiska. Pędząca po szynach lokomotywa stała się bezkresem kosmosu, a niepewność, czy aby nie wyjedzie z ekranu prosto na kinową salę - autentycznym, niemal namacalnym doświadczeniem absolutu. Czy można w kinie pokazać coś więcej, sięgnąć gdzieś dalej, poza tę fascynującą, nieskończoną otchłań?

Zainteresowanych pointą odsyłam do pełnego tekstu tej recenzji. Polecam też znakomity cykl poświęcony filmografii Hitchcocka - przyznaję, że o ile z recenzjami dość często się nie zgadzam (co nie znaczy, ze nich nie cenię) to kolejne teksty o poszczególnych filmach sir Alfreda pochłaniam zawsze z wielkim zainteresowaniem i nutką zazdrości, że to nie ja napisałam.

 

http://gorna-polka.pl/gorna-polka.pl

Tych samych uczuć doświadczam, gdy czytam kolejne (s)recenzje z bloga Srecenzje filmowe - słusznie podejrzewacie, że nie jest to rzecz całkowicie poważna. Język srecenzji rzuca mnie na kolana a z ust wyrywa się nie tyle OCH! co zduszony chichot. Bo jest to idealna parodia zarówno napuszonych recenzji jak i blogaskowego bełkotu, w którym wyświechtane frazy i sformułowania pozbawione są całkowicie jakiegokolwiek znaczenia i substancji. Oto próbka (na pewno będziecie chcieli więcej):

Szczerze? Uważam, że "Grawitacja" jest to film kinowy, o którym będzie się mówić i mówić. Kto w sumie wie, może kiedy nas już nie będzie, to będzie się dalej o nim mówić? A może nawet nasze dzieci oraz wnuki ich wnuków będą dalej mówić o "Grawitacji"? Ale po kolei. Po pierwsze, jest to film, który pokazuje na własne oczy, że Ziemia, nasza cztero-i-półmiliardoletnia Matka, nie jest znowuż jakąś tam planetką, pyłkiem nijakim o kształcie porzeczki, ale wielką jak dynia kulą, którą choćbyś nie wiem jak się wytężał, to nie obejmiesz prostym rzutem oka. Jest ona również bardzo kolorowa, ma ładne kształty z oceanami włącznie, a w nocy to światełek błyszczy na niej tyle, co na ogromnej stodole łat.

Nie znam tożsamości autora tego bloga, ale jeśli ten tekst doń dotrze, to pozwolę sobie w tym miejscu na płomienne wyznanie miłości: wielbię i drżę z podziwu dla wyższej formy inteligencji. Myślę, że szczerze uważam że jest to blog pisany, który urzekł mnie do absolutnego cna!

Skoro już zdradziłam się z upodobaniem do dziwnych zakątków internetu, to mogę z gracją przejść do FOCHA! Właściwie jest to FOCH! dwustopniowy z tendencją do pogłębiania się. Trafiłam na bloga Przyczajona Logika, Ukryty Słownik, który oszołomił mnie niezbyt przyjazną formą (Szanowne Autorki! Miejcie litość dla mych starych, zmęczonych oczu - kolorowe literki i migające gify na czarnym tle? Rozumiem, że to konwencja, ale wiecie - byłoby równie zabawnie czarno na białym), a po drugie odkrył przede mną przerażający świat blogowych fanfików. NIE CHCIAŁAM WIEDZIEĆ!

Co to są fanfiki? Pisane przez fanów opowiadanka rozgrywające się w realiach znanych z jakiejś popularnej fikcji - od Harry'ego Pottera po Sagę Zmierzch. Dobór tytułów nieprzypadkowy, bo mówimy o małoletnich czytelniczkach, które płody swej wyobraźni zamieszczają na swych nastoletnich blogaskach. Płody są mocno na bakier z logiką, gramatyką i ortografią - o znajomości dzieła, do którego nawiązują nie wspominając. Zresztą najlepiej wyjaśniają rzecz autorki Przyczajonej Logiki w poręcznym glossariuszu.

Kim jest Ałtorka? Jest to istota płci (zazwyczaj) żeńskiej, pisząca blogaska (najczęściej na portalu Onet.pl) i najbardziej na świecie pożądająca komciuff. Blogasek (nie mylić z blogiem) mieni się na ogół migoczącymi, skaczącymi i różowymi gifami oraz tysiącem emotkinek. Może też być utrzymany w stylistyce mhroocznej i wtedy znajdziemy na nim czerń, krzyże, krew itp. Treść blogaska dotyczy zazwyczaj podbojów miłosnych dokonywanych przez wyidealizowane alter ego Ałtorki (tzw. Mary Sue, patrz niżej) w świecie Harrego Pottera, Władcy Pierścieni, trylogii Piraci z Karaibów, osławionej "sagi" Stephenie Meyer, a także wśród modnych aktualnie "gwiazdeczek" popkultury pokroju Tokio Hotel, Jonas Brothers czy też Miley Cyrus - oraz innych równie fascynujących spraw. Ałtorka żywi się tzw. komciami (zwanymi w archaicznej polszczyźnie komentarzami), przez co wydaje się zmuszona do szantażowania czytelników o pozostawianie coraz większej ilości tychże pod kolejnymi notkami. W swej wielkości uważa, że zasady poprawnej polszczyzny jej nie do tyczą, więc je wyniośle ignoruje. W blogasku nie uświadczy się też logiki, sensu ani zgodności z dziełem kanonicznym. Jest za to mnóstwo Mary Sue.

Rozumiem potrzebę piętnowania i punktowania błędów, rozumiem misję bronienia popkultury przed atakiem zamroczonych umysłowo smarkul. Odpowiada mi też poczucie humoru dziewczyn, które tego bloga prowadzą. Ale konieczność przebrnięcia przez te - owszem, opatrzone złośliwym, zabawnym (choć męczącym oczy) komentarzem - fanfiki, to była po prostu obraza. FOCH!

http://przyczajona-logika.blogspot.com/przyczajona-logika.blogspot.com