Nie z tej epoki, czyli o miłości do ładnie opisanych detali

Jakoś w średniej podstawówce oszalałam na punkcie dzieła znanej grafomanki, takiej Mniszkówny swojej epoki, czyli Deotymy (Jadwigi Łuszczewskiej). Panienkę z okienka katowałam ciągiem, dosłownie - po przeczytaniu ostatniego zdania natychmiast zaczynałam od początku. Mama była w rozpaczy. "Kochanie, może jednak przeczytasz co innego, jest tyle ciekawych książek... będziesz to znowu męczyć? Zobacz, może ta? DLACZEGO ZNOWU TO CZYTASZ?" (to już przy dwudziestym razie).

Chyba jednak nadmiar lektur nie wpłynął pozytywnie na moją ówczesną zdolność formułowania myśli - nijak nie umiałam wyjaśnić, że mam w rzyci przygody miłosne przygłupiej nastolatki i jej kochasia - bufona. Mnie urzekły szczegóły, dla akcji mające poślednie znaczenie. Dokładny, ciągnący się stronicami opis toalet, materiałów, sposobu uszycia, przybrań. Smaczne, drobiazgowe detale zastawy stołowej, umeblowania, architektury. Oooo, jakie to było dobre. Jak bladła przy tym cienka, banalna fabułka. I jak bez końca smakowało.

Długo nie byłam w stanie oddzielić upodobań od książki, uważałam, że "Panienka z okienka" jest wspaniałą lekturą, czym słusznie narażałam się na zarzut bycia powiedzmy, że niewymagającą intelektualnie.

O co mi naprawdę chodzi - zrozumiałam wraz z odkryciem w biblioteczce Mamy doskonałego W salonie i w kuchni. Zwariowałam wtedy na lata. Te wszystkie drobiazgowe relacje z kuchni, kredensu, czeladnej, salonu, sypialni. Opowiedziane jak prali, piekli, smażyli, gotowali, upinali zasłony, farbowali ubrania, objaśniali świece, przyjmowali gości, wychowywali dzieci i czyścili zęby. Z detalami, przez wieki. Od pierwszej lektury czytam tę książkę w kółko, zawsze, kiedy świat dookoła mnie chwieje się w posadach, a przynajmniej kiedy mi się tak wydaje. Znajduję bardzo kojącymi opisy upojnych imprez (wiejskie dziewczęta pobielone wapnem i udrapowane w greckie stroje, robią za posągi, podszczypywane- piszczą i uciekają, psując wrażenie), opętanych potraw (z rozkrojonego pasztetu wylatują żywe ptaszki), problemów ze służbą (na karcie książki kucharskiej adnotacje: kiedy kupiona i wzmianka, w jakim celu: "Uczyć kucharza Marcinka, bo niegodziwie jeść daje") i z rodziną (panienka w czasie nocy balowej mogła "zatańczyć" kilka par pantofelków, a co, jeżeli miała cztery, również bywające siostry? Ojcowie mieli w kwestii finansowej przechlapane równo).

Pycha, polecam.Pycha, polecam.

Przepadłam, zachorowałam i nawet niespecjalnie staram się o wyzdrowienie. Kupię wszystko, jeżeli ma w tytule coś około "Życie w dworach i dworkach", "Obyczaje i tradycje ziemiaństwa polskiego", czy "Życie codzienne osiemnastowiecznej zepsutej panny z dobrego domu"(tytuły wymyślone ad hoc i upragnione).

Wyznam Wam szczerze, poszłam do ściany z książkami, aby znaleźć moje tytuły i ujrzałam a) potworny bałagan, b) żenujące braki. A jestem pewna, że z pozycji "O ziemiańskim świętowaniu" liznęłam ledwie kilka stron, jaki diabeł mi to ogonem nakrył, albo- co gorsza- pożyczył w nieznane? Wdrożę śledztwo, tymczasem zostawię Was z kilkoma moimi ulubionymi kąskami.

Tego mi akurat z domu nie wynieśli.Tego mi akurat z domu nie wynieśli.

Karolina z Potockich Nakwaska: Dwór wiejski: dzieło poświęcone gospodyniom polskim, przydatne i osobom w mieście mieszkającym - chodziłam wokół tego latami. Czytywałam fragmenty, oblizywałam się bezsilnie i planowałam sprzedaż nerki. Nie pamiętam, które to były urodziny, ale pamiętam prezent - wszystkie trzy, trudno dostępne i absurdalnie kosztowne tomy. Popłakałam się ze wzruszenia. Przy lekturze wyłam również, lecz ze śmiechu. Uwaga, teraz już nie trzeba tęsknić latami i ciułać grosików- można sobie poczytać tutaj. Ach, wy szczęściarze, ja nie miałam tej możliwości.

Znacznie łatwiej zdobyć Mariannę i róże Janiny Fedorowicz i Joanny Konopińskiej. Doskonałe, zabawne, chwilami wzruszające. Przy opisie wypraw ślubnych, szykowanych dla ziemiańskich panien młodych dostałam zeza, a przy polecanej metodzie na leczenie intelektualnych zapędów córki - szlochałam z radości, czego i Wam życzę.

Kufer Kasyldy (na zdjęciu wyżej), upolowany na Allegro dostarczył mi również sporo zdrowej uciechy i śmiałam się jak opętana w środkach komunikacji publicznej, choć nie jest to książka, którą łatwo było wozić ze sobą przez pół Warszawy. Za rekomendację niech posłuży jedna ze stron dzieła, przy czym chcę zaznaczyć, że kawałek wcale nie z tych najzabawniejszych.

Teh drama!Teh drama!

Mogłabym tak polecać i polecać, ale miejsca mało, a ja - jak zwykle - pojechałam z frazą. Idę szukać zagubionych książek. Osobo, która masz i przetrzymujesz moją bezcenną Arystokrację Marka Millera - znajdę cię. I będzie bolało. A może jedno z moich ulubionych wydawnictw - Prószyński i S-ka zdecyduje się na wznowienie? To była doskonała książka. Pewnie odkupię, jeżeli do mnie nie wróci. Pewnie nie tylko ja bym się połakomiła. To jak będzie? Miau?

Więcej o: