Znam cię, ale kim ty jesteś? Jak sobie radzić, gdy nie rozpoznajesz połowy znajomych?

To ja sobie sprawdzę na fejsie kim jesteś... Rozmawiam z sympatycznym chłopakiem, dość szybko od ogólnych formułek grzecznościowych przechodzimy do rozmowy o wspólnej koleżance. Wygląda na to, że on zna mnie doskonale, za to ja za cholerę nie pamiętam, kim jest ten młody mężczyzna. Kojarzę głos, posturę, uśmiech też, ale te puzzle jakoś nie chcą się ułożyć. Gdybym miała więcej czasu, udałoby się, ale on jest bystry, widzi jak mu się przyglądam, pyta wreszcie "Kojarzysz mnie?". A ja zapadam się pod ziemię.

W zasadzie nie powinnam, czy to moja wina? Nie, to tylko mój szalony mózg, ten sam, który pozwala nauczyć się w chwilę nowego obcego języka i zapamiętać olbrzymią porcję tekstu czy to prozą, czy wierszem, to on! On raczy płatać figle, kiedy przychodzi nam spotkać się z ludźmi - zarówno znajomymi, jak i obcymi, ale znanymi. Bo wiecie, nie umiałabym rozpoznać Britney Spears nawet gdyby stała ze mną twarzą w twarz, zaś oglądając kilkanaście lat temu po raz drugi "Chunking Express" byłam skłonna robić sobie notatki, byleby tylko nie mieć wrażenia, że Wong Kar-Wai pogrywa sobie ze mną bardziej niż z innymi widzami.

Mam też w pamięci kilka takich pogadanek z ludźmi, których prawdopodobnie znam od dawna, ale do dzisiaj nie wiem kim byli. Z tego miejsca pozdrawiam Cię chłopcze z autobusu A, z którym rozmawiałam o muzyce 17 lat temu i Ciebie, sympatyczna koleżanko spotkana na tegorocznym Skrzyżowaniu Kultur.

Trzeba się zapoznaćTrzeba się zapoznać

Jedną z najdziwniejszych i zapewne szalenie zabawnych z punktu widzenia kogoś innego historii jest opowieść o moich spotkaniach z pewnym artystą i jego partnerkami. Za każdym razem, gdy mijaliśmy się na mieście jego witałam serdecznie, wreszcie znamy się nie od dziś, wywiady relacje, sesje zdjęciowe. Jego dziewczynom zaś przedstawiałam się z niesłabnącym entuzjazmem słowami "Cześć, jestem Dominika, miło mi Cię poznać". Z tym, że za każdym razem, przez kolejnych kilka lat i spotkań... była to ta sama panna. Słabo, prawda? Równie kiepsko jest usłyszeć od osób trzecich, że kogoś olałam, udawałam, że nie znam, że zadzieram pewnie nosa i starych ziomków już ignoruję przecinając się na mieście. Khmmm, tylko że ja nie udaję. Jeśli ktoś powie pierwszy "Cześć!", jestem ocalona, odpowiadam, może nawet pogadamy dłużej. Niestety tę piękną, starą zasadę savoir vivre`u, że to mężczyzna pierwszy wita się z kobietą, wielu nastawionych na fochowanie się twórców ma w dupie. Z dziewczynami jest jeszcze gorzej, bo przecież to niemożliwe, że akurat JEJ, TEJ KONKRETNEJ koleżanki nie poznałam. Pewnie mam coś do niej. Tak... Trąci to lekkim gimnazjum, ale też się zdarzało. Dlatego przez lata wypracowałam coś, co żartobliwie nazywam mechanizmem obronnym. Zbudowany jest na dwóch fundamentach.

Pierwszym jest uprzejmość. Nieudawana, bo dlaczego mam przed obcymi cokolwiek markować? Jaką mam pewność, czy osoba, która właśnie się ze mną wita jest moim przyjacielem, czy wrogiem? Nie no, żarty na bok, ale szczery uśmiech, nie to amerykańskie suszenie zębów, ale taki wiecie, miły, nie kosztuje zbyt wiele, za to z miejsca ustawia całą rozmowę. Nikt nie powie, że gwiazdorzę i się naburmuszam.

Drugim jest ciekawość drugiej osoby. Nie mylmy ze wścibstwem, jestem w końcu znana także z tego, że jako ostatnia dowiedziałam się o rodzinnym powinowactwie znajomej z naszym kolegą. Ale jak już spotykam kogoś i ni cholery nie wyskakuje w głowie ta krótka informacja, że oto gadam z Agnieszką, Karoliną, Jakubem czy Wojciechem, tylko kimś, znam go, ale... skąd? Jak? Gdzie? Z którego kręgu piekielnego pochodzi? Czy to ktoś z naszego osiedla? Ktoś z mojego miasta rodzinnego? Ktoś, kogo powinnam pochwalić za fajny utwór, a może za piękną grafikę? A może to jakiś lamus i ściemniacz, któremu trzeba wytknąć, że takich numerów, jak ten z zeszłego miesiąca nie wywija się znajomym? Szybciej, szybciej. Przydaje się doświadczenie dziennikarskie, zadawanie kilku pytań, które naprowadza mnie na to, z kim mam do czynienia. Coś o znajomych, o miejscach, pytanie o wydarzenia, może o jakiś zagraniczny wyjazd? Odkąd pojawiły się blogi, wreszcie zaś Facebook - łatwiej jest poskładać takie puzzle w czasie rzeczywistym. Tak, tak, chwała chwalipiętom! Tym, którzy umieszczają zdjęciowo-słowny zapis sporej części swego życia, tym, którzy piszą gdzie byli na wakacjach i tym, którzy radośnie oznajmiają, że właśnie zostali wujkami, ciociami. Tym, którzy korzystają z Foursquare i dzięki temu wiem, że są w pobliżu. Dzięki temu mniej obcych ludzi ma mnie za nieszkodliwą wariatkę.

To ja sobie sprawdzę na fejsie kim jesteś...To ja sobie sprawdzę na fejsie kim jesteś...

Jest też sposób radzenia sobie po fakcie. Przez wiele lat zabierałam na spotkania aparat i robiłam zdjęcia, a potem... znajomi sami się tagowali, dzięki czemu kilka anonimowych postaci zyskało twarz. Jak ja z czymś takim radzę sobie pracując w mediach? Niestety nie nadaję się na paparazzo, Edyta Herbuś pozostaje dla mnie równie anonimowa, jak większość mijanych na ulicach ludzi. Przepraszam, ale mój mózg twierdzi, że z twarzy podobna jest zupełnie do nikogo, Małgorzata Rozenek mogłaby być równie dobrze Hanną Lis, tym bardziej, że celebryci mają to do siebie, że lubią się odessać, ostrzyknąć albo, jak ta cholerna Lady Gaga, po prostu kompletnie przefasonować twarz. Muzyków rozpoznaję bez problemu - wokalistów po głosie, resztę zespołu po instrumentach. Joannę Dudę po uśmiechu i włosach.

Przypadłość, której łagodne objawy - wreszcie wielu ludzi jednak rozpoznaję, nie mam problemu ze zidentyfikowaniem własnych dzieci i męża, znajomych - u siebie obserwuję, zwie się porozopagnozją. Kilka lat temu wyczytałam w artykule Ireny Cieślińskiej w "Przekroju", że to choroba tych, którzy za dużo czytają. Niestety ta pochlebna opinia, powtórzona zdaje się za doktorem Sachsem, zderza się z brutalną rzeczywistością polskich encyklopedii, w których definicja choroby nie zawiera nic o byciu molem książkowym, za to jest coś o dziedziczeniu i mikrouszkodzeniach mózgu. Żeby nie popadać w zbędną hipochondrię przed napisaniem tego wstydliwego wyznania przeprowadziłam na sobie ogólnodostępny test. Szło mi nieźle, ale... rozpoznałam tylko 33% twarzy, a przecież to proste! Znam te usta, te czoła, te nosy. Widziałam je w telewizji! Niestety złość, żal, wstyd, panika i zakłopotanie nic nie zmienią. Jedyna receptą pozostaje trening - ten pamięciowy , jak i trening budowania relacji interpersonalnych. Co niniejszym każdego dnia czynię.