Nie jestem feministką, jestem sobą

Rączko, ja Cię chyba prewencyjnie obleję whisky przy następnym sabacie. Jak kobieta - kobietę. Serio, piszesz o równości i kończysz tekst zdaniem: "Jeśli jakaś kobieta twierdzi, że nigdy nie została potraktowana gorzej tylko dlatego, że jest kobietą, to chyba jest ślepa i głucha??

Muszę Ci przyznać, że w pewien sposób jesteś konsekwentna. Zaczynasz od wyzwolenia we mnie przekory tytułem swojego tekstu, następnie ładnie podwyższasz mi ciśnienie kolejnymi punktami, żeby skończyć na wysokim C przytoczonego już przeze mnie cytatu.

No więc ja też zacznę od wysokiego C. Albo jestem ślepa i głucha, albo kompletnie niewrażliwa i gruboskórna. Oh wait, chyba jednak nie, w końcu wszystkie wiemy, że czego jak czego, ale nadwrażliwości mi nie brakuje, o byle co mam łzy w oczach, węszę urazę wszędzie, gdzie się da, a już mężczyzna może mnie obrazić niezwykle łatwo. Wystarczy, że będzie niemiły, gruboskórny i nie dość uważny. Czyli hm, potraktuje mnie jak faceta?

No więc mówię z pełną świadomością - nigdy nie zostałam potraktowana gorzej tylko dlatego, że jestem kobietą. Podwładną, ofiarą losu, ofiarą chama, obiektem seksualnym (którym, przypominam, może być też kotek, drzewko, lub mężczyzna) - tak. No co robić, nie zdarzyło mi się. Nie twierdzę, że nikomu się nie zdarza.

I dlatego właśnie omijam szerokim łukiem większość (poza Tobą, Rączko i paroma innymi wyjątkami) kobiet, które głoszą uparcie i przy każdej okazji hasła feministyczne. Bo robią to najczęściej w sposób agresywny, jednocześnie poddając w wątpliwość moją inteligencję i władze umysłowe. "Nie myślisz, jak my? To coś z tobą nie tak!". Być może, ale w swej nadwrażliwości pozwolę sobie zostać pod klosikiem, gdzie nikt mi tego, co ze mną nie tak nie będzie głośno wytykał.

Więc feministki nie głoszą też o równości kobiet i mężczyzn? W takim razie skąd w mojej głowie takie skojarzenie? Że stereotyp? Zapewne. Któż z nas jest od nich wolny. A ja wcale nie chcę, by mnie równo z mężczyznami traktowano. Już kiedyś pisałam - ja chcę, żeby mężczyzna traktował mnie jak istotę słabszą. Niech podaje mi płaszcz, odsuwa krzesło, nosi za mnie ciężary. Spokojna głowa, jak będę chciała dźwigać dziesięć kilo cegły sama, to nikt mi jej z ręki nie wyjmie wbrew mojej woli. Bo ja nie jestem feministką, jestem tylko dorosła, świadoma, pewna siebie i umiem (czasem) wywalczyć to, co jest mi potrzebne.

Traktuj mnie jak kobietę.Traktuj mnie jak kobietę.


Czy parytety to nie jest hasło feministek? W takim razie - mój kolejny błąd, kolejne skojarzenie wzięte z sufitu i wdrukowane mi w mózg przez jakąś wrogą damom piątą kolumnę. Nawiasem mówiąc - uważam, że niewiele jest spraw tak dla kobiet obraźliwych i tak je upupiających, jak parytety. Chyba nie muszę wyjaśniać - dlaczego?

Myślę, że facet z dzieckiem na placu zabaw rozczula i budzi sympatię. Myślę, że kiedy hormony mi szaleją - jestem prawdziwą suką (ale przynajmniej wtedy choć w części usprawiedliwioną). Wcale nie chcę, żeby wszystkie kobiety lubiły kobiety, uważam, że to absolutnie niemożliwe i nie będę do tego dążyć, choćby dlatego, że sama lubię bardzo niewielu LUDZI. Chcesz zaprosić faceta na randkę i zaproponować mu seks? Zrób to, na litość. Nie przejmuj się, co o tobie powie. W końcu Ty zawsze możesz nazwać go bezdusznym kutasem, kiedy już nigdy nie zadzwoni. Albo sama się więcej nie odezwać, bo był nudny i kiepski w łóżku. Chcesz być feministką - bądź nią. Podejmuj działania bez względu na to, co ktoś o nich powie, liczy się Twoje zdanie. Chcesz, żeby dobrze i miło o Tobie myśleli? A, to masz wybór między zaspokajaniem ich preferencji i własną niezależnością.

Słuchaj, ja też chcę być traktowana poważnie, choć wiem, że to czasem może być trudne. Ale nie ze względu na rozmiar mojego biustu, tylko na sposób w jaki się zachowuję. Rozumiem też, że mężczyzna, z którym współpracuję domaga się sierioznego traktowania. Ale to nie zmienia faktu, że w trakcie bardzo służbowego zebrania myślę o kształcie jego ust i usiłuję się gapić w notatki, a nie na jego ramiona. Wiem, to brzydko z mojej strony. Hamuję się jednak, bo jesteśmy w pracy, a poza pracą on też może sobie nie życzyć moich awansów. Wyobrażam sobie, jak by zareagował, gdybym ugryzła go w szyję, na co - przyznam - mam ochotę. Pewnie tak samo, jak ja, gdyby ktoś klepnął mnie w tyłek, co?

Nieprawda? A, to sorry. Nieprawda? A, to sorry.

Jestem, jaka jestem. Słabsza lub silniejsza fizycznie od innych. Mądrzejsza lub głupsza. Bardziej lub mniej opanowana. Zdolniejsza lub bardziej tępa. To nie feministka, to ja, Aleksandra Zielińska. Która jest w stanie podpisać się tylko pod jednym hasłem, które kojarzy się jej z feministkami. Pod hasłem: "Prawo do wyboru". Chcę mieć wybór i jeżeli mi się go odbierze - zdecyduję, czy podjąć walkę. Mój wybór, moja decyzja, moja etykietka. Moje prawo. Nie chcę być łączona z pewnymi pojęciami, a już najbardziej nie chcę być kojarzona z wrażeniem i opinią, jaką pewne kobiety - pewni ludzie! - prezentują. A w ogóle to Cię lubię, wiesz;)

Więcej o: