Moja Mała Motywacja - nawrzeszcz na mnie, proszę

Przyznam się tu jak na spowiedzi - latami pracowałam na wizerunek drama queen, wrażliwego kwiatuszka, o którego trzeba dbać, który trzeba hołubić i który jest zbyt delikatny na błoto tego świata. Nie działałam z początku całkiem cynicznie, mam swoje wady i bywam nieopanowana oraz przeczulona, więc udawać nie musiałam, lecz z premedytacją i na zimno korzystałam z opinii i etykietki. Proszę, dbajcie o mnie. Uważajcie na mnie. Dopieszczajcie. Jestem taka krucha, trzeba mnie odciążać.

Był taki moment w życiu kiedy wypraktykowałam - czasem opłaca się wpaść w histerię i nie dawać rady. Czasem trzeba załamać białe rączki i rozszlochać się bezradnie, wtedy znajdzie się pomoc, wsparcie i oddział kawalerii, który przybędzie w samą porę. Wtedy okaże się, że wszystko się zrobi, załatwi, załata i podniesie, a ty sobie, kochana, odpocznij, bo coś nie bardzo, może za dużo włożyliśmy ci na kark, może to przesada, połóż się.

To jest wielka życiowa mądrość i zamierzam przekazać ją swojej córce - koteczku, czasem trzeba być bezradną, nie bądź taka supergirl, bo ci dowalą roboty, bynajmniej nie dokładając przy tym kasy i uznania, bądź, koteczku, czasem bezradną kicią, bo cię zaprzęgną do śmierci.

Jest jednak jeden typ sytuacji, w których ta moja mądra - przyznam sobie nieskromnie - filozofia wykłada się, jak pięciolatka na wrotkach. Jest to, otóż, sytuacja ekstremalna.

Nie umiem, choćbym bardzo chciała, choćby było tak wygodniej, rozsądniej, ekonomiczniej - panikować, kiedy wokół wali się i pali. Nie umiem, ćwiczyłam, próbowałam, starałam się. Nie.

Wpadnę w spazmy, kiedy lepki sok wyleje się na świeżo umytą podłogę. Drama! Nie jęknę nawet w samochodzie lecącym z poślizgu do rowu. Pomyślę sobie tylko z ulgą, że nie ma ze mną dzieci. Po lądowaniu zapytam wszystkich, jak się czują, sprawdzę uszkodzenia i wezwę pomoc drogową, podając prawidłowo parametry, posługując się współrzędnymi geograficznymi, czego nie byłam w stanie zrobić nigdy przedtem w życiu.

Będę trząść się na myśl o dziecku, wyobrażać sobie jak bardzo nie dam rady i jakie to będzie trudne i niemożliwe. Układać scenariusze i martwić się na zapas, planować, bać się, szlochać po nocy. Na wieść, że dublet - wzruszę ramionami, zatnę zęby i pociągnę wózek. Nie przesadzajmy, mogły być trojaczki. Do roboty!

Sfocham się i pokręcę nosem na wieść, że trzeba dopisać to i owo. Parę linijek. Trzy zdania. Zjechana równo z trawą za poziom tego, co w pocie i rozpaczy pisałam tydzień - przepiszę tak, żeby nie było dalszych zastrzeżeń. W trzy godziny.

Nie będę pracować godzinę dłużej, chyba zwariowałeś. Przesiedzę noc, skoro się posypało.

Ziewnę z samozadowoleniem, kiedy mnie pochwalisz. Zatnę zęby i będę fedrować na przodku, kiedy mnie zjebiesz, poddasz w wątpliwość moje umiejętności, kompetencje i talent. Zglanuj mnie - zrobię wszystko, żeby ci udowodnić, że nie masz racji.

Będę jęczeć, że nie starcza mi do pierwszego w okresie zarobków i prosperity. Pokocham lumpeksy, dyskonty i przypomnę sobie jak wygląda poznańska oszczędność oraz ile radości może dać pięciozłotówka odkryta w kieszeni płaszcza, kiedy nagle zrobi się cienko, krucho i nieciekawie.

Zrobię się sina wobec perspektywy zbyt bolesnego opiłowania mi paznokcia i nie, dziękuję, proszę zostawić skórki w spokoju, sama się ich pozbędę, przecież mogę zemdleć! W szpitalu, jako pacjentka lub siła towarzysząca odkryję w sekundę wszelkie potrzebne sztuczki, zawoalowane groźby, przymilne frazy słowa klucze, konieczne, aby załatwić, zdobyć, przetrwać.

Że niby się chwalę, drogi Czytelniku? Prezentuję zalety, jak medalowy kocur - ogon na wystawie? Akurat. Pomyślmy logicznie.

Z pozycji osoby trzeciej - wolę w każdej sytuacji, codziennej i ekstremalnej - mieć u boku kogoś, kto jest pewny, stabilny i spokojny, na kogo zawsze można liczyć i przewidywać jego zachowania. Ponieważ głęboko wierzę, że planowanie jest podstawą sukcesu. Nie chciałabym, jako szef, mieć pracownika, z którym nigdy nie wiadomo i do którego trzeba mieć hasełko i kodzik, inaczej nie zastartuje. Głęboko współczuję wszystkim związanym ze mną emocjonalnie.

Z własnej perspektywy - dzięki uprzejmie, postoję. Wolę wybuchać płaczem, szarpać się z pasami, strzelać komputerem o ziemię, omdlewać, wachlować się białą dłonią, trzaskać drzwiami i rzucać się z mostu oraz obrażać na wieki wieków. Wolę nie ratować świata, kiedy fajczy się miło trzaskając i cuchnąc spalenizną. Chcę, żeby się mną zajęto i zadbano o mnie, nienawidzę, kiedy włącza mi się Bruce Willis i Chuck Norris. Chcę odpocząć. I niech moi szefowie tego nie czytają, niech im się przypadkiem nie zechce wypróbować na żywym egzemplarzu. Nawet szwajcarskie zegarki zawodzą, a co dopiero kulawa kobyła.

Z punktu widzenia Niebios, Opatrzności i Przeznaczenia - myślę sobie, że dobra robota. Zawsze musi być ktoś, kto da radę. Na końcu i na pohybel. Jak się nie uda, to przecież może pozamiatać. A że się zużywa? Przyjdą nowi. Zawsze przychodzą.

Dno, upadek, nieszczęście, odrzucenie, porażka i brak perspektyw motywują mnie do walki, zdobywania, odkręcania i ratowania. A kiedy uciekam - to wtedy, jak woda sięga mi już do ust, a ogień opala włosy. Często za późno.  Chciałabym umieć wcześniej, rozsądnie, kiedy jeszcze można, bez dramatów. Zazdroszczę tym, co potrafią w porę, zawczasu i zanim oberwą łopatą po głowie. Może kiedyś się nauczę.